Uważaliśmy, że czołgi to pieśń przeszłości. Dzisiaj ta przeszłość dopomina się o uwagę.

Tak naprawdę do samego czwartkowego poranka mało kto wierzył, że słowo wojna stanie się europejską rzeczywistością. Ba, nawet poważne środki analizy geopolitycznej spekulowały, że jeśli widać tak duże przygotowania do wojny po stronie rosyjskiej, jest duża szansa, że do niej nie dojdzie, bo plany uderzenia szykuje się w tajemnicy. Natomiast już po fakcie, w reakcjach na barbarzyńską inwazję Putina na Ukrainę, bardzo częstą opinią jest wyrażanie rozdźwięku między rozpętaną wojną współczesnością. Oczywiście, po zachodniej stronie świata, do której w jakimś stopniu należy też Polska, wojna wydaje nam się pomysłem nie z tej epoki, szczególnie wobec wyzwań współczesności i przyszłości, także tej najbliższej. Putinowski najazd uderzył w czasach, kiedy zajmujemy się pandemią, a widmo katastrofy klimatycznej nawet nie tyle krąży nad głowami, co zmaterializowało się w postaci ekstremalnych zjawisk pogodowych, których doświadczaliśmy jeszcze kilka dni temu. Potrzebujemy jedności, solidarności, pracy na rzecz wspólnego celu, jakim jest złagodzenie egzystencjalnego kryzysu planety. W tym kontekście zdjęcia czołgów i ludzi w mundurach jawią się niczym obrazki z równoległego wszechświata. Duża w tym rola zachodniej popkultury, która sprowadziła wojnę do roli akcesorium, tła, na którym można rozegrać film, czy osadzić grę wideo. Najczęściej w dość lekkim, rozrywkowym, a czasem nawet romantycznym tonie. Nie zrozumcie mnie źle, czasami eskapizm tego typu jest przydatny, ale nie da się ukryć, że konflikty zbrojne oswoiliśmy na jeden z gorszych z dostępnych sposobów. W kraju takim, jak Polska dochodzi również kontekst edukacji szkolnej i prawicowej propagandy, która stoi na bakier z pacyfizmem, za to chętnie gloryfikuje mundur, a wojny prezentuje jako pole manichejskiego, moralnego starcia wartości. Nie zaś ludzkiej tragedii, którą w istocie jest. Ba, są nawet polityczne siły, które brak wojny uznają za pewnego rodzaju skazę na kiepsko uformowanych osobowościach, osłabionych przez czas pokoju. Ten nihilizm cieszy się szczególnego rodzaju poklaskiem, głównie po tej stronie społeczeństwa, która lubi przebierać się w fatałaszki z kotwicą i powstańczą opaską. Wojna jako twór zapośredniczony przez popkulturę i propagandę przestaje być realną perspektywą, staje się akcesorium, często nader atrakcyjnym marketingowo.

Ale to nasz, uprzywilejowany punkt widzenia. Dla narodu ukraińskiego wojna to rzeczywistość już od pierwszych zbrodniczych ruchów Putina w Donbasie i na Krymie w 2014 roku. Od tamtego czasu rosyjski dyktator cieszył się normalnymi stosunkami dyplomatycznymi z władzami zachodniego świata, gospodarcze interesy Federacji Rosyjskiej trwały niezagrożone, oligarchowie dalej mogli bawić się w piłeczkę nożną, a międzynarodowe zawody sportowe trwały na rosyjskiej ziemi w najlepsze. Europejskie kraje – rzekomo tak silnie skupione na zielonej rewolucji energetycznej – są w dużej części uzależnione od rosyjskiego gazu, który w nie tak odległej przeszłości okazywał się o wiele ważniejszy, niż bezpieczeństwo Ukrainy. Powiadają, że kapitał nie ma barw narodowych, jak widać, moralność też nie. Zachodni świat jest mistrzem w outsourcingu, więc outsourcingujemy nie tylko same wojny, ale również nasze uczucia wobec nich. Zupełnie spokojnie przyjmujemy amerykańską, imperialistyczną propagandę wojenną, która spoziera nawet z pozornie tak niewinnych produkcji, jak filmy Marvela, suto dofinansowywanych przez Departament Obrony Stanów Zjednoczonych. Gry z serii Call Of Duty sprzedają się w milionach egzemplarzy również poza granicami upadłego imperium Wujka Sama, mimo, że są symulatorami zbrodni wojennych. Lubimy bawić się w wojnę, lubimy wojny – szczególnie II Wojnę Światową – wspominać, niektórzy nawet z drobną nutką nieprawdziwej nostalgii za czasami, w których było o co walczyć (a których nie przeżyli). Tymczasem jedna wojna toczy się pod naszym nosem od wielu lat, a w innych bierzemy czynny, choć wstydliwie ukrywany udział, który jest potem jeszcze gorzej usprawiedliwiany, jak w Iraku, czy Afganistanie. Czy w Syrii, gdzie nasi wspaniali amerykańscy sojusznicy od lat rozgrywają konflikt proxy z Rosją, zmieniając kraj w poligon doświadczalny do testowania nowych technologii wojskowych. Przez własny przywilej względnej zamożności i relatywnego bezpieczeństwa, mogliśmy sobie pozwolić na stwierdzenie, że konwencjonalne wojny – takie toczone przez czołgi i żołnierskie buty, obok których stukają karabiny – to pieśń przeszłości, tego strasznego, niecywilizowanego wieku XX. Przecież dzisiaj konflikty rozgrywają się w cyberprzestrzeni i na rynkach finansowych, przy dźwięku klawiatury, nie huku bomb. Wstrząsająco okrutny, bezczelnie bezpośredni, w naszych kategoriach archaiczny atak Rosji na Ukrainę nie mieści się we współczesnym zbiorze pojęciowym. Tymczasem poza zachodnim światem innych wojen nie ma, jest za to broń, którą eksportują takie europejskie kraje, jak: Francja, Niemcy, czy Hiszpania. Przy milczeniu społeczeństw, które korzystają na bezpieczeństwu i luksusie kupionym za te splamione krwią euro. 

