ŻYTO/NOON na „Morzach południowychodnajdują perfekcję w niedoskonałościach. Muzycznych i ludzkich

„Welcome to the kurwa real world men”.

Czy żeby być twardym trzeba być także wrażliwym? Przeżyć jakieś emocje, by potem świadomie je kontrolować lub ich unikać? Czy upraszczając obrazy miejskiego życia klasy średniej mówi się o kimś czy tak naprawdę o sobie? Co to znaczy być artystą? Można się za niego uważać. Ale jak się nim stać? To są większe i mniejsze pytania. Mogą się pojawić kiedykolwiek i gdziekolwiek, ale potrafią zaatakować głowę mocno przy odsłuchu Mórz południowych, które niedawno wydali ŻYTO/NOON. Duet stworzony przez, wracającego po sporym muzycznym urlopie, rapera oraz, niemal kanonizowanego za życia, producenta w warstwie lirycznej stawia diagnozy. Ale w dźwiękowej dodaje znaki zapytania. Żeby móc jednak w pełni zdekodować tę formułę, dzięki której ten album jest tak dobry jak jest, trzeba jednak się cofnąć w czasie.

Welcome to the kurwa real world men / Skończył się wiesz, klosz kurwa ochronny / Gramatyczno-pezetowy wiesz / Rap dla miłych, inteligentnych ludzi wiesz / Dla dziewczyn po rozstaniach / Teraz nowe nowe światy się otwierają / Puszka pandory została kurwa otwarta / Elooo – mówi Żyto w jednym ze skitów na albumie. Tylko skity z reguły są zabawne. Narracja nawijacza z Częstochowy jest jednak w zasadzie sneak peekiem zza kulis powstawania projektu – strumieniem świadomości kierowanym do siebie i do innych. Tu konkretnie, Żyto mówi do człowieka za konsoletą. Pod wieloma względami najważniejszego w tym biznesie. To właśnie Noon zdefiniować miejską melancholię, która wypełniła jedne z najbardziej uznanych płyt krajowego hh – Światła miasta Grammatika oraz obie najlepsze Muzyki Pezeta. Mikołaj Bugajak od zawsze parał się romantyzmem nasiąkniętym metropolitalnym zgiełkiem – muzyką, która wypływa z duszy ograniczonej betonowymi płytami i wiaduktami. W ostatnich latach mogło się wydawać, że studyjne eksperymenty z syntetycznymi i organicznymi dźwiękami oraz wynikające z nich pejzaże są już stałym kursem muzyka. I w jakiś sposób nadal są. Ale po niemal 17 latach Noon powrócił ze swoją pierwszą płytą nagraną we współpracy z raperem.

Tym raperem jest Żyto, który do niedawna wydawał się byłym MC. Od Wirów minęło już bowiem 7 lat, a sam artysta stał się na powrót Michałem Żytniakiem – tak bowiem podpisał kilkaset namalowanych przez siebie obrazów. Wedle swoich słów sprzedał ich już ponad 200. Wiele jego prac opierało się na kliszach rapowego lifestyle’u – chłopach w kominiarkach, szybkich samochodach, górach szmalu i górach narkotyków, kobietach w strojach kąpielowych. Prostota tych przedstawień dla niektórych mogłaby być zbyt uderzająca. Pod nią kryją się jednak uczucia. I tak chyba jest też na Morzach południowych.

fot. Max Bugajak

Album, mimo bycia współpracą obu artystów, brzmi przede wszystkim jak zderzenie dwóch światów. Bugajak eksploruje swoje pasje – paletą charakterystycznych dla siebie dźwięków reinterpretuje wiele elektronicznych gatunków, od trapu, przez microhouse, po ambient. Organicznego ducha wprowadza z kolei partiami smyczkowymi, które emulują skandynawski chłód i paletę przygasłych błękitów i szarości. Dzięki temu, jego miasto (a Noon jednak, w moim odczuciu, często odtwarza otaczające go przestrzenie) potrafi być intensywne i przytłaczające, ale znika we mgle wraz z podmiotem, który oddala się myślami i zatapia we własnych emocjach. Taka muzyczna konstrukcja prosiłaby się o wszechstronnego, szastającego sylabami nawijacza. Ale błyszczy w całej okazałości stanowiąc dekoracje dla Żyta. Ten bowiem swoją mantrę odnajduje we wspomnianej już prostocie (której nie należy pod żadnym pozorem mylić z prostactwem).

