W tym roku nawet my, lewacy, zasłużyliśmy na święta

Wykuci w gorącym żelazu post-post-postmodernistycznej ironii poprzednich dwóch dekad, nowocześnie kręcący nosem na przaśne rytuały tradycyjnej Polski, za wszelką cenę unikający rodzinnych spędów. Taka jest moja bańka, ale nie tylko.

Czy przez komercjalizację w stylu amerykańskim, czy przez czasem nieznośnie toksyczno-rodzinny charakter świąt, wiele osób, które uważają się za nowoczesne, a już szczególnie woke, krytykuje święta Bożego Narodzenia. Z kwaśną miną zasiadają przy wigilijnym stole, odliczając czas do momentu, kiedy będzie można się ulotnić na „pasterkę” ze znajomymi. Jako zacięty ateusz i łagodny socjopata też jechałem na tym wózku, brzydząc się nie tylko jezuskowym siankiem, ale też mieszczańskim fajnopolactwem zaklętym w kominkach i jagnięciną na stole. W zeszłym roku w wigilię walnąłem wiadro i oglądałem Kevina samego w domu (bez lektora to naprawdę zabawny film), bo to był maksymalny zakres świątecznej tradycji, który akceptowałem. Ale 2020 przyniósł wiele zmian i dzisiaj mówię: zasługujemy na święta!

Nie da się ukryć, że rzeczywistość wytrzepała nas solidnie i nawet ci, którzy łyknęli bajkę o ciepłej wodzie w kranie i końcu historii musieli zweryfikować swoje poglądy. Pandemia, pełzający kryzys gospodarczy, nienawistna nagonka na społeczność LGBTQ+, coraz bardziej faszyzująca władza, brutalność policji…

Można tak w nieskończoność. Mnie ostatecznie złamała wiadomość o przejęciu Polska Press przez Orlen, co oznacza, że pisowska władza ma w swych szponach nie tylko media publiczne, ale także większość prasy i portali lokalnych. To nie musi od razu oznaczać scenariusza węgierskiego, ale jest kolejnym uderzeniem pałką w potylicę demokracji. Przez partyjne gmeranie odpłyną czytelnicy i czytelniczki, sporo tytułów może się zamknąć (casus Trójki, która choć nie zamknięta, to ledwo zipie), a propagandowe przekazy dnia będą rozpowszechniane również lokalnymi kanałami. Nie mówiąc o tym, że czeka nas zmasowany atak na samorządy przed wyborami w 2023 roku – w końcu to ostatnie bastiony jeszcze nie podbite przez PiS. Mieszkanie w Polsce to zawsze był wybór ekstremalnego stylu życia, a będzie tylko gorzej. Siedząc pogrążony w czarnych chmurach, pomyślałem, że chcę odpoczynku od świata. Chcę świąt, z dużą choinką, która pojawiła się w domu pierwszy raz w moim dorosłym życiu, z piosenkami świątecznymi (nieważne czy Paula McCartney’a czy z jamajskiej składanki Trojana), poważnie rozważam również sweter z reniferem lub przynajmniej listkami gandy. Po tym koszmarnym roku chwila udawania, że świat nie rozpada się na płonące kawałeczki jest dokładnie tym, czego potrzebujemy wszyscy. I święta mogą dać takie wytchnienie na moment.

Pytanie, co to może oznaczać dla mojego pokolenia, z braku laku nazywanego milenialsami. Spora część z nas nie jest zbyt religijna, więc katolickie atrybuty typu dzieciątko na sianku i opłatek odpadają. Tradycyjna kuchnia wigilijna jest… kontrowersyjna, mówiąc dyplomatycznie. Z drugiej strony, przynajmniej jakiś segment milenialsów podziela wartości, które wiążą się tradycyjnie ze świętami. Jesteśmy blisko z przyjaciółmi, lubimy uważać się za wrażliwych (również na ludzkie i zwierzęce nieszczęście, o czym zaświadczą zbiórki charytatywne w mediach społecznościowych), ba, niektórzy dość mocno się wkręcili w gotowanie. Wegańska wigilia w gronie woke znajomych? Czemu nie! Można nawet skierować negatywne uczucia w stronę konkretnych potraw. Zasypać homofoba i faszystę Czarnka w kutii, kręcąc mu makiem nad jego tępym łbem. Można tłuc boczniaki pod wegańskiego karpia, myśląc, że to Kaczyński. W farszu do pierogów widzieć zakłamanego rzecznika Komendy Głównej Policji Mariusza Ciarkę, powoli znikającego pod ciastem – z perspektywy pieroga ciężko mu będzie mówić, że gazowanie posłanek to odpieranie ataku agresywnych jednostek. Ziobro jako zakwas na barszcz z uszkami? Poproszę! Tak stworzone potrawy idą do żołądka, gdzie kwasy robią swoje, a potem dokładnie tam, gdzie powinna trafić obecna władza – do kanalizacji.     

Kilka świątecznych dni nie odmieni świata, podobnie jak zmiana daty rocznej pierwszego stycznia. Żeby zatrzymać katastrofę potrzebujemy czegoś więcej, niż magicznych gestów i komfortowego eskapizmu.

Ale zasługujemy na moment wytchnienia, najlepiej w gronie rodziny – tej prawdziwej, czyli tej, którą sobie sami wybraliśmy, a nie tej, na którą skazały nas toksyczne więzy krwi. Konkurentów jest wielu, ale można bezpiecznie założyć, że 2020 przejdzie do historii jako jeden z najgorszych roczników w Polsce po 1945 roku. Czy 2021 będzie lepszy? Wolę o tym nie myśleć, na razie czekam na kubek ciepłej herbaty i tę ryjącą banię, leniwie napisaną piosenkę świąteczną McCartney’a. Zasłużyłem na to!

WIĘCEJ