Zdechły Osa: Żeby coś się działo

Zastrzyk punkowej energii w rapową scenę.

Wkurwią się na mnie albo polubią, nie przejdą obojętnie i nie powiedzą, że taki średniak, szaraczek. Nie no, kolorowy jestem, widać! – mówi Osa zanim jeszcze włączę dyktafon, gdy gadamy o tym z jakim odbiorem spotka się jego nadchodzący album. Wrocławski… no właśnie kto? MC, skejt czy punk? Prowokator, błazen czy ryzykant? Każde z tych określeń po równo do niego pasuje i nie. Każde jednak oddaje jego fenomen lepiej niż najczęściej używane przez media epitety takie jak raper czy… narkoman. Za to że tak, kurwa, ładnie śpiewa; za to że potrafi się nie bać; za to, że w sumie żyje jeszcze; za to, że tutaj się nie mieści – jak nawijał w autoprezentacyjnym „Poznaj Osę” – równie wiele osób pokochało go jak znienawidziło. Jego wypuszczane do netu, spontanicznie nagrywane numery – na kradzionych bitach bądź trzech akordach wypuszczanych z gitary – zapewniły mu natomiast ostatnimi czasy gościnny udział na płycie Pezeta i kontrakt z Warner Music Polska. Obu tych okazji nie zmarnował. Zwrotka położna na remiksie „Gorzkiej wody” przejdzie do historii najbardziej naturalistycznych i dobitnych opisów miejskiej rzeczywistości, a performance wykonany na Torwarze – gdzie Osa zapomniał tekstu, a później nie do końca z woli publiki skoczył w tłum – był jednym z szerzej komentowanych wykonów live od lat. Każdy kolejny singiel wypuszczany pod szyldem majorsa dowodzi tymczasem, że Zdechły w poważaniu ma wszelkie gatunkowe podziały, a przyrodzony mu brud i chaos nie przeszkadza mu nagrać nośnej i chwytliwej piosenki. Zanim więc jeszcze ukaże się jego debiutancki album długogrający spotkaliśmy się, żeby przegadać wszystkie te wątki i jeszcze kilka dodatkowych. Elo elo joł, elo elo joł, czytaj to! 

Od naszej ostatniej pogawędki minęły nieco ponad dwa lata, a w międzyczasie sporo się wydarzyło w twoim życiu (około)muzycznym. Spróbujmy więc może przyszpilić te najważniejsze momenty. Pamiętam, że mówiłeś mi wtedy, że rapu właściwie nigdy za wiele nie słuchałeś, jednak na gościnny udział na płycie Pezeta się zdecydowałeś…

No, bo jednak trochę tego rapu za małolata słuchałem i Pezet też czasami wjeżdżał. Właściwie wszyscy u mnie na podwórku słuchali i ja też czasami wracałem do jego – szczególnie starszych – numerów. I jak by się do mnie zgłosiły Młode Wilki, to nawet sekundę bym się nie zastanawiał czy wziąć w tym udział, bo – nie obrażając całej inicjatywy – ta formuła przypomina mi mocno Mam Talent dla rapujących dzieciaków, a jak się odezwał Pezet to… zajebista opcja na taki, że tak powiem, bardziej szanowany konkursik i do tego – nie oszukujmy się – z legendą polskiego hip hopu; ucieszyłem się.

I nagrałeś chyba najbardziej dojmującą, naturalistyczną zwrotkę na całym tym krążku.

Bo jak wszystko sobie ustalaliśmy, to on mi napisał albo nawet i wysłał swoją zwrotkę i ja z tego wywnioskowałem, że ten numer mówi o tym co się dzieje w jego mieście. A, że u mnie jest ostro dookoła, to miałem o czym gadać i… pogadałem. I fajnie też, że dali nasze zwrotki po sobie, bo się przewija Wrocław – Warszawa, opis sytuacyjny.

Klimat miejski ciężki jak nawijali swego czasu białostocczanie z JedenSiedem. Z czego twoim zdaniem wynika ten ciemny, fatalistyczny sznyt Wrocławia?

