Współcześni gladiatorzy, czyli dlaczego celebryckie pranie się po mordach to dobra rzecz

Od zarania dziejów naszego gatunku, życie człowieka to walka. O przetrwanie, o jedzenie, o pozycję, o wstanie z łóżka rano i rozpoczęcie dnia. To oczywiście żartobliwe droczenie się, bo od czasów, kiedy najwyższym stadium rozrywki były walki gladiatorów, minęło sporo czasu, sporo się również zmieniło pod względem cywilizacyjnym i społecznym.

Ale czy to do końca prawda? Czy prymitywna naparzanka w kontekście psuedosportowym (a tak naprawdę czysto rozrywkowym), w wykonaniu ludzi wytrenowanych szczątkowo lub wcale to odległa pieśń przeszłości? Bynajmniej. Fame MMA, czy popularne ostatnio jutuberskie walki bokserskie, to nic innego jak współczesne starcia gladiatorów, cyrk ku uciesze gawiedzi i nabijanie kabzy medialnemu patrycjatowi. Tak, jak niegdyś starcie na arenie Koloseum było ostateczną szansą na odzyskanie wolności, tak dzisiaj wejście do klatki czy ringu jest często desperackim zabiegiem na pochwycenie resztek popularności, zmonetyzowanie ulotnej sławy zanim znowu wpadnie się w niebyt i – o zgrozo – koleiny zwykłego funkcjonowania w społeczeństwie. Od „fachowców” MMA można usłyszeć, że to zabijanie tego sportu, robienie z niego cyrku i inne tego typu mądrości. Przepraszam – czy kiedykolwiek stanęli z boku i spojrzeli spokojnie na to, czym jest MMA? Przecież to jest tylko odrobinę bardziej ustrukturyzowana bójka pod dyskoteką, więc otwarcie się swawolnej naparzanki na całą menażerię celebrytów klasy Z jest w zasadzie nobilitacją dla tego beka sportu. Nigdy nie zapomnę, jak pierwszy raz oglądałem profesjonalne MMA – byłem wprost zszokowany, że to jest legalne i normalnie leci w telewizji, bo dla świeżaka wyglądało jak bójka dwóch dresów, którzy zdecydowanie za szybko i często schodzą sobie głową do krocza. Więc nie, udział Żuroma czy innego Rafonixa w tym wszystkim to żadna ujma na honorze szlachetnej aktywności, a bardziej naturalna droga rozwoju. Boks jest odrobinę bardziej cywilizowany, ale c’mon – to wciąż pranie się po mordach.

Czy Fame MMA i tego typu wydarzenia są probierzem upadku czy regresu naszej cywilizacji? Po takim wstępie pewnie spodziewacie się dalszego ciągu właśnie w tym tonie. Otóż nie. Uważam, że celebryckie obijanie mord to najlepsze, co mogło się wydarzyć, mówię to bez żadnej ironii. Umówmy się, większość z tych ludzi nie ma żadnego talentu czy fachu wykonywanego na jakimś niebotycznym poziomie. Sytuacja, w której są zmuszeni naprawdę się przygotować, albo przynajmniej przygotowanie markować, jest awansem, swoistego rodzaju sprawiedliwością społeczną. O, jesteś sławny z błahych powodów, ale fama wyczerpuje się jak bateria w smartfonie używanym jako hotspot i desperacko pragniesz przedłużyć swoje chybotanie na świeczniku? No to zapraszam do klatki, zarobisz hajs, poświecisz ryłem w pay-per-view, ale najpierw potrenujesz. I to srogo. A na koniec jest duża szansa, że ktoś cię pobije, bo ten cały sport, w którym uczestniczysz, to nie tak odległe echo czasów bardziej jaskiniowych, gdzie siłą argumentu był argument siły. Żeby nie było – daleko mi do boomerskiego załamywania rąk, że do czego to doszło, Kardashianki i patostreamerzy zniszczyli świat, olaboga, kiedyś tylko ksiądz Tischner i kino moralnego niepokoju, a dzisiaj to tiktok i Lil Masti. Po pierwsze, krajobraz kultury popularnej i rozrywki jest zawsze radosnym śmietniskiem, bo – szokujące – to kultura popularna, oparta na fluktuacjach najbardziej masowego psyche. Co nie znaczy oczywiście, że trzeba ją traktować po macoszemu czy z góry (odsyłam do Filozofii sztuki masowej Noela Carrolla po więcej). To, że kiedyś w przestrzeni medialnej dominowała narracja kulturalnej elity, nie znaczy, że był to realistyczny obraz tamtych czasów i kulturowych nawyków społeczeństwa. Skończmy z hipokryzją, dzielącą rozrywki na lepsze i gorsze – każdy lubi czasem dać sobie śmiecia, a dla tych, którzy muszą to sobie racjonalizować powstała kategoria guilty pleasure, obecnie chyba coraz słabsza. Celebryci i celebrytki z jakiegoś powodu rezonują z ludźmi i wypada to uszanować.

Fame MMA, czy boskerskie pojedynki vlogerów nie gruntują idiokracji, nie zasługują też na histeryczną krytykę spod znaku stop making stupid people famous. To hasło jest dobre na koszulkę jak masz 16 lat, jesteś po przeczytaniu Dawkinsa i pierwszych upvotach na reddicie. Medialna maszyna zawsze będzie mielić w taki sposób, a jeśli chcemy zmiany, to drogą nie jest podmienianie Lil Masti na Olgę Tokarczuk, a równościowa edukacja. Wszystko inne jest pochodną jej braku. Jeśli chcemy skierować oczy społeczeństwa na rzeczy wzniosłe, szlachetne, oryginalne, prowokujące do myślenia (można tak w nieskończoność, wiecie o co chodzi), to najpierw zadbajmy o budowę systemu, który nie dokonuje destrukcji ludzkiego organizmu i osobowości w imię zysków leniwych miliarderów. Bardziej szokujące niż Fame MMA są warunki pracy w Amazonie i wbrew pozorom nie są to rzeczy kompletnie pozbawione połączenia. Kończąc na lżejszej nutce – patrząc na skład Fame MMA VIP 2, zdecydowanie najbardziej egzotycznej odsłony takich gal, widać, że formuła się powoli przegrzewa. Już zacieram ręce na myśl o kolejnych pomysłach, które kulturalnych boomerów doprowadzą do szewskiej pasji!

WIĘCEJ