ŻYTO/NOON - Morza południowe / Nowe Nagrania

Żytniak splata swoje osobiste przeżycia i wspomnienia z obrazami zza winkla. Kontempluje swoją własną tożsamość, samotność, słabości, momenty męskiej dominacji i poświęcenie sztuce, by po chwili na scenę wprowadzić osobowe archetypy – zadufanych w sobie nuworyszy, dziewczyny z problemami czy przypadkowych leszczy. Blokowiskową mentalność, ruchem zręcznym jak zmiana biegu w aucie, zastępuje bardziej humanistyczną i empatyczną twarz, level wyżej transformuje się z kolei w przeczulonego neurotyka. To jednak forma podania poszczególnych przeżyć i przemyśleń jest dla mnie najbardziej fascynującą, a dla innych najbardziej polaryzującą, cechą Mórz południowych. MC używa bowiem niekonwencjonalnych taktyk, by poszczególne zdania zamieniały się w poezję. Rymy i rytmy łączące poszczególne linijki nie są bowiem zarządzane oczywistą logiką. Słowa potrafią się powtarzać w innych kontekstach albo zmieniać swoje brzmienie lub zapis, by wcisnąć się w konwencję danego rymu. To jednak nie wynik literackiej indolencji, ale twórczej próby okiełznania szczerego strumienia świadomości, który stanowi podstawę całego storytellingu. Tę konwencję uzasadnia sama tematyka. Żyto wspomina czasy, w których bił przypadkowych palantów i sam siebie wpisuje w dresiarski stereotyp, który odbija się w pachnącej czasem brutalnością intonacji. Emocjonalne momenty wykrzywia z kolei szczerą nieporadnością (jak np. w “Zaza”, gdzie próbując choć na chwilę powalczyć o względy byłej rozbrajająco przyznaje “Bo widzisz, chciałem Cię przeprosić / Bo widzisz, chciałem Cię gdzieś zaprosić”). Tonalnych kontrastów i niespójności będą się tu jednak doszukiwać głównie zapaleni recenzenci z lubimyczytac.pl. Przyzwyczailiśmy się na tyle do szufladkowania ludzi oraz obcowania ze zredukowanymi do potrzebnego minimum serialowymi postaciami i zapominamy, że osobowość każdego człowieka to kłębek sprzeczności i paradoksów, które ścierają się ze sobą na co dzień i są uwarunkowane przez ogrom zewnętrznych czynników. I właśnie takie postawienie sprawy przez Żyta wydaje się szczere.

Logika tego wywodu każe zapytać jak w ten klimat wpasowują się bity Noona. Ale to pytanie wydaje się całkiem bezsensowne (także odwrócone: jak w podkłady Bugajaka wpasowują się wersy Żyta). Bo Morza południowe składają się z dwóch tak żywo grających ze sobą komponentów, że trudno je od siebie oddzielić. Chociaż wcale nie łączą się one w sposób zupełnie naturalny. Kompozytor o bardziej tradycyjnych horyzontach mógłby próbować połączyć wszystkie te utwory w jedną spójną suitę. Żyto i Noon oddzielają jednak większość tracków od siebie wspomnianymi monologami i dialogami, do jednego kawałka wkrada się nawet pobrzmiewający w tle fragment jednego z wałków Wileya. Mimo oczywistego perfekcjonizmu większości aspektów twórczości Noona, daje on swoim własnym dziełom ożyć w nieco innej przestrzeni, a powierzchowne kanciastości tylko wzbogacają całą formę. 

Nie cierpię wychwalać poszczególnych tracków w recenzjach. W moim odczuciu to sztuczna próba zareklamowania produktu w niezgrabny sposób oraz łamanie sensu istnienia albumowej formy. I tutaj nie muszę tego robić, bo Morza południowe są całością. Spójną na tyle, by satysfakcjonować całościową narracją, ale na tyle twórczo niespójną, by fascynować przełamywaniem schematów i nieprzewidywalnością. To jedna z najciekawszych polskich rapowych płyt ostatnich lat. Pytanie odważne decyzje na niej poczynione nie uszczuplą grona jej potencjalnych wielbicieli do garstki Polaków.

fot. Max Bugajak
WIĘCEJ