Wiesz, co ćpiesz: Aluminium szeleści

Jedynymi śladami po warszawskiej epidemii heroiny, która przetoczyła się przez stolicę naszego kraju na przełomie millenniów, jest właściwie tylko kilka rapowych numerów. W tej skandalicznie przemilczanej gehennie tysięcy osób odbija się jednak nie tylko historyczna prawda, ale również szereg mechanizmów dotyczących polskiej narkopolityki.

Kilka dni temu na drzwiach jednego z moich osiedlowych bloków zobaczyłem klepsydrę wypisaną na nazwisko chłopaka, z którym chodziłem w podstawówce do jednej klasy. Zamiast jednak pomyśleć o tym, dlaczego umarł, nie dożywając nawet czterdziestki, zastanawiałem się nad tym, że dożył… tak sędziwego wieku, będąc heroinistą od 14. roku życia. Pamiętam go bowiem, jak będąc właściwie jeszcze dzieckiem, rzygał na klatce schodowej i mówił, że jego życie nie ma dla niego żadnego znaczenia. Pamiętam, jak schodził z siódmego piętra po balkonach, bo matka zamknęła go w mieszkaniu, starając się odciąć swoje dziecko od źródła choroby. Pamiętam też, jak moja mama wróciła kiedyś do domu po tym, jak widziała go na osiedlu, i oznajmiła: „D. bardzo dobrze wygląda, bo udało mu się schudnąć”. Mieląc wtedy w głowie różne formy odpowiedzi na to stwierdzenie, doszedłem w końcu do wniosku, że wolę to skwitować krótkim „OK”, niż tłumaczyć jej, jak wygląda świat równoległy, w którym żyłem już dobre kilka lat. Jaki zapach na klatce schodowej zostawia po sobie palony z folii aluminiowej brown sugar, wiedziałem już bowiem, mając 10 czy 11 lat. Uciekanie przed, bicie się albo dyskutowanie z heroinowymi zmorami, które krążyły w tamtym czasie po Warszawie w poszukiwaniu sponsorów swojego nałogu, zdarzało mi się przynajmniej raz w tygodniu. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, jestem natomiast wdzięczny losowi za to, że urodziłem się 2–3 lata później niż pierwsze pokolenie znajomych mi browniarzy, bo gdyby moi rodzice ciut się w tym względzie pospieszyli, bardzo prawdopodobne, że byłbym dziś wrakiem albo trupem.

Znając moją małolacką skłonność do odpinania się od rzeczywistości i to, jak kreatywny potrafiłem być w poszukiwaniu różnych środków do tego służących, jestem wręcz pewien, że spróbowałbym browna i prostą pochyłą zjechałbym w paszczę szatana, który opętał stołeczne blokowiska u schyłku zeszłego wieku. W przeciwieństwie do pierwszych konsumentów tegoż nowego narkotyku – który spadł na Warszawę w okolicach 1995 roku z siłą rażenia bomby wodorowej – wiedziałem już jednak, że nie jest to żaden rodzaj haszyszu, a konsekwencje jego przyjmowania są nieporównywalnie bardziej tragiczne niż właściwie każdej innej substancji, z którą mieliśmy wówczas do czynienia. Będąc generacją urodzoną na przełomie lat 70. i 80. i wchodzącą w dorosłość w nowej, posttransformacyjnej Polsce, zostaliśmy wychowani w strachu przed i pogardzie do kompotu. Narkoman kojarzył nam się z walącym ową polską heroinę dożylnie wrakiem człowieka – pozbawionym wszelkich ludzkich cech zombie, jakich pełno było wokół bajzlu znajdującego się na czwartym peronie dworca Warszawa Śródmieście. Kiedy więc po otwarciu granic w 1989 roku Polskę zalała fala nowych (dla większości osób) specyfików takich jak skun, kwasy, piguły i kokaina, mało kto widział w tym jakiekolwiek zagrożenie. I też poza problemem politoksykomanii i narastającym już wcześniej uzależnieniem od różnej maści (i często rodzimej produkcji) spidów, większość ludzi obcujących z tymi substancjami trudno byłoby zamknąć w ramach nawet szeroko pojętej definicji narkomana. Kiedy więc nagle do tego asortymentu doszedł brown, wiele osób traktowało go jak kolejną rekreacyjną używkę służącą do ucieczki z szarych i brutalnych ulic Warszawy schyłku zeszłego wieku.