Czasami słyszę, że prawdziwy underground jest tylko we Wrocławiu i ja się z tym nie zgadzam – bo czy w Trójmieście czy w Krakowie czy w jeszcze innych miejscach też się dzieją ciekawe rzeczy – ale ten półświatek jest tutaj dosyć obszerny i może dlatego ludziom tak się to kojarzy. Wszyscy się tu znają i lecą na tym samym wózku, wszyscy z tej tak zwanej bohemy. I pewnie też to sprawia, że od lat jest tak samo albo wręcz coraz gorzej. A do tego dochodzi jeszcze to, że sporo tutaj flirtujemy z Berlinem – DJ’e i producenci z Wrocka jeżdżą tam, czasami ktoś stamtąd przyjedzie tu i cała ta post-rave’owa kultura mocno się rozwija… To znaczy rozwijała się, bo teraz jest la vida lockdown i nic się nie rozwija. Większość tutejszych klubów posługuje się jednak taką identyfikacją, taki ma wystrój i tak się komunikuje z odbiorcą, a do tego jeszcze większość z nich znajduje się w tym samym miejscu. Bo w Warszawie – na przykład – nie ma jednej dzielnicy, do której ludzie chodzą, żeby prowadzić nocne życie, a we Wrocławiu jest i nawet jak nie wiesz do końca co ze sobą zrobić – czy chcesz się wyżyć, potańczyć, nawalić czy cokolwiek innego lubisz robić – to idziesz do Rynku i tam znajdziesz wszystko, czego potrzebujesz. Tam to miasto nigdy nie śpi i wszyscy o tym wiedzą.

Skoro już przegadaliśmy „Gorzką wodę”, wypadałoby wspomnieć o wydarzeniu, które szybko stało się środowiskową aferką czyli o twoim występie na Torwarze podczas koncertu promującego „Muzykę współczesną”. I choć wprost idealnie wpisuje się on w twoje artystyczne emploi, to nie wydaje mi się, żebyś to zrobił świadomie…

Świadomie na pewno nie, ale silnie podświadomie… być może?!? Bo dzień wcześniej napisał do mnie Eter (Aetherboy1) z pytaniem jak się czuję przed tym Torwarem, bo to jednak 6 tysięcy osób i kawał hali, a ja mu odpisałem w formie żartu, że luźno, mam przecież tylko pół minuty, więc się nawalę, zapomnę tekstu, zrobię fikołka i skoczę w tłum. I jestem słowny jak ja pierdolę; tylko fikołka nie zrobiłem. Ale tak naprawdę nie zamierzałem tego zrobić, to były śmiechy z kolegą. Dużo osób twierdzi, że mnie trema zjadła, a jest dokładnie na odwrót – jakbym się tym martwił czy stresował, to nigdy bym sobie nie pozwolił na taki luźny występ. Od początku wiedziałem, że to będzie rapowy koncert – że wszyscy będą tam chodzić wte i wewte po scenie i nawijać swoje zwrotki, a publika będzie machać rękami – więc jako, że miałem tylko pół minuty, to przecież nikt by mnie tam nawet nie zauważył pośród tego ogromu artystów, co tego wieczoru występowali i od początku zakładałem, że walnę sobie zwrotę i skoczę w tłum jak na moich koncertach. Tylko z tą zwrotą średnio wyszłoI skok w tłum nie był już wtedy taki oczywisty. Chcąc nie chcąc wyszedł więc z tego taki trochę czarny PR, bo też nawet przez chwilę nie zastanowiłem się nad tym jacy tam przyjdą ludzie, a przyszli… rapowi, tacy stricte rapowi z twardym kodeksem zasad dotyczących tego, co można a co nie. To nie moja publika i ja też od początku mówiłem, że nie czuję się częścią tego środowiska, wręcz często stawiam się do niego w kontrze. No i się postawiłem…

Robiąc dokładnie to samo z czego cię znają bywalcy twoich solowych koncertów, na których rzadko kiedy można usłyszeć idealnie odtworzone zwrotki z płyt czy streamów; zwykle jest wspólne skandowanie, pogo and destroy.

