Serial, który w październiku trafi na Netfliksa, to w Stanach Zjednoczonych produkcja kultowa, ale dla współczesnych widzów z reszty świata najważniejsze powinno być to, że jest świetnie napisany i niezmiennie zabawny.

 

Klasyczne seriale komediowe sprzed 30 lat nie zawsze dobrze znoszą próbę czasu, zwłaszcza jeśli wykorzystują humor obserwacyjny i traktują o błahych problemach dnia codziennego — restauracjach, randkach, związkach, seksie i ogłupiającej pracy. Często można traktować je przede wszystkim jako świadectwo pewnej epoki, kulturowy artefakt. Dlatego, gdy jako fan Pohamuj entuzjazm, późniejszego serialu Larry’ego Davida, podczas pierwszej fali pandemii sięgnąłem po Seinfelda, pierwsze kilka odcinków potraktowałem jako zwiastun rozrywki czysto nostalgicznej, która nowym odbiorcom może wydać się nieco zwietrzała.

Dopiero całość dała mi to, czego szukałem – serial błyskotliwie napisany i eksperymentalny formalnie, a jednocześnie uniwersalny i ani na chwilę nie popadający w intelektualne pretensje. A może nawet nie serial, ale wrażenia rozmowy z najśmieszniejszym ze znajomych, jak pisali o Seinfeldzie krytycy jeszcze w latach 90.? Namiastkę normalnego życia podczas jednego z najdziwniejszych wydarzeń w ekstremalnie dziwnych czasach? Czekając na październikową premierę wszystkich 180 odcinków na Netfliksie warto przypomnieć, dlaczego serial, który w Polsce nigdy nie doczekał się choćby ułamka popularności, jaką cieszył się w Stanach Zjednoczonych, jest dziś popkulturową ikoną, dlaczego Steven Spielberg ratował się jego oglądaniem podczas pracy nad Listą Schindlera, a Netflix bez wahania zapłacił 500 milionów dolarów za prawa do jego emisji.

Jerry Seinfeld już w wieku 8 lat zdecydował, że będzie zajmował się komedią, ale jego pierwszy występ w nowojorskim klubie ze stand-upem nie należał do udanych. 22-letni komik przypomniał sobie tylko tematy, które miał poruszyć – takie jak plaża, rodzice czy prowadzenie samochodu. Widzowie myśleli, że mają do czynienia ze sztuką konceptualną, a Seinfeld uciekł ze sceny po zaledwie trzech minutach. Jak przystało jednak na perfekcjonistę (i nieco rozpieszczonego synka mamusi i tatusia), późniejszy bohater serialu spędził cztery lata na intensywnym szlifowaniu stand-upowego programu. Do legendy przeszedł okres, kiedy komik w białych sneakersach (stylówka zaczerpnięta od Billa Cosby’ego, ówczesnego idola) przez 18 miesięcy występował w klubach praktycznie codziennie, nierzadko zaliczając kilka występów w czasie jednego wieczoru, nagrywając swoje występy na kasetę i poprawiając je w nieskończoność. W tym czasie Seinfeld nawiązał siłą rzeczy kontakt z przedstawicielami nowojorskiego środowiska komików – dziennikarzami, pisarzami, dziwakami i innymi, ledwo wiążącymi koniec z końcem pracownikami kreatywnymi ery Reagana, dryfującymi gdzieś na obrzeżach telewizji i chwytającymi się najczęściej krótkotrwałych scenariuszowych fuch.

Chęć zostania najśmieszniejszym człowiekiem świata po ponad 10 latach pracy przyniosła pożądane efekty, a stacja NBC zaoferowała Seinfeldowi, który wcześniej zagrał epizodyczną rolę w kilku odcinkach sitcomu Benson, stworzenie własnego serialu. Do pracy nad nim Seinfeld zaprosił innego zaprawionego w bojach stand upera, a zarazem prawdziwego oryginała, Larry’ego Davida – ulubionego komika ówczesnych komików,  połączenie klauna Bozo i Einsteina, jak powiedział o nim wieloletni przyjaciel, Richard Lewis. We dwóch zaczęli pracę nad zarysem scenariusza, a punktem wyjścia był pomysł Davida, by stworzyć serial o niczym

