Wielkie mięśnie i wielkie pieniądze. W NAPAKOWANYM świecie polskich kulturystów


Faceci o wielkich ogolonych torsach i spiętych pośladkach, których kształt podkreślają cekinowe majtasyspora porcja brązującego makijażu – to wprost idealny materiał na Instagrama. Towarzyszące im kobiety w bikini przywodzą na myśli raczej bojowego cyborga z popularnej strzelanki, niż leniwą plażowiczkę.

Znajomi w odpowiedzi wysyłają otwarte buźki, bo przecież jest sobotni poranek, jeszcze przed dziesiątą. Oni wracają z afteru, a na gali FIWE, reklamowanej jako „największe targi fitness w Europie Centralno-Wschodniej” trwają już zmagania mistrzów kulturystyki, czy z angielska – bodybuildingu.

Niedowierzanie zmieszane z lekką pogardą to częsta reakcja na widok kulturysty, niezależnie od ogłady czy wrażliwości patrzącego. Przybiera tylko różne formy. „Rozkroku mistrz i przykucania. Brzuch ma w dwudziestu pięciu minach” – pisała na przykład noblistka Wisława Szymborska z właściwą sobie pogodną ironią w wierszu Konkurs piękności męskiej. Szydera delikatna, ale dobitna.

W sensacyjnym portalu Plotek.pl na subtelności już nie ma miejsca. Komentarze pod galerią zdjęć Czy one jeszcze wyglądają jak kobiety? Podobają Wam się takie mięśnie? brzmią tak: „Coś niesamowicie obrzydliwego. Wolałbym z kozą”; „Wymiotować mnie się chce”; „Jedne bezmózgi zostają ku*wami, drugie kulturystkami”. Nieprzyjemnie się robi raczej od czytania, niż patrzenia na fotki.

„Mnie w bodybuilding wkręcił mój chłopak, który też ćwiczy. Przyznam, że dzięki treningom przybyło mi pewności siebie” – opowiada o swoich początkach Magda. Podczas targów występuje w kategorii bikini fitness, gdzie od zawodniczek wymaga się raczej wyeksponowanych mięśni, niż barów jak u sztangistki. „Patrzyłam na zawodniczki i bardzo mi się podobały, dlatego sama postanowiłam spróbować, a już po roku sama wzięłam udział w zawodach” – mówi. Od 29 roku życia przez kilka lat trenowała taniec na rurze, więc nie startowała od zera. Trudno powiedzieć, ile lat ma teraz, pod warstwą bronzera i z ciałem specjalnie odwodnionym przed zawodami, by podkreślić muskuły. Przed występem przechadza się niedaleko sceny, w szlafroku z wypisanym kryształkami imieniem i puchatych kapciach.

Brutalne oceny kobiecych ciał to w internecie niechlubna norma, ale kulturyści-mężczyźni też nie budzą zachwytu płci przeciwnej. „Nie wiem jak innym kobietom, ale mi się nie podoba, kiedy facet ma więcej mięśni niż mózgu 🙂 Zrozumcie, to nie jest seksi” – pisze użytkowniczka Wykopu. Z 21 odpowiedzi na pytanie „Dziewczyny: czy podobają wam się kulturyści?” w popularnym serwisie Zapytaj, żadna reakcja nie jest twierdząca. „Nie! te całe ich mięśnie robią wrażenie chyba tylko na ich rówieśnikach bo dziewczyn to kompletnie nie kręci…” – pisze jedna z komentatorek. „Ja osobiście wyprosiłabym z łóżka tak napakowanego faceta (!) bo nie lubię takich mięśni” – twierdzi inna.

O prezentacji zawodników Szymborska pisała: „Z niedź­wie­dziem bie­rze się za bary groź­nym (cho­ciaż go wca­le nie ma). Trzy nie­wi­dzial­ne ja­gu­ary pa­da­ją pod cio­sa­mi trze­ma”. W rzeczywistości wygląda to niestety mniej spektakularnie. Grupa zawodników stoi na scenie, wywoływanych kolejny przez kilkuosobowe formalnie ubrane jury (płciowo mniej więcej po równo). „Obrót w lewo, obrót w prawo” – poleca przez mikrofon któreś z nich, dość znużonym głosem. Nie ma rozemocjonowanych zapowiadaczy niczym z walk amerykańskiego wrestlingu czy komentatorów w rodzaju Dariusza Szpakowskiego, na bieżąco oceniających wyczyny sportowców. Trochę zawód. Może dlatego w ramach imprezy można też spotkać się z Pudzianem i Martą Linkiewicz albo pójść na „Pokazowy trening dzieci” Konfrontacji Sztuk Walki, organizacji MMA.

