Wiesz, co ćpiesz: Set and setting w czasach zarazy

„Dystans się liczy, dystans” – ten klasyczny refren Fu zyskał ostatnimi czasy zupełnie nowy kontekst. Nie tylko jednak bezpieczna odległość od drugiego człowieka jest nam dziś niezbędna do przetrwania, ale również rezerwa wobec tego, czym faszerują nas codziennie medialne komunikaty i jakie scenariusze rysują przed światem nasze zestresowane umysły. A aktualnie o ten rodzaj dystansu zadbać jest nieporównywalnie trudniej.

Koleżka opowiadał mi kiedyś o tym, jak wyglądała gospodarka czasem wolnym na wrocławskich osiedlach podczas powodzi tysiąclecia. Między 12 lipca a 6 sierpnia 1997 roku – kiedy to spora część stolicy Dolnego Śląska zalana była w niektórych miejscach nawet do pierwszego piętra – tysiące osób zostały zamknięte w swoich (pozbawionych prądu i wody) mieszkaniach, dystrybucja artykułów pierwszej potrzeby musiała niekiedy następować przy pomocy helikopterów czy amfibii, a życie towarzyskie toczyło się na dachach budynków. To tam dyskutowano o różnorakich aspektach klęski żywiołowej, tam wybiegały dzieci i tam też… odpinano się od niepewnej rzeczywistości przy pomocy wcale nie tak znowu trudno dostępnych używek. Co z początku wydało mi się zaskakujące, a po chwili… głęboko racjonalne, to jak lokalni dilerzy z Kozanowa prędko zaadaptowali się do nowej sytuacji i wyposażeni w różnego rodzaju pontony czy kajaki poczęli dystrybuować swój asortyment. I choć misternie zapakowany, nieprzemakalny worek trawki czy innej substancji nie jest nikomu niezbędny do przetrwania, to pozwala na zastaną, odmienioną rzeczywistość spojrzeć z zupełnie innej strony, a z krążącego po zalanym Wrocławiu klasycznego grepsu o telefonie do służb porządkowych pośmiać się ciut dłużej:

Dzwoni pani i mówi, że na podwórku ma dwa psy na łańcuchu.

– A na jak długim? – pytają w komitecie powodziowym.

– No, ze dwa metry.

– Łańcuch przedłużyć! – słyszy w odpowiedzi – Będzie szła fala trzymetrowa.

I choć katastrofalne skutki powodzi tysiąclecia dotknęły Polskę jedynie lokalnie, to w jej najnowszej historii nie było chyba innego wydarzenia, które można by jakkolwiek porównać z obecnie nam panującą światową pandemią. Podobnie jak wtedy na Dolnym Śląsku, ludzie siedzą dziś uziemieni na chatach, wiele codziennych aktywności jest drastycznie ograniczonych, a odpiąć się od ciemnych myśli i rozładować narastający stres jest doprawdy trudno.

I dlatego nie dziwi mnie, jak zaprzyjaźniony diler mówi mi, że jego obroty wzrosły aktualnie dwukrotnie, koleżka zwierza się, że piątka już nie wystarcza mu na tydzień, a kompletnie porobiony inny znajomek w południe dnia pracującego rzuca mi w sklepie krótkie „pogadamy następnym razem”.

Kamraci wyjadają pozostałe im po zakamarkach zapasy, wymieniają się tym, czego akurat mają w nadmiarze, i wielu z nich narkotyzuje się nieporównywalnie częściej i intensywniej niż jeszcze miesiąc temu, kiedy nasza miniona codzienność zaczęła się zachowywać jak zepsuty gramofon – zwalniać obroty, przeskakiwać pomiędzy rowkami i wypuszczać sygnał raz z jednego kanału, raz z drugiego. Kiedy bowiem wiele zawodów jest dziś zamrożonych bądź – oględnie mówiąc – dalekich od bycia pierwszą potrzebą tego globu, a Ministerstwo Zdrowia zachęca jeszcze do powstrzymywania się w najbliższym czasie od jakichkolwiek aktywności sportowych, można przecież zawsze przećwiczyć swój mózg.