Tylko na moich koncertach nie ma zbyt wielu rapowych ortodoksów, albo nie ma ich wcale. Ja w ogóle nie za bardzo lubię słuchać muzyki na koncertach – stać i się wczuwać – lubię takie na których można pogować i skakać po ludziach, wejść na scenę, sturlać się z niej i się wyżyć. I choć rozumiem, że wielu osobom taki klimat się podoba, to ja bym się na tym Torwarze zwyczajnie nudził. Jakby więc ktoś odwalił coś takiego jak ja, jakby taki debil tam wyszedł na tę scenę, to bym miał śmiechawę… eeee, wreszcie coś się dzieje! To jest hip-hop! To jest punk rock! To jest chuj wie co, ale coś się wreszcie dzieje! I ja rozumiem, że to się nie musi każdemu podobać ale dlaczego mnie ochroniarze klepią za to? Do nikogo tam nie strzelałem, dla nikogo nie stanowiłem zagrożenia – wychodziłem grzecznie z rękami do góry, więc po co mnie było jeszcze popychać i szturchać? I nie wiem kto tam wtedy akurat nawijał i czy widział całe to zajście, ale jakby coś takiego zdarzyło się na moim koncercie – a się zdarza, bo ludzie wchodzą na scenę nieproszeni, skaczą z niej i się szamoczą, eufemistycznie rzecz ujmując, to jakby ochroniarze ich za to zaczęli lać, to ja bym wyłączył muzykę i powiedział ze sceny: ej, wy, co wy odpierdalacie, zostawcie go i won stąd! Bo umówmy się, kiedyś przecież chyba tak było – hip-hop przeciw nadużywaniu władzy, nie tylko przez policję ale ogólnie, we wszystkich tego przejawach. I ja czaję, że odwaliłem lipę – zwroty nie nawinąłem i byłem pijaniutki, ale nikogo nie pobiłem ani nawet nie obraziłem.

Patrząc po późniejszych komentarzach obraziłeś całe mnóstwo ludzi, obraziłeś ich dobry smak.

Ludzie pisali, że byłem naćpany kwasem… Tak, właśnie tak się zachowują osoby po LSD, że im się język plącze i mają problemy z utrzymaniem równowagi, właśnie tak to działa i zajebiście, że mamy tylu ekspertów. Ale ja też tego wtedy nie sprawdzałem, wolałem się schować w okopie na dwa tygodnie, wyłączyć neta i przeczekać – wszyscy się przez ten czas nagadają, a ja zatkam uszy i będę dalej robił swoje. Bo jak mnie stamtąd wyrzucili na dwór – bez kurtki, bez niczego i tylko miło ze strony tych ochroniarzy, że pozwolili mojej kumpeli pójść na backstage po moje rzeczy – to jeszcze nie miałem pojęcia, że taka fama może po tym pójść. Na luzie to potraktowałem, bo też wiem, że wielu z tych artystów, którzy tam grali nieraz również odwalało; tylko wtedy nie było jeszcze kamer w telefonach i tylu komentarzy w sieci. I też w tym mnie utwierdził sam Pezet, którego bardzo szanuję i w porządku się wobec mnie zachował, bo mógł nie zostawić na mnie suchej nitki, zjechać mnie od góry do dołu, a powiedział, że luz, że sam niejedno w życiu odjebał i że rozumie.

Dosyć znamienna wydaje mi się ta diagnoza, że byłeś naćpany kwasem, bo z jednej strony śmieszy mnie to jak słabo ludzie znają alkohol czyli używkę z którą obcują najczęściej, a z drugiej wprost idealnie wpisuje się to w to jak ludzie cię postrzegają – jesteś dla nich na tyle dziwny, że musisz przecież być jakimś ćpunem-straceńcem.

Ja im się tak kojarzę. Bo opowiadam o tym, co się dzieje we Wrocławiu, w moim środowisku i… automatycznie ląduje w szufladce narkomana. Nie mam z tym problemu; jak brzmi stare porzekadło – nie ważne jak mówią, ważne, żeby mówili. I choć nigdy czegoś takiego nie zakładałem, to… niech będzie, mogę być tym złym. A domykając kwestię Torwaru, to – kto w życiu nie popełnił żadnej gafy?!? Po to się robi błędy, żeby się czegoś na nich uczyć. I dziś patrzę na to z dystansem – śmieszy mnie to, że ludzie czuli niesmak. Byli na dwugodzinnym koncercie na którym wystąpiło 20 czy 30 artystów, były wizualizacje, efekty pirotechniczne i pełna profeska w każdej dziedzinie, a ich oburzyło moje pół minutowe wystąpienie?!? Naprawdę zepsułem im tym cały koncert?!? Fajne problemy macie; wypierdalać!

