Wszyscy olaliśmy ostatni singiel KANYE WESTA. Niesłusznie, jest fantastyczny

Wszyscy olaliśmy ostatni singiel KANYE WESTA. Niesłusznie, jest fantastyczny

Yeezus znowu się objawił i schodzi na ziemię. Tak dobrego numeru West nie nagrał od dobrych 4 lat.

Kanye w końcu ogłosił start w tegorocznych wyborach na Prezydenta USA. Swoje poparcie wyraził już inny wybitny zbawca ludzkości – Elon Musk. Ye nie złożył jednak jak na razie żadnej stosownej dokumentacji, a jego szansę na zwycięstwo oceniane są w tej chwili przez ekspertów na okrągłe zero przecinek zero procent. Ten odważny ruch nie oznacza jednak najpewniej, że autor Late Registration faktycznie zamierza zastąpić Donalda Trumpa w Białym Domu. Przede wszystkim powinniśmy się spodziewać nowego albumu Westa. God’s Country ma się bowiem niedługo zmaterializować, a jego pierwszym zwiastunem jest „Wash Us In The Blood” z gościnnym udziałem Travisa Scotta.

Sam mocno ociągałem się, żeby sprawdzić co tym razem zgotował nam jeden z najsłynniejszych egomaniaków na całym globie. W pamięci dzwoniły mi bowiem słowa samego Ye o tym, że porzuca hip-hop i od tej pory będzie nagrywał tylko gospel. Tak było ledwo pod koniec października zeszłego roku, gdy w sieci ukazał się Jesus is King, zdecydowanie najsłabszy krążek Westa w całej jego pokaźnej dyskografii. Ojciec North, Saint, Psalma i Chicago miał być bowiem od tej pory poczciwą głową rodziny, która głosi słowo boże z pomocą kilkudziesięcioosobowe chóru The Sunday Serwice. Nawet tytuł najnowszego singla zwiastował religijne konotacje, które coraz częściej wypełniały szesnastki Kanye.

No i niespodzianka. „Wash Us In The Blood” to bowiem zdecydowanie najlepszy numer Ye od czasu wydania The Life of Pablo (czyli od ponad 4 lat). Yeezy zaprosił do udziału swojego niemal-szwagra, Travisa Scotta, a efektem jest dziki i niezwykle polityczny banger. Tęskniliście za Yeezusem? Oto jego ponowne zstąpienie na ziemię. Minimalistyczny i hipnotyczny oraz mocno surowy beat zdecydowanie nawiązuje do jednego z bardziej polaryzujących krążków w karierze giganta z Chi City. West w swojej nawijce łączy z kolei zapał kaznodziei z chromowanym szlifem robotycznych efektów nałożonych na jego głos. Żeby nie było, obaj raperzy w oczywisty sposób odnoszą się do biblijnych wersetów, prosząc m.in. o deszcz krwi, która oczyści wszystkich mieszkańców USA. Animalistyczna natura tego numeru wygrywa jednak ze wszystkimi innymi instynktami i sprawia, że to jedna z najbardziej unikalnych rzeczy jakie od długiego czasu wypuścił Ye. I tu warto zwrócić uwagę na fakt, że chyba części jego fanów cierpliwość skończyła się już jakiś czas temu. Internet nie spłonął jak przy większości pozostałych premier samozwańczego bożka hip-hopu. W tydzień singiel zebrał 8 milionów odtworzeń na Youtubie i, mimo że wielu artystów marzyłoby o takim wyniku, jest to raczej rozczarowująca liczba dla człowieka, który jeszcze niedawno miał cały muzyczny świat u swoich stóp.

Warstwa muzyczna to jednak nie jedyny atut „Wash In The Blood”. Towarzyszy mu bowiem równie fantastyczny teledysk. Stworzony głównie z fragmentów found footage, mieszający protesty wokół śmierci George’a Floyda, klatki rodem z GTA oraz momenty religijnych uniesień, klip maluje post-internetowy zeitgeist, który udało się uchwycić tutaj brzmieniowo Westowi i Scottowi.

Jak widać, rodzina jest najważniejsza. I ta najbliższa, i ta spleciona kolorowem pigmentu w swojej skórze. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji, zapraszam:

WIĘCEJ