Fraza do dziś pozostaje znakiem rozpoznawczym serialu, podobnie jak hasło żadnego przytulania, żadnego uczenia się. Bohaterowie “Seinfelda” nie wyciągają wniosków ze swoich błędów, nieustannie kończąc związki z powodu własnej małostkowości, cynizmu i konformizmu, nie znajdując pocieszenia, którego zresztą wcale nie wydają się szukać. Powroty do byłych partnerów zawsze kończą się żałośnie,  rozstanie z powodu dwukrotnie założonej sukienki, szczoteczki do zębów, która ląduje w toalecie czy drobnych, choć irytujących nawyków towarzyszących rozmowom telefonicznym to norma. Wzorowany na Davidzie przyjaciel Jerry’ego, George Costanza, to bohater, który wzbudza jednocześnie sympatię i politowanie. Jest kłamliwy, tchórzliwy, uzależniony od toksycznych, rozwrzeszczanych rodziców. Tacy właśnie – dalecy od ideału, snobistyczni i dziecinni – są zresztą wszyscy bohaterowie serialu, na czele z Cosmo Kramerem, którego postać oparto na prawdziwym sąsiedzie Larry’ego Davida, bezrobotnym i pasożytującym na przyjaciołach, czy błyskotliwą i niezależną, ale również niewolną od wad kolegów Elaine Benes. 

Podstawą serialu stało się życie dwójki twórców – i to do tego stopnia, że właściwie każda scena w pierwszych dwóch sezonach była zaczerpnięta z życia 41-letniego wówczas Davida, od lat odbijającego się od jakiejkolwiek szansy na poważną “karierę”. Odgrywający rolę jego odpowiednika Jason Alexander zwrócił się nawet do scenarzysty z prośbą o wyjaśnienie zagadki swojej postaci. O co tu chodzi? Nikt tak nie reaguje – mówił aktor o odgrywanej przez siebie postaci Costanzy. O czym ty mówisz? Dokładnie to mi się przydarzyło i dokładnie tak zareagowałem – odpowiadał autor. 

Te pierwsze, pisane w ciągłej niepewności co do dalszych losów serialu sezony to zaledwie przedsmak szczytowych dokonań twórców. Kiedy Seinfeld stał się serialem kultowym, albo przynajmniej bijącym rekordy popularności? Za jeden z przełomowych momentów w historii uznaje się odcinek w całości opowiadający o czekaniu na stolik w chińskiej restauracji. Długie rozmowy, brak dynamicznej fabuły, pojedyncza kamera – nie wszystkim dyrektorom stacji podobał się pomysł na nagranie tak statycznego, częściowo improwizowanego odcinka, ale widzowie zrozumieli, że mają do czynienia z pozycją nietypową i oryginalną. 

Dołączyli tym samym do krytyków, którzy już wcześniej pisali, że serial przypomina samo życie – tylko z lepszymi dialogami. Że widać w nim ślady inspiracji Bellowem, Pinterem, Beckettem – tyle, że przefiltrowanych przez współczesną wrażliwość i skupionych na całkowicie prozaicznych sprawach. Że Seinfeld to Kafka w primie time. Slapstickowy Philip Roth ze śmiechem z puszki. Literackie powinowactwa nie były zresztą obce Davidowi – inspiracją dla stworzenia Elaine była Monica Yates, córka wybitnego, choć dziś nieco zapomnianego Richarda Yatesa, z którą przez jakiś czas był związany. W serialu pojawiają się nawiązania do Hemingwaya, wspominany jest też inny “pisarz pisarzy”, John Cheever. Klaun Bozo pozostaje klaunem po dziś dzień, ale swoje błazeństwo zawsze łączył z miłością do cringe’u, prowokacyjnej komedii, Woody’ego Allena i tego, co najciekawsze w sztuce “wysokiej”. 