Po każdej serii pokazów zwycięzca danej kategorii odbiera nagrodę w takt fragmentu We are the Champions zespołu Queen. Refren wybrzmiewa co mniej więcej kwadrans, psując nieco podniosłość chwili. Jednak ikonicznie gejowski zespół w jakiś paradoksalny sposób łączy się z widokiem napakowanych kolesi w święcących majtkach. Publiczność w Glamie, Coconie czy innym Narragansecie byłaby zachwycona takim pokazem. Także kobiety o stalowych ramionach przesuwają przecież genderowe granice. Nawet jeśli wszyscy zawodnicy byliby hetero, jest w tej dyscyplinie coś zaskakująco transgresywnego.

Untitled (2) (3) (40)
Untitled (2) (3) (32)

Trudno tak naprawdę powiedzieć, dlaczego podjadający ciasteczka jurorzy wybierają akurat tego zawodnika lub zawodniczkę – nie chodzi przecież o queerowy seksapil. Tłumaczy to Bartłomiej, dawniej mistrz polski w bodybuildingu, a dziś współorganizator targów. „Najważniejsze są proporcje np. stosunek szerokości ramion do talii. W poszczególnych kategoriach inne rzeczy są oceniane”. Jak mówi, o sukcesie decyduje ciężka praca, ale nie da się wiele osiągnąć bez predyspozycji, które są juz dziełem przypadku. „Nie szło mi za szczególnie w żadnym sporcie. Kiedy spróbowałem bodybuidingu, okazało się, że bez większego wysiłku osiągam sukcesy”.

Jest w tym coś z wystawy ludzi. Na wystawach psów czy kotów też ocenia się proporcje wysokości w kłębie do długości pyska, na które dane zwierzątko przecież nie ma wpływu. Tworzenie idealnych „ras” o pięknych proporcjach wychodzi z XIX-wiecznej tradycji eugenicznej, popularnej w USA, a zaszczepionej na północy Europy – ze szczególnie tragicznymi konsekwencjami w Szwecji i Niemczech. Oczywiście tutaj ważna jest indywidualna praca nad sobą, a zawodnicy decydują się wystawiać ciało na ocenę z własnej, nieprzymuszonej woli (jak mówią, nagrody tylko częściowo wynagradzają wydatki, więc nie ma mowy o jakimkolwiek przymusie ekonomicznym).

Dzisiejszy bodybuilding promuje zresztą pozytywne wartości samodoskonalenia i konsekwencji, a nie hodowlę pozbawionego „wad” człowieka czy pogardę dla mniej posiadaczy mniej kanonicznych ciał. „Staram się przemycać zdrowe nawyki, których nabrałam dzięki sportowej diecie, podczas swojej pracy w gastronomii. Kiedy ktoś chce dosypać cukru do zupy, łapię go za rękę” – mówi Ela, szefowa kuchni w jednej z warszawskich knajp. Jak twierdzi, jej muskulatura wzbudza zainteresowanie, ale na co dzień nie jest tak widoczna, jak w dniu zawodów. „Po prostu wyglądam zdrowo i to chciałabym krzewić” – uśmiecha się.

Julia i Marcin, którzy obserwują zawody z ustawionych przed sceną krzeseł, twierdzą jednak, że wyczynowa kulturystyka wcale taka zdrowa nie jest. „Sami dużo ćwiczymy, jesteśmy tu z właścicielem naszej siłowni, by obejrzeć nowe sprzęty”. Na udział w konkursie by się jednak nie zdecydowali. „Mamy znajomych, którzy to robią, więc coś wiemy o przygotowaniach. Bez sterydów i innych wyniszczających wspomagaczy nie da rady” – mówią.

Reportaż Włodzimierza Nowaka w „Dużym Formacie” z 2003 r. malował przesiąknięty sterydami świat polskich siłowni. „Jeden bierze powoli, małymi dawkami, drugi na żywca, wszystko miesza i od razu sięga po jakąś petardę z koniem albo krową na opakowaniu. Sterydy dla zwierząt są tańsze” – opisywał swoje doświadczenia z siłowni reporter. Tytuł zaczerpnął od wspomnianej dwukrotnie Szymborskiej: Mistrz rozkroku i przykucania. Ale nie pisał wiele o sporcie, tylko o chłopakach z osiedla, którzy marzą, by urosnąć i wybić się do gangsterki.

