Wiesz co ćpiesz: Każda kreska kokainy skraca cudze życie o… głowę

Miej świadomość! Możesz robić, co chcesz! Miej świadomość! Czy dobrze chcesz?” – pytał swego czasu Kazik i choć nie chodziło mu wtedy o narkotyki, to w kwestii ćpania owe cztery wersy wydają się równie kluczowe co w… każdej innej.

Jak byłem małolatem, życie było prostsze – zacznę ten tekścik tonem staruszka opisującego czasy sprzed rewolucji parowej. Jeśli chciałeś się naćpać, do wyboru (poza alkoholem) miałeś – w zależności od preferencji, statusu materialnego i stopnia pogardy dla społecznych konwenansów – marihuanę (często jednak będącą chemicznym skunem), haszysz, kokainę, amfetaminę, ecstasy, LSD, grzyby, heroinę, kompot, butapren, benzynę, bieluń dziędzierzawę, nalewkę z muchomora i… właściwie tyle, przy czym i tak te ostatnie specyfiki to ekstrema, po które sięgali nieliczni. Lata mijały i nic się właściwie w tej kwestii nie zmieniało, więc długo żyłem w błogim przeświadczeniu, że jak moje dziecię będzie wracało nietrzeźwe do domu, to zawsze rozpoznam, czym się naszprycowało, bo sam próbowałem właściwie wszystkiego. Lata przed tym, jak urodziła mi się córka, wszystko już się jednak w tej kwestii pozmieniało. Zanim jeszcze w kolejnych felietonach postaram się streścić, w jaki sposób farmaceutyki zaczęły być masowo stosowane wbrew zaleceniom lekarzy, a doprawdy piękna u założenia idea designer drugs przegrała z bezlitosnymi prawidłami rynku, ludzką chciwością i prawnymi regulacjami, które popychają domorosłych często producentów do przestawiania kolejnych wiązań chemicznych, postarajmy się tymczasem jakoś znaleźć na tej z dnia na dzień szkicowanej, chaotycznie pobazgranej mapie narkotykowej współczesnej Polski. Bezkresnym właściwie morzu różnej maści dopalaczy, kupowanych w otchłaniach sieci, lokalnych specyfików i szerokiej gamy wyrobów farmaceutycznych przyjmowanych zazwyczaj w niezgodzie z ulotką. Ciemnym i rwącym akwenie uciech, w jakim przyszło nam pływać u progu trzeciej dekady XXI wieku.

Słowo „pływać” zwykle nie jest tu jednak do końca na miejscu, bo zakłada intencjonalność pewnych poczynań, a ogromna część użytkowników różnych substancji psychoaktywnych aktualnie… dryfuje. Poza dostępem do szerokiej gamy wymienionych wcześniej specyfików, które pojawiły się w Polsce po roku 1989, lata 90. dały nam bowiem zjawisko politoksykomanii, czyli mieszania wszystkiego ze wszystkim. Czego nie byłem wcześniej świadomy, a co mi niedawno uzmysłowiła jedna z pracownic MONAR-u, to właśnie schyłek zeszłego wieku wprowadził na odwyki nowy gatunek ćpuna – jednostki borykającej się z szeregiem zazębiających się nałogów, z których droga wyjścia jest jeszcze bardziej kręta niż w przypadku jednej substancji. A do tego dochodzi kwestia nieznajomości owych substancji.

I nie piszę tu o tym, że kupując różnorakie produkty na czarnym rynku, nigdy właściwie nie wie się, co wchodzi w ich skład, ale o tym, że świadomość ta jest dziś często bez znaczenia.

Dobrze pamiętam wieczór na weselu kumpla, na którym pierwszy raz ktoś mi zaproponował coś, co – z uśmiechem i dumą – przyznał, że nie ma pojęcia, czym jest. Czym to było, organoleptycznie rozpoznać się nie dało, bo nie pachniało jak amfetamina, kokaina ani nawet mefedron, ale większości osób będących wówczas na zapleczu owej sali balowej nie odwiodło to od spróbowania i… tak też to wygląda w większości imprezowych sytuacji, w których ktoś otwiera torbę. Nawet bowiem pytanie o trawkę, z której skręta ktoś akurat podaje mi pod klubem, zwykle jest źle widziane i odpowiedzi na nie sprowadzają się do pokazu ego rodem z podwórkowej piaskownicy, bo przecież każdy ma „najlepszy towar w mieście”. Czy to sativa czy indica, haze czy kush i ile to w ogóle ma THC (przy różnicach w skali 20%), nie ma przecież większego znaczenia, bo to tylko weed. Tylko kreska, tylko krążek, tylko (gorzka) woda…

O tym jednak, że większość naszego społeczeństwa dzieli się na nieświadomych przeciwników i równie nieświadomych entuzjastów, zdążyłem już poprzednim razem napisać, więc… nie ma co drążyć dalej tematu. Cieszyć nam się tylko pozostaje z takich bytów jak Społeczna Inicjatywa Narkopolityki, za sprawą której na szeregu imprez można sprawdzić, co się właśnie nabyło, i jednocześnie smucić, jak wiele innych balang czy festiwali nie wpuszcza jej w swoje progi, bo dragi przecież nigdy się na nich nie pojawiają. I tu dochodzimy do kolejnego poziomu narkoświadomości, czyli polityki, bo dragów na tych wszystkich spędach nie ma tylko na papierze lądującym na biurku któregoś radnego czy ministra, który rozdziela dotacje. A że starzy Jamajczycy dawno już zauważyli, że money is the root of all evil i w znaczącej większości kwestii polityka i kasa są wyrazami bliskoznacznymi, zastanówmy się chwilę nad świadomością finansową przyjmowania narkotyków. Bo podobnie jak wspomniany decydent niechcący zasilać rządowymi funduszami przedsięwzięć, na których pojawiają się nielegalne substancje, tak i my – ich mniej lub bardziej aktywni użytkownicy – niekoniecznie mamy ochotę dotować budżety wielu bytów, które nieświadomie wspieramy.