Czasem i pół minuty wystarczy, żeby wyprowadzić kogoś ze strefy komfortu. Ty to w ogóle lubisz robić, nie?

O, pewnie! I będę to robił jeszcze nieraz. Póki w ogóle będę robił muzykę, to będę też na pewno wyprowadzał ludzi z ich stref komfortu. Niech nie wiedzą o co chodzi; niech im się banie przegrzeją, to może wreszcie niektórzy zobaczą, że jest więcej kolorów niż tylko czarny i biały.

Od jakiegoś czasu masz okazję robić to na nieporównywalnie większą skalę, bo pod szyldem majorsa. Nie powiem, zaskoczyło mnie to logo Warnera na końcu klipu do „Na wstępie”. Szczególnie jeszcze, że jak ostatni raz gadaliśmy to mówiłeś, że nie jesteś gotowy na podpisanie kontraktu z jakąkolwiek wytwórnią.

Bo wtedy jeszcze nie byłem, ale w pewnym momencie poczułem, że to już może dobry czas, tylko trzeba to zrobić na moich warunkach. Bo muzyka jest dla mnie wciąż swego rodzaju hobby. Niektórzy stawiają wszystko na jedną kartę i wtedy pojawia się ta wczuta, że hip-hop czy jakikolwiek inny gatunek, to jest całe moje życie – ci ludzie nie mogą sobie zwykle na zbyt wiele pozwolić; muszą obgryzać paznokcie i śledzić to wszystko, co się dzieje na rynku i tym miejscu, które na nim zajmują. A u mnie to jest hobby, robię to przy okazji robienia wielu innych rzeczy. I – wiadomo – że to jest super zajawa i też fajny sposób na autoterapię, ale jak nie wyjdzie, to mogę mnóstwo innych rzeczy robić – mogę pojechać do Holandii zbierać pomidory albo nawet, kuźwa, iść do korpo; kto wie?!? Poradzę sobie w każdych warunkach… Jedyne co więc musiałem na samym początku ustalić z wytwórnią, to że nie ma mówienia mi co mam robić. To nigdy nie przejdzie, bo jak słyszę choćby cień sugestii dotyczących moich numerów, klipów czy właściwie czegokolwiek innego, to od razu mówię, że jeśli masz ochotę, to mów dalej, ale ja i tak cię nie posłucham. I skoro to jest nadal hobby, to co mi przeszkadza, żeby teraz jego efekty wychodziły nakładem dużej wytwórni?!? Śmieszy mnie to, że ludzie się spinają. Dużo wcześniej niż ten papier podpisałem, wiedziałem już, że będzie gadka o tym, że sprzedałem dupę. Mnóstwo osób jak słucha kogoś od podziemia, to w momencie w którym podpisuje on kontrakt zaczyna od razu psioczyć, że to już nie to samo. Jeszcze nic nie usłyszą, a już wiedzą. A ja bym robił dokładnie takie same rzeczy na Third Eye’u, jak robię teraz w Warnerze i nadal też się wszędzie z tym Third Eyem obnoszę. Co by się pewnie zmieniło, to że nie mógłbym sobie kilku moich fanaberii a propos teledysków zrealizować i nie miksowałbym tych numerów, bo by mi się nie chciało. To natomiast co na pewno się zmieniło, to że teraz muszę czekać z wydaniem kawałka, a nie tak jak wcześniej nagrać to w 5 czy 15 minut, zrobić gifa albo teledysk i wrzucić to do sieci. Ale taka wytwórnia jak Warner musi się przecież rządzić innymi prawami niż internetowy, podziemny obieg.

Myślę, że właśnie ten przeskok mnie zaskoczył najbardziej – z kanału na youtube i wydawanych własnym sumptem płyt od razu do polskiego przedstawicielstwa jednej z największych wytwórni na świecie.