Jako że był to czas, w którym pojawiło się w stolicy sporo oryginalnych, holenderskich produktów konopnych i nagle można było wybierać pomiędzy fioletem, oranżem, afganem i marokiem, zdarzało się też słyszeć na mieście, jak ktoś opowiadał… „stary, ale mocny hasz wczoraj paliłem, nazywa się brown sugar”. A że wiele podwórkowych niebieskich ptaków, które na co dzień paliły jointy, zaś w weekend wciągały spida i żarły piguły, nie mogło usnąć po wrażeniach ledwie skończonej nocy, nad ranem po powrocie z klubu paliły w domu browna.

Handlarze, którzy zdążyli już w pierwszych latach III RP przetrzeć wiele szlaków przerzutowych (głównie) z Holandii, zaczęli zwozić ten zbrylony szarobrązowy proszek lub produkować go z czystej heroiny, a popyt na swój nowy towar podkręcali również, mieszając go ze skunem. Rynek był chłonny, zupełnie nieświadomy i spragniony wszelkich nowinek, zorganizowane grupy przestępcze zwierały właśnie szyki i zaczynały się interesować narkotykami, a ćwiartka tegoż brązowego cukru kosztowała 50 złotych, a więc – w przeciwieństwie do kokainy – była dostępna właściwie dla każdego. I tak: „W okolicach ’96–’97 roku musieliśmy się zmierzyć z zupełnie nowym zjawiskiem – ten boom na brązową heroinę, to fałszywe poczucie bezpieczeństwa wynikające z tego, że palony brown sugar jest zupełnie czym innym niż używany dożylnie kompot” – ówczesną sytuację w stołecznych placówkach Monaru relacjonowała mi niedawno Jagoda Władoń. „Sposób przyjmowania powodował w ludziach złudne poczucie tego, że jeśli coś jest mniej inwazyjne, to stanowi też mniejsze zagrożenie. To się bardzo szybko zweryfikowało, bo mnóstwo osób błyskawicznie, z przyczyn ekonomicznych przechodziło zaraz na iniekcje, a później na kompot. Bardzo prędko środowiska warszawskich licealistów zaczęły się przenikać z tymi ‹menelami z dworca› – osobami totalnie wyniszczonymi i cierpiącymi na wszystkie choroby towarzyszące narkomanii z wirusem HIV na czele”.

I choć krajowe statystyki w kwestiach narkomanii zawsze wydawały mi się mało wiarygodne, to niektóre mówią o tym, że wręcz 90% pacjentów klinik odwykowych w tamtym czasie borykało się z uzależnieniem od różnych form heroiny z brązową na czele. Jeśli natomiast chodzi o policyjne statystyki, ówczesny paragraf 210 – czyli kradzież z pobiciem, zwana zwykle na podwórkach dziesioną – była jedną z najbardziej popularnych form drobnej przestępczości. Z perspektywy dzieciaka, jakim wówczas byłem, moje warszawskie blokowisko zaczęło przypominać Nowy Jork lat 70., przez który przetaczała się wówczas epidemia cracku. Idąc rano po zakupy, spotykałem dawnych kolegów, którzy zachowując jeszcze resztki ludzkich cech, nie okradali mnie, tylko wynosili ze sklepu potrzebne mi produkty w zamian za pieniądze, które dostawałem od mamy. Wracając ciemnymi zimowymi popołudniami ze szkoły, mijałem co rusz „kilka helenowych zmor niosących gdzieś telewizor”, a kumplom – co do których miałem pewność, że w życiu nie spróbowali nigdy niczego innego niż trawka – na aptecznych testach narkotykowych coraz częściej wychodziły opiaty. Alarmy wyły po nocach, klatki schodowe uszczelnione były nadpaloną folią aluminiową, a pierwsze (złote) strzały zaczęły zabierać kolejnych sąsiadów z okolicznych wielkich płyt. Rodzice wypłakiwali oczy nad swoimi pociechami, bracia ubliżali braciom, a ludzie zmieniali się w zwierzęta.

