W 2022 roku wciąż nie ma ustawy regulującej najważniejsze kwestie.

Mimo najróżniejszych prób, trwających w tym momencie prawie sześćdziesiąt lat, osoby transpłciowe wciąż nie doczekały się kompleksowej ustawy, która odpowiedziałaby na ich potrzeby. Stan wiedzy psychologicznej i seksuologicznej wciąż się poszerza, ale prawodawstwo zupełnie od niego odstaje. Historia regulacji prawnych dotyczących osób transpłciowych w Polsce to dzieje prowizorek i orzecznictwa wydawanego często pod polityczną presją środowisk konserwatywnych. Stan obecny jest wynikiem wyjątkowo paskudnego procesu ścierania się myśli prawniczych w czasach transformacji ustrojowej i ciężko go nazwać przychylnym osobom transpłciowym. W Polsce wciąż brakuje również przepisów antydyskryminacyjnych, uwzględniających całe spektrum aktów nienawiści ze względu na tożsamość płciową i orientację seksualną. Brnąc przez dekady prawniczych sporów i rozstrzygnięć, nietrudno zauważyć, że przeszkodą jest brak wiedzy, ale również brak empatii i ciśnienie na wiązanie kwestii płci z tradycyjnymi rolami społecznymi. Nic dziwnego, że organizacje równościowe postulują jak najszybsze skorygowanie obecnych przepisów – te sprzyjają bolesnym i rozwleczonym procesom, w których potrafi być naruszana godność i prywatność osób transpłciowych.

Za symboliczną datę dla praw osób trans w Polsce należy uznać 1964 rok. To wtedy, po trwającym kilka lat procesie, Sąd Wojewódzki w Warszawie pozwolił na sprostowanie aktu urodzenia osobie, która domagała się korekty płci. Kluczowe było okazanie literatury medycznej, co ciekawe, pochodzącej ze Stanów Zjednoczonych. Tamto postępowanie było ewenementem dotyczącym jednej osoby. Pierwsza próba systemowego rozwiązania tej kwestii pojawiła się w 1978 roku. Uchwała Sądu Najwyższego uznała za legalną możliwość zmiany aktu urodzenia i przeprowadzenie administracyjnej korekty płci bez konieczności poddawania się zabiegom medycznym. Co ważne, korektę aktu urodzenia można było uzyskać w trybie administracyjnym, bez potrzeby uczestniczenia w procesie sądowym. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku pojawiły się zręby literatury medycznej dotyczącej tematu transpłciowości, warto także podkreślić działalność Zakładu Seksuologii i Patologii Więzi Międzyludzkich założonego w 1981 roku w Warszawie. To było pierwsze miejsce, gdzie osoby transpłciowe mogły zgłosić się, opowiedzieć o swoich doświadczeniach i zasięgnąć profesjonalnej opinii medycznej w empatycznym otoczeniu. Stan wiedzy medycznej szedł do przodu, ale na gruncie prawnym pojawiały się kolejne wątpliwości. Uchwała Sądu Najwyższego z 1978 roku była mocno dyskutowana. Czy osobnikowi o męskich cechach cielesnych, który ma poczucie płciowe żeńskie i nosi strój kobiecy, należy sprostować w akcie urodzenia płeć na żeńską? – pytał Mirosław Sośniak w 1983 roku. Obawiam się, że żaden sąd na świecie nie posunąłby się aż tak daleko. Twierdzenie zatem uznające transwestytę męskiego za kobietę należy uznać za z gruntu błędne. Należy przy tym dodać co następuje – posuwając się zresztą do rozważań wybiegających poza przedstawiony w omawianej sprawie (zresztą niestety wysoce nie kompetentnie) stan faktyczny. O ile by mianowicie, na żądanie transseksualisty, endokrynolog i chirurg nadali mu cechy kobiece, należałoby mu po operacji zmienić płeć również w zapisie aktów stanu cywilnego. Żądanie tego rodzaju musiałoby oczywiście zostać poparte opinią psychiatry stwierdzającą, że długotrwałe leczenie psychiatryczne (np. pięcioletnie) nie zdołało odwieść transseksualisty od zamiarów samobójczych, jeżeli nie zadośćuczyni się jego żądaniu. Język tych dyskusji jest w świetle dzisiejszej wiedzy bolesny, pozbawiony empatii. Wiele prawniczych głosów wskazywało na – w ich rozumieniu – krzywdzący fizycznie wymiar operacji korekcji płci, podkreślając, że organy płciowe przestaną spełniać swoją rozrodczą funkcję. Podnoszono kwestię obrony sexu, nie genderu, wskazując na rzekomą nienaruszalność koncepcji płci biologicznej. W tej całej argumentacji gubił się ludzki wymiar – wskazywano na zagrożenia, jakie korekta płci ma rzekomo nieść integralności tkanki społecznej. Pisano o potencjale oszustw matrymonialnych, pochylano się nad małżonkami osób transpłciowych i ich dziećmi, rzadko kiedy uruchamiając empatię w stronę samych zainteresowanych. Zdarzały się i głosy wychodzące z punktu wolności obywatelskiej, ale były w mniejszości. Niemniej, uchwała Sądu Najwyższego z 1978 roku była utrzymana i stanowiła jedyną drogę do administracyjnego uzgodnienia płci. Można znaleźć udokumentowane przypadki, w których sądy rejonowe w latach 1982-1987 korygowały  i prostowały akty urodzenia co do płci oraz imienia i nazwiska osób transpłciowych. 