Właściwie, to ja mogłem podpisać papiery tylko z czymś takim jak Warner i nie chodzi mi zupełnie o jego wielkość ale o to, że nie jest on kojarzony z rapem. Dużo różnych rzeczy tam wychodzi, więc nie zamyka mi to żadnych drzwi, a ja naprawdę nie chciałbym być postrzegany jako raper, szczególnie w tej stereotypowej, starej definicji tego słowa – tego zamkniętego obozu w którym wciąż wszyscy mówią co można a co nie, co jest spoko, a co fuj. Mierzi mnie to, więc Warner był dla mnie dobrą opcją. Drugą ewentualnością mógłby pewnie być jakiś zupełnie nierozpoznawalny, nowy label, którego ludzie z niczym nie kojarzą, bo naprawdę nie widzę się w żadnej rapowej wytwórni, nikogo tu nie obrażając, ale… no, gdzie ja tam?

Wręcz wydaje mi się, że przy tym jak wygląda dzisiejszy rapowy rynek, tam mógłbyś trafić na więcej nacisków dotyczących tego, kogo masz mieć na featach, w jakie aktualne brzmienie się wpisać czy jak ma wyglądać oprawa twojego krążka, a dokładniej co ma być dołączone do pudełkowego boxed setu – zapalniczka, maska, naklejki czy może zapaszek do auta.

Nieźle by się wtedy na mnie przejechali. Bo w Warnerze wszystko sobie na wstępie ustaliliśmy i nikt mi niczego nie zabrania, nie każe ani nawet nie sugeruje. Jedyne ustalenia są takie, że fajnie by było jakbym w końcu wydał płytę i jakiś klip od czasu do czasu zrobił, a to jest zajawa, żeby nad tym siedzieć. Dodatkowo jeszcze fajną rzeczą jeśli chodzi o majorsy jest to, że ja robiąc te moje dosyć dziwne rzeczy i w różnych gatunkach się odnajdując, mogę to teraz przemycać dużo większej ilości osób z zupełnie różnych środowisk. Mogę popchnąć te moje eksperymenty na dużo szerszą skalę i już widzę, że to działa, bo różne opinie z bardzo różnych kręgów do mnie docierają. Mogę robić co mi się żywnie podoba – nie tłuc wszystkiego na jedno kopyto i dostarczać ludziom tylko to, czego się po mnie spodziewają.

Wróćmy na chwilę do kwestii tego, że pod szyldem Warnera twoje numery wychodzą nieporównywalnie rzadziej niż było to w czasach wrzutek na Third Eye’owy youtube. Wpłynęło to w jakiś sposób na twój model pracy?

Zupełnie nie. Jestem zbyt leniwy na to, żeby siedzieć nad jednym numerem całymi dniami czy tygodniami. I też wtedy… to by nie wychodziło ze mnie, nie wyrzygałbym tego, nie wymyślił na raz; to by było nieprawdziwe. Jedyna zmiana nastąpiła więc w kwestii dystrybucji i tego, co jest widoczne w necie, bo jak bym miał wrzucać do sieci wszystko, co nagrywam, to z tego tygodnia mógłbym spokojnie zrobić EPkę. Ja to traktuję jako takie puzzle dla chłopaków – żeby rozruszać szare komórki, a później sprawdzić jak to brzmi i słuchać sobie z ziomalami; lubię to po prostu robić, to jest fajne. Drugą kwestią jest natomiast to, że już nie mogę tak nagminnie kraść bitów, ale z tym akurat nie mam żadnego problemu, bo cały czas jesteśmy z Eterem w takim procesie, że ja przychodzę do niego bez niczego, on też nie ma niczego przygotowanego i robimy wszystko od zera. Gram coś z głowy na gitarze – jakieś trzy akordy – on to zapętla i dodaje perkusje, a ja cały czas słucham tego, co on tam robi i sobie wymyślam tekst. Tak już od dłuższego czasu powstają wszystkie nasze numery. Nawet już nie pisze nic na chacie, tylko przychodzę z czystą kartką i działamy.

Hit minionego lata czyli „Zakochałem się w twojej matce” też powstał w ten sposób?

