Fenomen Young Leosi: od ikony pokolenia Z po cyberrewolucjonistkę z memosfery

Bohaterka, której potrzebujemy.

Praktycznie każdy dzień przynosi złe wieści. Świat osuwa się w otchłań, dekady żałosnej boomerskiej dyktatury dały efekt w postaci katastrofy klimatycznej, kompletnie zdegenerowanej polityki, czy piekielnie niesprawiedliwego i koszmarnego systemu ekonomicznego. Reagujemy na różne sposoby: od aktywizmu po depresję, rośnie spożycie alkoholu i narkotyków, a ciśnienie między ludźmi wywaliło poza skalę. Do tego wszystkiego doszła pandemia, która zupełnie obnażyła słabość fasady, którą sobie zbudowaliśmy. Tak, żyjemy w czasach apokalipsy, dla jednych szybkiej i bolesnej, dla innych rozłożonej na lata i pełzającej na brzuchu dotkliwości. To jeden z kluczy do sukcesu Young Leosi, ale niejedyny. Artystka odpaliła pre-order swojej debiutanckiej epki i to dobry moment, żeby pochylić się nad jej fenomenem i spytać: czemu to właśnie ona zrobiła skuteczny desant na masową wyobraźnię?  

„Szklanki” były punktem zapalnym – „Wyspy” były umiarkowanym hitem, poniekąd bardzo udanym, a i wcześniej Leosia dała się poznać jako świetna DJ-ka podróżująca z Żabsonem. Ale dopiero „Szklanki” spowodowały ogromną eksplozję memów i wyniesienie młodej artystki pod niebiosa internetu. Boomersi i inne muzyczne dziady pomrukiwały z niezadowoleniem: było w tym sporo niezrozumienia dynamiki współczesnej memosfery, na pewno trochę seksizmu, w tle czaiła się równie tradycyjna niechęć do każdej młodzieżowej muzyki. Sprowadzanie Leosi wyłącznie do statusu mema jest nie do końca fair, ale nie da się ukryć, że gdyby nie sieć pejów i instagramowych kont, które stawiały ją w roli superbohaterki stojącej na czele komunistycznej cyberrewolucji (jedna z popularnych interpretacji), jej fenomen byłby wyłącznie muzyczny, nie ogólnokulturowy. Poza memicznym potencjałem mamy tu do czynienia z przystępną muzyką, która świetnie wstrzeliła się w obszar między pop-rapem, a pop-klubem. Lekkie brzmienia na domówkę i w plener, świetnie obsługujące zarówno Tik Toka, jak i pogrobowców niezalowej muzycznej blogosfery. „Szklanki” zawierają wiele linijek gotowych do cytowania: uroczych w swojej prostocie, chwytliwych i (świadomie lub nie) otwartych na interpretację i rekontekstualizowanie. Tak działa każdy dobry pop, przecina linie pokoleń, gustów i kompetencji kulturalnych. Young Leosi udało się wstrzelić w ducha czasów, znaleźć język i muzyczną stylistykę, która trafia do różnych grup. Przy tym wszystkim artystka jest bezpretensjonalna, szczera i autentyczna. Młodsi uważają ją za idolkę, ale taką ziomalską, do której łatwo się odnieść, aspirować, czy z nią utożsamiać. Milenialsi widzą Leo jako wyidelizowaną ikonę pokolenia Z, generacji, która myśli o świecie lepiej, niż ci, którzy go rozwalili, nadzieję w czarnej rozpaczy, która nas otacza. Na ile te spojrzenia są zgodne z rzeczywistością jest nieistotne, bo przecież od zawsze tworzymy sobie mity. To nam wiele ułatwia, organizuje naszą świecką rzeczywistość i daje wytchnienie, bo zawsze możemy się pocieszyć, że istnieje ktoś, kto stąpa po chmurach, kiedy my gryziemy ziemię. I nie, nie jest to Jeff Bezos, uzurpator ze świecącą głową, który z bezczelnym uśmiechem dziękuje swoim wyzyskiwanym pracownikom i pracowniczkom za opłacenie wycieczki w kosmos. To młoda artystka, która jest uosobieniem luzu i naturalnego coolness, nasza zupełnie realna postać z anime, do której możemy dokleić tysiące lewicowych memów i na moment zapomnieć, że planeta płonie.    

Pre-order Hulanek, debiutanckiej epki Young Leosi, jest oczywistym hitem sprzedażowym. Trzeba przyznać, że raptem dwoma utworami – „Jungle Girl” dopiero się rozpędza – artystka zbudowała sobie pozycję, na którą inni pracowali latami. Pomogła jej w tym osobowość, ale i duch czasów, który niejako podyktował, że ktoś taki musi zaistnieć. Nie bez znaczenia jest ogromne wsparcie ze strony Żabsona, który zbudował swój team i pozwala mu rozkwitać. Nawet jeśli ten większy materiał Leosi będzie zawodem, to raczej mało kto będzie na tyle odważny, żeby to przyznać. Chcemy, żeby jej się udało, bo wyimaginowany obraz, jaki wokół niej zbudowaliśmy, jest zbyt silny, żeby było inaczej. Jestem bardzo ciekaw, jaki stosunek do tego zbiorowego szaleństwa ma sama artystka. To, że rezonuje z własnym pokoleniem jest w pełni naturalne, ale że trafiła do ciemnych serc lewicujących milenialsów i krawędziowego memiarstwa musi być niezłym mindfuckiem. Cieszy fakt, że to wszystko odbywa się z szacunkiem, chociaż w tym idealizowaniu pobrzmiewa nutka odbierania podmiotowości. Ale taki już los popowych ikon, mogło być o wiele gorzej. Na razie Leosia radzi sobie ze sławą świetnie, bez potknięć, meltdownów i dramy. Na pewno sprzyja jej to, że tradycyjne media zupełnie nie kumają, o co chodzi w jej fenomenie, oszczędzają ją także serwisy plotkarskie, które przecież nie mają żadnych skrupułów w ciąganiu młodych gwiazd przez rynsztok. Na Pudelku jest tylko jedna wzmianka o Leosi, a jest duża szansa, że statystyczni boomersi i bardziej normiccy milenialsi mogą jej po prostu nie kojarzyć. Z czasem to się oczywiście może zmienić, ale hip-hopowe pochodzenie artystki chroni ją przed wieloma szkodliwymi mechanizmami, które by się uruchomiły, gdyby była zwykłą popową gwiazdką. Tymczasem możemy jej tylko kibicować i dalej lokować wyobrażone nadzieje. A w to, że Young Leosia ma w sobie jeszcze niejeden przebój, nie wątpię!  

WIĘCEJ