Wiele zmieniło się w 1989 roku. Transformacja ustrojowa przyniosła nie tylko zmiany w obrębie gospodarki kraju, ale również roli kościoła katolickiego w życiu publicznym. Reakcyjna presja zaczęła się dość szybko i już 22 czerwca 1989 Sąd Najwyższy w składzie siedmiu sędziów orzekł, że uchwała z 1978 przestaje obowiązywać. Prawo o aktach stanu cywilnego nie przewiduje w szczególności zmiany zapisu w akcie urodzenia dotyczącego płci. Poza tym aktem prawnym także żaden inny przepis nie przewiduje możliwości tzw. sądowej zmiany płci – możemy przeczytać w akcie prawnym, który obowiązuje do dzisiaj. W praktyce oznacza to, że kierownik urzędu stanu cywilnego nadaje osobie nowy numer PESEL, wprowadza wzmiankę dodatkową dotyczącą korekty płci, a także wydaje decyzję o zmianie imienia (w niektórych przypadkach również nazwiska). Dla wielu osób istnienie dokumentalnego śladu po tranzycji jest niekomfortowym faktem, z którym zmuszone są się zmierzyć. W marcu 1991 roku pojawiło się kolejne ważne orzeczenie Sądu Najwyższego. Przede wszystkim stwierdzało, że poczucie przynależności płciowej jest dobrym osobistym człowieka i można dochodzić jego ochrony w sądzie. Upiornym aneksem jest tutaj fakt, że w 2022 roku w ramy przestępstwa nienawiści wciąż nie mieszczą się akty na tle orientacji seksualnej i tożsamości płciowej. Wróćmy do orzeczenia z 1991, które regulowało jeszcze jedną rzecz: wprowadzenie wzmianki o zmianach zostało obarczone dłuższym i bardziej złożonym procesem na gruncie artykułu 189 Kodeksu postępowania cywilnego (Powództwo o ustalenie istnienia lub nieistnienia stosunku prawnego lub prawa). Osoba musiała także wykazać trwałe poczucie przynależności do skorygowanej  płci, które oceni sąd. Sąd Najwyższy wskazał, że ocena powinna się opierać na kwestii podjęcia terapii hormonalnej i odbycia procedur chirurgicznych.

Regulacja z 1991 roku wywołała wątpliwości dotyczące tego, kogo ma pozywać osoba transpłciowa w trakcie procesu. Odpowiedź przyniosła uchwała Sądu Najwyższego z 22 września 1995 roku, która wskazała, że stroną mają być rodzice osoby transpłciowej. Ten akt prawny ma przemożne konsekwencje natury etycznej, moralnej i psychologicznej, na co zwracają uwagę zarówno organizacje walczące o prawa osób trans, jak i biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Jeśli rodzice wspierają dążenia dziecka, znajdują się w dziwnej sytuacji, bo po drugiej stronie postępowania sądowego. Jeśli są im przeciwni, dostają do ręki potężny oręż. Dzięki niemu mogą postępowanie przeciągać, a nawet przeważyć na niekorzyść dziecka. Wokół uchwały Sądy Najwyższego toczyło się wiele dyskusji. Niektóre z nich brały pod uwagę argumenty z wolności jednostki, inne wskazywały na arbitralność definiowania płci w polskim prawie. Jedno powtarza się na przestrzeni dekad – zasłanianie się skomplikowaniem sprawy, które ma niejako rozgrzeszyć brak regulacji na korzyść osób transpłciowych. Lata dziewięćdziesiąte XX wieku to także wzmożenie perspektywy konserwatywnej – a nawet konkretniej, katolickiej – jeśli chodzi o prawo dotyczące kwestii obyczajowych. Głos kościoła znaczył tu o wiele więcej, niż medycyna, czy zagadnienia z obrębu praw człowieka i wolności jednostki. Miało to swoje odzwierciedlenie w orzecznictwie na każdym szczeblu wymiaru sprawiedliwości. Okrutne prawo skazujące osoby transpłciowe na proces sądowy przeciwko rodzicom to tylko jedna z wielu emanacji takiego stanu rzeczy.