To była beka. Po którymś koncercie jak wracaliśmy na spanko do hostelu, to ciągnęliśmy jakieś śmieszne farmazony, że ej, ale by było dziwnie jakbym się zabujał w twojej starej. Jakbym był u ciebie na obiedzie i ona podaje do stołu ale jest jakaś taka młoda i dojrzała zarazem, no i patrzymy sobie w oczy jak ciebie akurat nie ma w okolicy i oboje wiemy, że coś zagrało. To jak ci to wtedy powiedzieć? Byś się wkurwił, nie? Bo ja mógłbym udawać, że mam wyjebane ale przecież nie mam… I się śmialiśmy z tego bardzo długo, a któregoś dnia jak nagrywaliśmy z Eterem jakiś zupełnie inny numer, to jak już go skończyliśmy, to mówię do niego dawaj, jeszcze jakiegoś luzaka sobie zrobimy. Znów trzy nutki na gitarze zagrałem, on to zapętlił, dodał swoje i w 15 minut dograłem do tego wokal. Eter się śmiał, ja się śmiałem, a potem wyszliśmy na podwórko wyluzować, wieczorkiem na piwko, słuchamy tego z JBL’a i ej, kurwa, to brzmi jak jakieś jebane Myslovitz czy inny zespół z radia, ja myślałem, że to jaja, a to jest dobre, nawet mojemu staremu siądzie. Taka trochę americana punkowa; nie wiem skąd to się wzięło… Z żartu się wzięło! Jak cały ja.

Ale jednak trochę tego punk rocka w tobie jest.

Żadnym świrem punkowym nie jestem. Chodzę z irokezem, bo nikt tak nie chodzi i mi się to podoba ale nie utożsamiam się do końca z całą subkulturą. Te stare punkowe czasy, to jednak nie to, co teraz i większość tych numerów jest dzisiaj zupełnie nieaktualna. Przynajmniej jeśli chodzi o kontekst. Nie włączam sobie „Spytaj milicjanta” Dezertera, bo nie ma dzisiaj milicji i niby kogo ja bym miał się pytać?!? Nie ma PRL’u, nie ma komuny, nie ma pustych półek w sklepach, ale całą podkładkę ideologiczną tych numerów kumam i szanuję. Szczególnie to umiłowanie wolności i to, żeby resztę mieć w dupie. Rób sobie chłopie, co ci się podoba i… tyle, żadnych schematów. To mi się zawsze podobało i koncerty mi się podobały. Ale koniec końców mogę słuchać dosłownie kilku kawałków tych wszystkich klasycznych, polskich kapel punkowych, bo reszta jest po prostu nieaktualna. Ja nie walczę z komuną, bo nie ma w Polsce reżimu komunistycznego; dokładnie takiego jak był wtedy.

Zatrzymajmy się na sekundę przy tych punkowych koncertach.

Dziś już nie tylko punkowych, bo i na rapowych, trapowych czy jakkolwiek się to teraz nazywa dzieją się takie rzeczy – ludzie pogują, robią młyny, skaczą w tłum. Ja bym chciał, żeby jeszcze więcej było tej energii, bo nigdy nie zagrałem koncertu na którym by tego nie było; to jest żywsze, fajniejsze, coś się dzieje! Tylko na takie koncerty bym chodził. Chciałbym, żeby kiedyś to było dziwne, że ktoś stoi i tylko macha łapą – ej ty, chłopie, nie nudzisz się? Nie boli cię ta łapa? Może ją zmień przynajmniej albo naprzemiennie nimi machaj, weź coś wykmiń! Dawaj z nami w pogo; napierdalamy; rozjebiemy barierki!

Tej energii dalej jest sporo nawet na koncertach starych punkowych załóg, ale jednak jest to scena, która – podobnie jak spora część pierwszego pokolenia polskiego hip-hopu – mocno okopała się na swoim i lubuje się we wszelkich nakazach i zakazach.