Bartłomiej przyznaje, że dziś nielegalne wspomagacze to wciąż problem w kręgu kulturystów. Organizacje taka jak jego, które działają na rzecz uznania tego sportu jako dyscypliny olimpijskiej, chcą budować pozytywny obraz kulturystki – dlatego zawodnicy poddawani są wyrywkowym kontrolom antydopingowym.

Nie bez znaczenia jest olbrzymi rynek legalnych suplementów, który potrzebuje takiej pozytywnej aury. Choć zawody zajmują na targach prominentne miejsce, to większość przestrzeni zajmują wystawcy, oferujący białkowe mieszanki i napoje wspierające metabolizm. Dla każdego coś pod jego gust: są i futurystyczne, w ascetycznych białych kapsułkach, są typowo sportowe z estetyką błysku i szybkości, są i takie oznaczone symbolem radioaktywności sprzedawane na stoisku stylizowanym na postapokaliptyczne okopy. Można kupić „pakerską” mieszankę na pizzę albo suplementy reklamowane przez postaci z Dragon Balla.

Pieniądze w tym biznesie są duże. Według agencji doradczej Deloitte, blisko 8 proc. Polaków korzysta z klubów fitness, w 2018 r. zostawiając w nich 4,2 mld zł. Patrząc na inne rynki Unii Europejskiej, potencjał rozwoju jest olbrzymi – w Niemczech odsetek bywalców siłowni jest niemal dwukrotnie wyższy. Podczas targów promują się franczyzowe marki, wabiące klientów szklano-neonową estetyką, daleką od cuchnącej potem osiedlowej siłki w piwnicy. Na stoiskach w strefie biznes elegancko ubrani hości częstują kawą, a wytatuowany brodacz z Wielkiej Brytanii prowadzi szkolenia z profesjonalnej obsługi klienta. Sport i kapitalizm to nierozłączna para.

Rzecz jasna fascynacja potężnym ciałem nie zaczęła się w XXI wieku. Po motywacyjnych stronach krążą przecież parafrazy wypowiedzi Sokratesa, wedle której „nie godzi się” zestarzeć przed uświadczeniem granic swej fizycznej siły. W rzeczywistości kult tężyzny przynależał bardziej wojowniczemu okresowi archaicznej Grecji – późniejsi myśliciele podkreślali już raczej związek rozwoju fizycznego z umysłowym. Platon w Państwie zalecał, aby nie zaniedbywać żadnego z aspektów rozwoju: „Ci, co się samą tylko gimnastyką zajmują, robią się dziksi, niż potrzeba, a którzy służbą u Muz, stają się mięksi, niżby im z tym było do twarzy”. „Dzikość” i „zezwierzęcenie” miały czekać tych, którzy będą rozwijać tylko ciało.

Bartłomiej zauważa, że boom na jego rynku to wielka zasługa mediów społecznościowych. Tradycyjne ośrodki traktowały bowiem dyscyplinę najwyżej jako ciekawostkę. Pakerska stylówa pasuje natomiast jak ulał do świata Instagrama, z jego serduszkowym targowiskiem cielesnej próżności. Hasztag #kulturystyka ma w serwisie 157 tys. użyć – niewiele mniej niż #studia (173 tys.). Porady ćwiczeniowe to także jeden z najpopularniejszych formatów na YouTube – do gwiazd fitnessowego youtuberstwa, takich jak Deynn i Daniel Majewski ustawiają się podczas targów wielogodzinne kolejki.

Ostatni wielki pomnik dla kulturystyki to film Pumping Iron z 1977 r., dramatyzowany dokument poświęcony m.in. Arnoldowi Schwarzeneggerowi, późniejszemu gwiazdorowi Hollywood i lubianemu gubernatorowi stanu Kalifornia. Po sukcesie filmu Stany Zjednoczone, które w XX wieku kojarzyły siłaczy głównie z „pokazami dziwolągów” (patrz: Freaks Teda Browninga), ogarnęła gorączka ćwiczeń – powstały setki siłowni, a popyt na sztangi poszybował w górę. Możliwe, że właśnie mamy do czynienia z kolejnym renesansem tej dyscypliny.

Czy to źle? Podczas kulturystycznych targów zawodnicy są znacznie milsi i otwarci na świat, niż autorzy hejterskich komentarzy z internetu. Przypominają raczej pozytywnych mięśniaków z krążącego po sieci memu, w którym grupa pakerów w uprzejmy i wnikliwy sposób wspiera chuderlawego chłopca, zadającego początkujące pytanie. A że chcą wyglądać trochę inaczej, niż reszta z nas, bo tak się czują i to daje im pewność siebie? Czy trochę nie o to walczymy na Paradach Równości?

Śledź autora na FacebookuInstagramie

WIĘCEJ