Czy to znaczy, że mamy żyć w zmilitaryzowanych społeczeństwach, a może zakazać eskapistycznej rozrywki, która korzysta z wojennych dekoracji w równym stopniu, co z opowiastek o elfach i magii? Oczywiście, że nie. Ale szczególnie teraz powinniśmy przyjrzeć się naszemu stosunkowi do wojny, a przede wszystkim prześwietlić polityczne i gospodarcze elity europejskie pod względem haniebnej sieci, która karmi kapitalistycznego pająka ludzką krzywdą. Tony broni eksportowanej z Europy, długoletnie pobłażanie kreaturom w rodzaju Putina, finansowe eldorado dla oligarchów w Szwajcarii i Londynie (czy Londongradzie jak głosi popularne określenie) to ich prawdziwe oblicze, które skrywają pod maską zatroskania o klimat i prawa człowieka. Tak, z perspektywy wyzwań przyszłości znaczonej katastrofą klimatyczną, progresywnej agendy praw człowieka, czy kwestii nowych technologii zmieniających nasze życie, konwencjonalna wojna to jakaś archaiczna abstrakcja. Ale to dobrze osadzone w starych drogach elity sprawiły, że w 2022 roku, w bezdyskusyjnie europejskim kraju stanęły rosyjskie czołgi. Tak, Putin zachowuje się jak człowiek nie z tych czasów. Bo te czasy dotyczą tylko wycinka świata, części zachodniej i północnej półkuli. Rosja, której potęga opiera się na paliwach kopalnych, od których powinniśmy odejść już dawno temu, jest symbolem XX wieku. Imperializmu zbudowanego na idiotycznej chęci powiększania posiadanej ziemi, liczenia potęgi w kilometrach kwadratowych, liczbie czołgów i żołnierzy. Jeśli marzy nam się inny wiek XXI, musimy reagować. Powinniśmy protestować, organizować zbiórki, wspierać ukraiński naród wszystkimi siłami. Ale także rozliczyć elity, które na to pozwoliły. Wezwać do odpowiedzialności tłuste koty, upasione na europejskich salonach, zamienionych później na ciepłe posadki w radach nadzorczych rosyjskich koncernów surowcowych i energetycznych. Kiedy słyszę słowa dawnego kanclerza Niemiec, a dzisiaj suto opłacanego bonza z rosyjskiego koncernu Rosnieft, Gerharda Schrödera, który apeluje o niezbyt surowe sankcje dla Rosji, zastanawiam się: gdzie jest granica przyzwoitości? Nie jest przypadkiem, że członkowie tych elit to sędziwi ludzie, którzy nie rozumieją współczesności i żyją według toksycznych wzorców wieku ubiegłego, a nawet wcześniejszych. I tak, gnidy w rodzaju Schrödera, Putina, czy Orbána kiedyś – może nawet niedługo – umrą. Ale przedtem rozleją morze niewinnej krwi, które zatamuje zmiany potrzebne do przetrwania ludzkości. Wojna powinna należeć do przeszłości, więc zróbmy wszystko, żeby przesłanie pacyfizmu dotarło także do skorumpowanych śmierdzącymi gazem i ropą banknotami europejskich elit. Tymczasem wspierajmy Ukrainę na wszystkie możliwe sposoby – przydatne adresy znajdziecie TUTAJ

WIĘCEJ