Bo ludzie za bardzo się wczuwają – te wszystkie zasady, których trzeba przestrzegać, żeby zasłużyć sobie na miano punka. Ludzie się przekrzykują, że kiedyś to było tak i już zawsze tak być musi, że lata temu byli przeciwko temu czy tamtemu i ty dzisiaj też powinieneś, że punk to tylko gitara, bas i perkusja… A mi się wtedy wydaje, że to oni nic z tego punka nie skumali, bo dla mnie to jest coś w czym ja mogę wszystko i choćbyś się wkurwiał, to jeszcze się przy tym zajebiście bawię. Tak samo jak oni mogę im powiedzieć – ty nic nie rozumiesz, ja wiem lepiej!

Wtedy pewnie usłyszysz, że nie jesteś prawdziwy.

I co z tego jak ja się czuję prawdziwy. Szczerze gadam, gramy co nam przyjdzie do głowy i nawet jak coś robimy na żarty, to one też są szczere i nie ma w nich żadnej kalkulacji. Tego się trzymam.

Popraw mnie jeśli się mylę, ale wydaje mi się, że jedna rzecz się w twojej twórczości ostatnimi czasy zmieniła – nie wiem czy zrobiłeś to świadomie czy nie ale widzę dziś w twoich nagraniach nieporównywalnie więcej optymizmu i radości. Że chyba bardziej chce ci się żyć, bo za długo miałeś dosyć jak nawijasz w „Na więcej”.

Tak jest, jak najbardziej. Nie umiem się do tego zmusić i nie robię nic na siłę, więc jak mam mood na smutno, to robię na smutno ale któregoś dnia pomyślałem sobie, że skoro tak źle się dzieje wokół mnie, to może warto na to spojrzeć czasem z innej strony. Nawet z moja mamą o tym gadałem i ona mi powiedziała wtedy, żebym może czasem pokazał tym ludziom, którzy mnie słuchają jakieś pozytywy, że da się to zrobić nieco inaczej i to nie straci swojego uroku jeśli nadal będę gadał prawdziwie… No i tak sobie wtedy ustaliłem, że jednak <pokazuje dziarę na tricepsie> HAPPYWAVE. Bo chyba fajniej jest żyć tak, żeby ci się to życie koniec końców podobało, nie? A nie w ciągłej depresji, zdechły i nic mi się nie chce.

Zdecydowanie fajniej, choć jednocześnie wydaje mi się, że w historii muzyki – czy też szerzej sztuki – większymi literami zapisują się zwykle te ciemne i ciężkie rzeczy. Nieporównywalnie trudniej jest zrobić pozytywny numer, który nie będzie kiczowaty czy miałki, niż nagrać chwytliwą, smutną piosenkę.

Tylko u mnie to nie jest tak, że ja to sobie teraz założyłem i się tego trzymam niewzruszenie; po prostu mam tę myśl cały czas z tyłu głowy. Nie jest tak, że przestałem nagle cierpieć, nie mam swoich dołów czy frustracji. Jest bardzo podobnie jak było wcześniej, tylko teraz próbuję to sobie trochę inaczej interpretować i to jest bardzo dobre podejście moim zdaniem. Bo dalej się, kurwa, męczę i mam chujowe chwile, które przelewam na mocno depresyjne piosenki, ale nawet te wszystkie złe rzeczy da się czasem zobaczyć w innym świetle. Po co się katować dwa razy tym samym?!? Do niczego więc się nie zmuszam i nie myślę o tym, że nie mogę o czymś napisać albo nagrać, bo to jest zbyt smutne, ale staram się patrzeć na rzeczy z różnych stron. Nie sugeruję się niczym i totalnie spontanicznie to wychodzi. To jest proste i naturalne jak rzyganie.

W pewnym momencie musiałeś z siebie wyrzygać też to, czym tętni „ADHDLGBTHWDP”. I choć ten numer swoją premierę miał w dobie Strajku Kobiet i masowych protestów antyrządowych, co pozwalałoby go wpisać na długą listę protest songów, które wówczas publikowali wszyscy od Cypisa po Michała Szpaka, to puszczałeś mi go dobre półtora miesiąca przed wyrokiem trybunału konstytucyjnego w sprawie aborcji.

My to nagraliśmy chyba z trzy miesiące wcześniej ale to już wszystko było wtedy widać jak na dłoni. Nie trzeba było być żadnym socjologiem, politologiem czy innym ekspertem, żeby zauważyć te nastroje dużo wcześniej; wystarczyło mieszkać w Polsce. A to, że to wybuchło chwilę później, to… też było do przewidzenia – ludzie chodzili już tacy wkurwieni, że to w końcu musiało jebnąć.