Systematyczne rozumowanie jest czymś, bez czego nie możemy, jako gatunek lub indywidualności, się obyć. Jednak jeśli chcemy pozostać przy zdrowych zmysłach, nie możemy również obyć się bez bezpośredniej percepcji, im bardziej niesystematycznej, tym lepiej, wewnętrznych i zewnętrznych światów, w których się urodziliśmy. Dana nam rzeczywistość jest nieskończonością, która przekracza wszelkie zrozumienie, a jednak jest bezpośrednio i w pewien sposób zupełnie postrzegana. To transcendencja innego porządku niż ludzki, a jednak może być nam objawiona jako poczucie immanencji, przeżywany udział. Bycie oświeconym to bycie świadomym, zawsze, całej rzeczywistości w swej immanentnej inności – bycie jej świadomym, a jednak pozostanie w stanie umożliwiającym przetrwanie jako zwierzę, myślenie i czucie jak człowiek, odwoływanie się zawsze, gdy to wskazane, do systematycznego rozumowania. Naszym celem jest odkrycie, że zawsze znajdowaliśmy się tam, gdzie powinniśmy” – w 1954 roku pisał Aldous Huxley w swojej kultowej relacji z własnych eksperymentów z meskaliną, biblii hippisów i jednym z najważniejszych esejów podejmujących temat substancji psychoaktywnych, czyli książce Drzwi percepcji. Słowa te natomiast wydają mi się dzisiaj znaczyć nieporównywalnie więcej niż jeszcze kilkadziesiąt dni temu. O ile bowiem na zadane w tytule książki Macieja Lorenca pytanie Czy psychodeliki uratują świat? odpowiedzi nie znam i przemyślenia na ten temat mam nieco ambiwalentne, o tyle jestem wręcz przekonany, że rozsądnie wykorzystywane mogą nam one pomóc przetrwać te trudne chwile bez zbędnych krzywd, ofiar i ekscesów.

Eksces jest tu – swoją drogą – poniekąd słowem kluczem. Podobnie bowiem jak w przypadku żałoby, w której przeżywaniu psychologowie wyróżniają fazy szoku, buntu, negocjacji, depresji i akceptacji, tak i w zbiorowej egzystencji w sytuacji kryzysowej następują zawsze pewne zmiany i wahania. I nawet jeśli aktualna postawa świata wobec zagrożenia daleka jest od dystopijnych wizji paniki i przemocy, to w wielu jednostkach narasta chęć rozbicia ciągnącej się już tygodniami i wciąż niemającej ewentualnego końca, dojmującej monotonii dnia codziennego. Zamiast jednak straceńczo odpinać wrotki, by później, na zrzucie, mierzyć się z jeszcze głębszą depresją albo – nie daj losie – szukać gdzieś ratunku przed nieznośnym bad tripem, warto chyba wykorzystać te nasze drugs of choice ciut bardziej… użytkowo. Nie mogąc usiedzieć na miejscu i marząc o kolejnych podróżach, wybrać się na wycieczkę po swoim własnym wnętrzu. Robiąc kółka na chacie i zastanawiając się nad tym, którzy kumple będą gotowi złamać prawo i urządzić u siebie imprezę, wyprawić ją w swoim własnym ciele. Kolejny dzień już śniąc o wizycie w spa czy innym przybytku pielęgnacyjno-kosmetycznym, wybrać się na masaż umysłu. Zamiast otwierać drzwi od własnego mieszkania bez wymagającego tego palącego powodu, otworzyć drzwi percepcji. Zamiast całość, zjeść pół.