Od sezonu trzeciego do siódmego (po którym David ostatecznie zrezygnował z pracy nad serialem) mamy już do czynienia z prawdziwym komediowym kunsztem. Na dodatek wszystkie skonstruowane są jak długi, wielopiętrowy dowcip, który na końcu splata liczne przewijające się przez nie motywy niczym nienachalna, błyskotliwa puenta. Jednak początki nie były tak obiecujące – przynajmniej dla grup fokusowych i widzów pilota, “Kronik Seinfelda”. Producenci mocno uwierzyli jednak w wizję twórców o minimalnym telewizyjnym doświadczeniu, nawet jeśli początkowo uznawali serial za “zbyt nowojorski i zbyt żydowski”. 

Z czasem do przerażonego wizją kreatywnej blokady Davida dołączyła grupa scenarzystów (podczas pracy nad wszystkimi 9 sezonami przewinęło się ich prawie dwudziestu). Wspólna praca stała się dla nich poligonem doświadczalnym, a ich obecność pozwoliła na niespotykane wcześniej w sitcomach zagęszczenie wątków, co widać zwłaszcza gdy do serialu wraca się po raz kolejny. Trudno przy tym uwierzyć, że “Seinfeld” początkowo tworzony był przez niemal zupełnych telewizyjnych outsiderów – zarówno jeśli chodzi o twórców scenariusza, jak i obsadę. Co prawda Jason Alexander, który został wybrany do odtwarzania roli George’a Costanzy, miał już na koncie prestiżową nagrodę Tony za rolę w musicalu Jerome Robbins Broadway, ale mimo jego talentu, a także komediowej wszechstronności odtwórców ról Kramera i Elaine, Michaela Richardsa i Julie Louis Dreyfus, serial do końca tworzony był przez ludzi, którzy nie mieli żadnych zahamowań, by łamać zasady obowiązujące w ówczesnej telewizji. Jason Alexander na początku wątpił w sukces “Seinfelda”, uważając, że tym, czego potrzebowali ówcześni widzowie, jest familijny “Alf”. 

Nie miał racji. Finał serialu w 1998 roku obejrzało ponad 76 milionów widzów (prawie 70% wszystkich oglądających tego wieczora telewizję w Stanach Zjednoczonych). To trzeci wynik w historii, ustępujący tylko finałom “M*A*S*H” (1983) i “Zdrówka” (1993). Serial zainspirował dziesiątki naśladowców – jego wpływy znajdziemy w “Przyjaciołach”, “Arrested Development”, “Broad City”, “Specjaliście od niczego”, “Louiem” i mnóstwie innych, jeszcze nowszych produkcji. Julia Louis Dreyfus jest dziś z 11 nagrodami Emmy najbardziej utytułowaną aktorką telewizyjną wszech czasów, Jerry Seinfeld żyje jak zblazowany milioner i słynie z kolekcji drogich klasycznych samochodów, regularnie wracając do swojej największej pasji, czyli (suto dziś wynagradzanego) stand-upu, a Larry David stworzył “Pohamuj entuzjazm” – pierwszy serial przełamujący “klątwę Seinfelda”, która jak się przez chwilę wydawało zawisła nad twórcami serialu, który odniósł przytłaczający sukces. Improwizowanej, pod wieloma względami dziwniejszej i jeszcze mniej akceptowalnej dla szerokiej publiczności komedii, której 11 sezon również będzie miał premierę w październiku, wypadałoby poświęcić osobny artykuł. 

“Seinfeld” nie jest serialem, który łatwo pokochać od razu. Niektóre żarty nawiązują do bieżących wydarzeń, o których dzisiejsi widzowie bez googlowania mogą po prostu nie wiedzieć, nawet jeśli interesuje ich amerykańska popkultura lat 90. Językowe wieloznaczności stanowią duże wyzwanie dla tłumaczy, co widać było jeszcze w czasie, gdy “Seinfelda” można było zobaczyć na innych platformach niż Netflix lub w telewizji – część żartów jest spłycana przez swoją nieprzetłumaczalność. Mimo tych minimalnych zgrzytów, związanych też z dynamicznymi zmianami kulturowymi, jego znaczenie dla całej dzisiejszej telewizji trudno przecenić, a dowcipy mają wszelkie zadatki na ponadczasowość. 

 

WIĘCEJ