Wte i wewteBelmondawga to piorunujące szczerością przemyślenia o śmierci i samobójstwie, które mogą uzdrowić

Lepiej nie jeść wcale niż jeść źle„.

Kiedyś był Belmondo. Dziś jest Belmondawg. Kiedyś furorę robiło Mobbyn. Dzisiaj jego sukces powtarza Poppyn. Nazwy się zmieniają. Układy osobowe morfują. Ale ciągłość istnieje. Przez cały ten czas istniał także i kminił Tytus Szyluk. Łatwo się zagubić w memach, dudniącym w komentarzach echo chamber i zapomnieć, że Młody G to nie żaden awatar, tylko chłop z krwi i kości. Z mózgiem i z sercem. Poza Kazkiem Bałagane, mało kto przez ostatnie 5 lat zrobił tyle dla przyszłości języka polskiego za pomocą rapowego medium, co Belmondawg właśnie. Ale ceną za hajp jest hałas. A ten częściej rodzi chaos niż zrozumienie. Każe myśleć o sobie przez pryzmat neuronów innych osób. W końcu, zasilane plotkami i personalnymi beefami, gówno uderzyło w wentylator i zapaskudziło cały pokój. A Tytus zniknął, żeby wrócić z lekkim rebrandem i świeżą banią.

To właśnie udowadnia H.A.U. EP, czyli Hustle as Usual – biznes jak zwykle lub szwindel jak zwykle. Ta dwuznaczność idealnie wpisuje się w skomplikowany portret jednego z czołowych tricksterów polskiej kultury (bo G lepiej sprawdza się w tej roli niż wielu artystów z dziedziny sztuki nowoczesnej, którzy aspirowaliby do tego miana). O comebackowym wydawnictwie Belmondawga napisano już sporo, ale nadal za mało. To wyborny materiał. Można wspomnieć o doskonałych w większości, podlanych oldschoolowym czilem, podkładach. O językowej woltyżerce, która wykracza daleko poza ramy języka polskiego, którym operuje większość ludzi. O pokrzepiających deklaracjach resetu i odnalezienia się na nowo, które brzmią faktycznie szczerze i pewnie. O przekonującym i zaskakującym powrocie Dizkreta, buńczucznej zwrocie Yomena i trzech tuzinach followupów. Skojarzeniowy gąszcz odwołań to zagadka dla moderatorów Geniusa. Ja wolę przeorać emocjonalne podglebie H.A.U., które naświetla i użyźnia jeden konkretny numer – “Wte i wewte”.

Belmondawg / mat. pras.

Obraz psychicznego bólu w polskim rapie przeobraża się zależnie od epoki. Światła miasta Grammatika, niektóre zakamarki wczesnych płyt WWO i część numerów z dwóch pierwszych Muzyk Pezeta i Noona to świadectwa umysłów głodnych transcendencji i prawdziwości, którą ciężko jest znaleźć w miejskim betonie. Teraz żyjemy w epoce post-emo-rapu, gdzie obowiązuje wykładnia schładzania mózgu okładami z hajsu oraz kobiet (według linijek najczęściej złych i dwulicowych) oraz prasowania go weedem i euforykami. Nieśmiertelna figura tęskniącego serca była obecna w hip-hopolo (gatunku, który trochę istniał, a trochę nie) i przetrwała do dzisiaj w pop-rapowym krajobrazie.

Belmondawg szuka jednak innej drogi wyrazu, by opowiedzieć, co się działo w ostatnich latach w jego bani. “Wte i wewte” to jedyny w pełni nokturnalny numer na całej trakcliście – samej w sobie słodko gorzkiej. Minimalistyczny beat można identyfikować z bardziej ambitnymi dokonaniami stricte rapowych alumnów Odd Future, Tylera czy Earla, ale także post-dubstepową spuściźną, którą na salony wprowadził James Blake, a nie kto inny. Powolny, równocześnie klarowny i smolisty, podkład może sam w sobie nastrajać do zadumy. Paliwem dla ruminacji są tu jednak przede wszystkim poszczególne linijki Młodego G – każda z osobna uderza w inny czuły punkt. Wszystkie razem są lamentem oraz przestrogą. Składają się na memento mori zakorzenione w faktach i doświadczeniach. W pierwszej zwrocie Tytus, podobnie jak w kilku poprzednich trackach, odcina się od mętów, którzy mieli być jego kumplami, ale tylko się za nich podawali. Ksywki można sobie dopisać samemu. Ale nie o to tu chodzi. To zarysowanie czarnej dziury zobowiązań i chciwości, które mogą zaprowadzić człowieka na skraj.

I w tym wypadku zaprowadziły. Bo Belmondawg otwarcie i bez zbytniego owijania w bawełnę mówi o myślach samobójczych. Nie chcę w tym momencie dyskredytować wszechobecnego flirtu ze śmiercią czającego się w połowie emo-trapowych piosenek. Każdy odczuwa ból na swój sposób. Gdyński Sarmata mówi jednak o swoich rozgrywkach z wiecznością w sposób, którego nie należy rozpatrywać romantycznie. To spojrzenie w pustkę, która spogląda na ciebie z powrotem. I ciężko mi podkreślić jak szalenie piorunujące wrażenie robi to na mnie przy każdym jednym odsłuchu. O kruchości życia niby wiemy. Ale staramy się o niej zapomnieć. Belmondawg przekonał się o niej tracąc kumpli – rapera Leha oraz Wiktora. Obu oddaje należny im szacunek i między wersami dziękuje otaczającym bytom i samemu sobie, że nadal żyje. Wyciągnął obie nogi z wnyk i nadal chodzi. A każdemu z bagażem myśli o ostateczności doradza szersze spojrzenie. To nie żadne neofickie patronizowanie. Wszyscy razem jesteśmy silniejsi. I aby się wspierać musimy przede wszystkim nadal istnieć – każda, każdy i każde z osobna.

Każdy z muzyki bierze to, co chce. Ja sam, po nieskończeniu wielu kontaktach z muzyką infantylizującą śmierć oraz latach powracających nerwic, stanów depresyjnych i samobójczych fantazji, które doradzają plany wyparowania w sposób, który nie powinien nikomu uczynić zbytniej przykrości, w końcu usłyszałem w polskim rapie bratnią duszę. Zranioną, ale silną. Dealującą z konsekwencjami głupich decyzji, ale mądrą. Dziękuję.

WIĘCEJ