W 2008 roku powstała Fundacja Trans-Fuzja, która za jeden ze swoich celów postawiła kwestię regulacji prawnych zgodnych z oczekiwaniami osób transpłciowych. W 2011 do Sejmu weszła Anna Grodzka, współzałożycielka organizacji i jej pierwsza prezeska. To właśnie pod jej przewodnictwem działał zespół złożony z osób eksperckich, które opracowały projekt ustawy regulującej kwestię uzgodnienia płci na gruncie prawnym. To dokument przełomowy, bo uwzględniający nowoczesne, pozbawione patologizujących i normatywnych określeń słownictwo i postępy nie tylko na gruncie medycyny, ale także nauk społecznych. Niestety, projekt ustawy, złożony w 2012 roku, trafił do sejmowego czyśćca. Ówczesny minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski widział potrzebę zmiany przepisów, ale sugerował, że sprawę należy załatwić przy pomocy nowelizacji istniejących przepisów, a nie uchwalania nowych. Kolejny minister sprawiedliwości, Jarosław Gowin, powiedział wprost: uważam, że taka nowelizacja powinna być dokonana, a postulat ministra Kwiatkowskiego był zasadny. Jednak ze względu na zadania, które postawił mi premier, na początek zająłem się sprawami dotykającymi milionów Polaków, a nie tymi, które dotyczą kilkunastu osób w skali roku. Wypowiedź Gowina jest boleśnie znamienna: w Polsce zawsze znajdą się ważniejsze sprawy niż równość, a głos mniejszości jest brany pod uwagę w ostatniej kolejności. Kiedy ustawa wróciła do Sejmu po wecie Andrzeja Dudy (było to pierwsze weto jego urzędowania), rządząca koalicja PO-PSL nie zdecydowała się na jego odrzucenie. Jakby proces ustalony na gruncie orzeczenia z 1995 roku był zbyt mało uciążliwy dla osób transpłciowych, w 2013 dorzucono kolejną cegiełkę. 6 grudnia Sąd Najwyższy orzekł, że w zakres procesu wchodzą również dzieci i małżonek osoby pozywającej. Czyli na sali sądowej powinna stawić się cała najbliższa rodzina. Traumatyczny potencjał takiego rozwiązania był ogromny, szczęśliwie w 2019 roku Sąd Najwyższy podkreślił, że prawo do identyfikowania się z daną płcią to prawo osobiste i wyłączył dzieci z procesu dwustronnego. Podtrzymał konieczność pozwania rodziców, żeby został spełniony wymóg procesu dwustronnego. 

Od tamtego czasu nie pojawiły się ani żadne nowe projekty ustaw, ani wyroki regulujące procedury korekty płci. Rozwiązanie tej kwestii ma w swoim programie Lewica, postulaty o konieczności zmiany prawa podnoszą również organizacje równościowe. Biorąc pod uwagę dynamikę wydarzeń w Europie (nowe prawo lub propozycje zmian pojawiły się m.in. w Szwajcarii, Hiszpanii, czy Wielkiej Brytanii), jest szansa, że w przyszłości i u nas osoby transpłciowe będą mogły liczyć na humanitarną procedurę. Niestety, obecnie muszą borykać się nie tylko z okrutnym procesem, skazującym na pozywanie rodziców, ale także z brakiem refundowanej terapii hormonalnej i operacjom chirurgicznym dostępnym tylko w obrębie prywatnej służby zdrowia. Transfobia wciąż nie jest karana z urzędu, a wyłącznie na gruncie cywilnym, gdzie za podstawę służy mglisty przepis Konstytucji i wyrok Sądu Najwyższego. Na przestrzeni dekad przeszkód w uchwaleniu sensownych regulacji było wiele, ale dzisiaj żadne wymówki nie mają sensu. Osobom transpłciowym po prostu należy się humanitarny i sprawny proces korekcji płci, z refundacją leków i operacji w pakiecie.   

Tekst powstał w ramach 2. edycji akcji społecznej Kampanii Przeciw Homofobii #JestemPrzeciwTransfobii wspieranej przez Poptown.eu

WIĘCEJ