A być może przez to, że nagrałeś ten numer jeszcze zanim protesty przybrały taką skalę nie ma w nim publicystycznej bieżączki i czarno-białych podziałów, które dominowały w tych nagrywanych później.

Nie ma ich, bo ja jestem za głupi w tych tematach, a ten świat widzę w pełnej palecie barw. Wiadomo, że nie podoba mi się wiele rzeczy w aktualnej polityce, ale też nie wiem kto by miał przejąć władzę po tej ekipie. To jest kwestia do rozkminienia przez mądrzejszych ode mnie. Ja to się mogę wypowiedzieć – muzyczkę sobie zrobić do samochodu. I bardzo prosto widzę wiele spraw – uważam, że powinno się szanować każdego człowieka i jego wybory, a wydaje mi się, że w Polsce od dekad stoimy w tych kwestiach w miejscu. Cały czas słychać to słynne ja to toleruję, ALE… Kurwa, gościu, wypierdalaj, to jest jego/jej życie, co ci do tego?!?

Lubię w tym numerze te wszystkie niejednoznaczności, wersy takie jak Policjantom na nasz widok ze złości sterczy pała / Nie są od nas lepsi bo też nie mają siana czy Nie mam, nie mam nic do policji / Jebać mowę nienawiści. A, że ten utwór działa skumałem ostatnio przechadzając się u mnie po dzielnicy, gdzie na jednej z kamienic było napisane ADHDLGBTHWDP i tylko LGBT było zamazane innym sprejem; tylko ten skrótowiec odpalił kogoś, żeby go zabazgrać.

Większość ludzi dopiero jak się wkurwi, to się zastanowi i nawet jak chujowe wnioski z tego wyciągnie, to przynajmniej coś się dzieje – jakieś procesy zachodzą w tych zakutych łbach. To ich zmusza do przemyśleń – dlaczego się wkurwiłem, dlaczego trzeci dzień z rzędu chodzę wkurwiony przez głupią piosenkę?!? I może w jedną stronę te ich myśli pójdą, może w drugą, a może jedyną, która im zostanie, to żeby mi najebać, ale… coś się dzieje. Bo ja w tym tekście naprawdę nikogo nie zjebałem – ani narodowców, ani policji, ani pisu; pokazałem w niej tylko pewien system zależności i podejście do pewnych spraw, a jak to zinterpretujesz zależy już tylko od ciebie. Ludziom trzeba te ich mózgi nieustannie wygrzewać, bo może wtedy wreszcie odpalą i zaczną patrzeć na ten świat przynajmniej trochę szerzej – jak zobaczą ile jest możliwych interpretacji głupiego utworu muzycznego, to może skumają, że w życiu jest ich nieporównywalnie więcej.

To powiedz mi jeszcze, kiedy wreszcie ten twój album debiutancki wreszcie wyjdzie? Bo singli już jest bodajże sześć i nie powiem, żeby składały się one na jakąś spójną całość…

Na przestrzeni kilku miesięcy powinien już być. Dokładnej daty jeszcze podać nie mogę, ale jest już skończony od kilku miesięcy i tylko czasem jeszcze coś sobie do niego dodam jak mi wpadnie do głowy. No i masz rację, że on będzie strukturalnie bardzo… dziwny. Nie słyszałem jeszcze czegoś takiego, bo tam naprawdę jest wszystko. Fani rapu będą się pewnie wkurwiać na te acid trance’y, ludzie zajarani elektroniką będą marudzić na to ile tam jest gitar, a rockowcy będą psioczyć na rap. Albo… wszystkim wszystko spasuje. Nie ma tam żadnej spójności; jest chaos – numery w bardzo różnych stylach muzycznych o bardzo różnej tematyce, niektóre trochę śmieszne, inne depresyjne, lovesongi i osiedlowe rapsy. Nie ma konceptu; jest narzygane. Jak zwykle, bo ja inaczej nie umiem tego robić. Rzygam tym, bo inaczej bym był chory.

WIĘCEJ