Ekscesy już bowiem przybierają różne formy i obcowanie z substancjami, które zdążyliśmy poznać przed nadejściem zarazy, wydaje się jedną z najbezpieczniejszych opcji, jakie można wybrać, kiedy staniemy przed wyborem „co by tu odjebać”. Kluczem do tego, by nie zaprowadziło nas to jednak w niechciane rejony, jest – jak zwykle zresztą w przypadku tego typu wycieczek – anglojęzyczne określenie set & setting, czyli nastawienie psychiczne i sceneria, w której się znajdujemy w chwili startowania do lotu. O ile więc własna chata bywa czasami zbyt ciasna i za mało „naturalna”, by pomieścić nasze psychodeliczne doświadczenia, to jest to dobrze znany i bezpieczny setting, który wiele osób wybrałoby nawet w epoce przediozlacyjnej. Większym problemem może być natomiast set, który w obecnym czasie narażony jest na szereg zakłóceń i jeśli mamy jakiekolwiek wątpliwości dotyczące naszego samopoczucia, to – podobnie jak w każdej innej sytuacji – lepiej sobie po prostu odpuścić. Jeśli jednak czujemy się dobrze tak ze sobą, jak i w miejscu, w którym przyszło nam spędzić te kilka(naście) tygodni życia, to warto się dodatkowo jeszcze… oszczędzać. I nie piszę tu o żadnym microdosingu, który pozwoli nam zwiększyć naszą produktywność na kwarantannie i jednocześnie oglądać film, czytać książkę i scrollować internet, ale dawkach minimalnie go przekraczających.

Bo jak mówi stara osiedlowa prawda, „zawsze można dojeść”, a godzina wilka, w której przyszło nam aktualnie żyć, nie jest najlepszym czasem, żeby swoje ciało testować i narażać na otarcia. Narkotyki – podobnie jak szereg innych zależności dnia dzisiejszego – lepiej wykorzystać jako sposób na wejrzenie w siebie i przypatrzenie się obecnej sytuacji z nieco innej strony.

Bo „kiedy czujemy się dziedzicami wszechświata, kiedy wszystkie rzeczy postrzegamy jako nieskończone i święte, jaki motyw może nas skłonić do pożądliwości czy pewności siebie, do poszukiwania władzy czy posępnych form przyjemności?” – pisał Huxley we wspomnianym już eseju. I choć miał on na myśli swoje doświadczenia z meskaliną, to podobne zależności występują również po spożyciu LSD, psylocybiny czy MDMA. Na ten kontekst niedawno zwrócili uwagę australijscy naukowcy, którzy przekonują tamtejszy rząd, by rozważył wykorzystanie tych substancji w walce z rosnącą falą depresji i lęków, która zalała kraj w obliczu pożarów lasów i pandemii COVID-19. A że nasi włodarze podobnego projektu nie skierowaliby nawet do pierwszego czytania, to póki jeszcze zapasy tego, co przywieziono przed zamknięciem granic, i tego, co wytwarzają rodzimi magicy, nie zdążyły stopnieć, pozostaje nam podobne badania prowadzić własnym sumptem. Pamiętając jednak zawsze, co, po co i jak, skąd to pochodzi i dokąd trafiają przychody z tego płynące, a także z kim i gdzie to robimy. Pamiętając, że nasza wyostrzona wrażliwość w czasach pandemii może być wystawiona na wiele prób i że w obliczu psychoaktywnych doświadczeń zawsze stajemy sami, a dziś często nawet bez możliwości odwołania się do jakiejkolwiek medycznej czy psychologicznej instancji. I pamiętając też, że ów wrocławski greps z początku tego tekstu bardziej niż Bareję przypominałby dziś Orwella.

Dzwoni pani i mówi, że na podwórku widzi dwóch małolatów na ławce.

– A jak daleko od siebie siedzą? – pytają w stacji sanitarno-epidemiologicznej.

– No, ze dwa metry.

– Wysyłamy patrol – słyszy w odpowiedzi.

WIĘCEJ