O ile jednak nowojorska fala cracku i jej tragiczny społeczny koszt zdawały się świetnie udokumentowane – o tyle w mediach i popkulturze o tym, co się dzieje nawet nie za moim oknem, ale za drzwiami od mieszkania – na klatce schodowej, mówili właściwie tylko… raperzy.

Pojedyncze artykuły w prasie, „salonowa” Heroina Tomasza Piątka i – nieco późniejszy – film Cezarego Ciszewskiego Wolność jest darem Boga, to do dziś właściwie jedyne ślady po tej epidemii, które miały szansę dotrzeć do szerszych gremiów, jako że rap w owym czasie ani przez media, ani przez socjologów nie był brany na poważnie. A to właśnie rodzime środowisko hiphopowe przeprowadziło wówczas jedną z najbardziej skutecznych społecznych kampanii antynarkotykowych w historii posttransformacyjnej Polski. Jej skuteczność wynikała z tego, że była oddolna, mówiła prawdziwym językiem młodych ludzi i zastaną rzeczywistość opisywała bez żadnego owijania w bawełnę. „Aluminium” Warszafskiego Deszczu, symbol PHP (Przeciw Helenie Pakt) pojawiający się na szeregu ówczesnych produkcji rapowych i garść wersów poutykanych w bardzo wielu osiedlowych hymnach tego czasu to nie dość, że nośniki historycznej prawdy, ale też punkty zaczepienia pozwalające wielu reprezentantom mojego pokolenia nie zwariować – wiedzieć, że ktoś jeszcze widzi ten świat w ten sam sposób co my, że to rzeczywistość, nie schizofrenia. Bo kiedy we wtorek idziesz na pogrzeb 15-latka, który przedawkował, a dwa dni później słuchasz pogadanki o tym, że „narkotyki POJAWIŁY się w naszej szkole”, to naprawdę trudno jest ci znaleźć klucze do zrozumienia twojej codzienności. Gdy wyrabiasz sobie nieustanny orient, czy ktoś akurat nie spróbuje cię zaraz okraść, a w mediach nie ma nawet ćwierć słowa o tym, jaka jest skala uzależnienia od heroiny i towarzyszącej mu drobnej przestępczości, to nie dość, że nabywasz symptomy stresu pourazowego, to jeszcze tracisz resztki zaufania do wszelkich autorytetów. Ilekroć natomiast twój kolega wraca z odwyku jeszcze bardziej uzależniony, niż był wcześniej, gubisz właściwie wszelkie punkty odniesienia i tak potrzebne ci przecież w młodym wieku stałe. Ale o tym, jak dobrym biznesem (i jak łatwe) na przełomie millenniów było otwarcie kliniki odwykowej, a także o tym, jak po dziś dzień działa szereg placówek tego typu, rozpiszę się może innym razem. Ja, który piszę to wszystko teraz, być może tylko dlatego, że urodziłem się w 1984 roku, nie kilka lat wcześniej. Piszę z nadzieją, że los kolejnych pokoleń eksperymentujących z narkotykami nie będzie zależał już tylko i wyłącznie od farta.

Jednoczesne nadużywanie i/lub uzależnienie od wielu substancji psychoaktywnych – alkoholu, narkotyków czy leków, określane bywa również uzależnieniem mieszanym bądź krzyżowym. Zjawisko, z którym krajowi terapeuci pracujący w ośrodkach odwykowych zaczęli się spotykać dopiero na początku lat 90., a o którym pisałem już w jednym z poprzednich tekstów.

Obok nigdy nieprawdziwego „pierwsza działka za darmo”, drugie sztandarowe hasło antynarkotykowe, od którego w latach 90. zaczynały się właściwie wszystkie szkolne apele i spotkania z rodzicami; hasło dla młodych ludzi tamtego czasu równie śmieszne jak późniejsze „taki mamy klimat”, bo właściwie nikt z nas nie pamiętał czasu, żeby tych narkotyków w naszych szkołach nie było.

WIĘCEJ