Kto bowiem w obecnych czasach nie zastanawia się nad tym co, od kogo i na jakich warunkach kupuje, za jakieś 30 lat umrze zapewne w męczarniach. Dokładnie tak samo jak ten, kto nieustannie o tym myśli; ale ten drugi będzie miał przynajmniej czyste sumienie i nadzieję na miękkie lądowanie w raju. Kiedy jednak miarowo przyrastający procent ludzkości w obliczu katastrofy klimatycznej wybiera produkt lokalny, ekologiczny i fairtrade’owy – a najlepiej jeszcze wegetariański czy wegański – w kwestii narkotyków owa świadomość plasuje się w okolicach zera. Dżentelmeni i damy o pieniądzach przecież nie rozmawiają. I nie dzwonią też raczej po worek koksu o czwartej nad ranem napierdoleni jak meserszmit. Na pewno już natomiast nie biorą połówki polaka w kredyt od osiedlowego szponta, co wystaje pod klatką. Ja jednak dżentelmenem nie jestem i nigdy nie byłem, więc każdej z tych czynności podejmowałem się… razy kilka i o hajsie zawsze chętnie pogadam. Nie mam tu jednak na myśli zwitek ze stówek, pięćdziesiątek czy nie daj boże dyszek, kart kredytowych przesuwanych po stołach i lusterkach, czy sposobów na złożenie banknotu, tak by niepostrzeżenie powędrował z ręki do ręki, ale twardą czarnorynkową ekonomię, czyli to, gdzie idą pieniądze, które wydajesz na towar, i dlaczego zwykle tam… gdzie byś nie chciał(-a). Bo powiedz, czy dobrze jest ci? K-k-kasa szeleści.

Ci sami moi kamraci, którzy porzucili dietę mięsną ze względu na cierpienia zwierząt, wycinkę lasów i niedobory wody, po zjedzeniu wegańskiej kolacji wciągają na imprezach kokainę, przy produkcji i szczególnie dystrybucji której ludzie są cięci piłami mechanicznymi, samochody ostrzeliwane z ciężkiej artylerii, a łapówki zasilają konta lokalnych dyktatorów.

Te same moje kumpele, które chodzą blokować marsze na 11 listopada i podpisują w internecie petycje o delegalizację ONR-u, w sytuacjach podwyższonego napięcia w pracy nie gardzą kreską spida, sponsorując tym samym rodzime organizacje neonazistowskie, w których rękach, od kiedy tylko pamiętam, była przeważająca część rynku amfetaminowego w Polsce. To całe pokolenie, które wiedzę o wyzysku, jaki niesie liberalny kapitalizm, ma dużo większą niż poprzednie generacje, zażera swoje lęki blistrami farmaceutyków produkowanych przez wielkie korporacje, które od lat zdając sobie sprawę z – początkowo głównie amerykańskiego – problemu lekomanii, nigdy nie zrobiły dokładnie nic, by z nim walczyć.

I o ile nieświadomość tego, co się wieczorkiem przyjmuje, może się skończyć nocą na SOR-ze albo nawet wiecznością w grobie, ale koniec końców konsekwencje takiej ignorancji są tylko jednostkowe, to niewiedza dotycząca źródeł pochodzenia przyjmowanego towaru skutki ma globalne. Bo nawet jeśli obecny krajobraz geopolityczny naszej planety przyniósł zawieszenie broni w trwającej od lat wojnie z narkotykami, to jej konsekwencje sprawiają, że rejony uprawy maku i koki są nadal mocno niestabilne, przychody z handlu dragami lądują zwykle w tych samych kieszeniach co haracze i okupy, a budżety i co za tym idzie wpływy korporacji farmaceutycznych pęcznieją wprost proporcjonalnie do ilości ludzi na terapiach odwykowych zajmujących się uzależnieniami od opio i benzo. Ilekroć więc nachodzi mnie refleksja nad tym, dokąd trafił mój (niemały) życiowy narkobudżet, wnioski wyciągam niezbyt wesołe i utwierdzam się w przeświadczeniu, że odurzać się należy – jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało – świadomie. A że świadomość nie sposób budować inaczej niż dyskutując – słuchając i mówiąc, czytając i pisząc – więc znów kreślę te kilka tysięcy znaków na dojmująco pustych w polskich mediach kartkach dotyczących narkotyków. I powtarzając się, napiszę tylko na koniec parafrazę tego klasycznego społecznikowskiego hasła: narkotyki – zażywasz – wiedz co, po co i jak, a także skąd to pochodzi i dokąd trafiają przychody z tego.

WIĘCEJ