Science fiction innego rodzaju.

Znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie to ważne elementy wzoru na sukces w branży muzycznej. Jazzowy zespół EABS uniósł się na fali fascynacji jazzem, która rozlała się po alternatywnych kręgach w drugiej połowie ubiegłej dekady i stawał jak równy do porównań z zagranicznymi projektami o podobnym charakterze. Szczęście to nie wszystko, jakość i kreatywność to także ważne czynniki, a pod tym względem trudno o bardziej regularny zespół na polskiej ziemi. Każda kolejna propozycja (obecnie) kwintetu to ruch w inną stronę, ale wehikuł wciąż pozostaje ten sam – kapitalnie zestrojony skład, rozpychający jazz zgodnie z postępowym duchem gatunku. Do każdego albumu dostajemy zazwyczaj rozbudowane tło filozoficzne, a EABS starają się sytuować nie tylko w artystycznych kontekstach, ale także społecznych, mocno związanych z kierunkiem, w którym zmierza świat. A ten nie jest zbyt wesoły, co znalazło odzwierciedlenie we frenetycznej, brudnej muzyce eabsowego odprysku, czyli projekcie Błoto. Najnowsza propozycja pełnego składu EABS, 2061, wysyła nas w kosmos, ale bynajmniej nie w radosną przygodę motywowaną chęcią eksploracji. Inspirowana trzecią, mniej znaną częścią Odysei kosmicznej Arthura C. Clarke’a, płyta prezentuje ekscytujące i bardzo nowoczesne oblicze jazzu. 

Ten dźwiękowy futuryzm zawiera się nie tylko w kosmicznych syntezatorach – w równym stopniu odsyłających do filmów science fiction co do twórczości Sun Ra – ale także w produkcji, szczególnie brzmieniu perkusji. Marcin Rak gra tutaj życiówkę, swobodnie żonglując rytmami, pulsującymi inspiracjami z tak odległych zakątków jak drill, trap czy szalona elektronika. Serio, od najlepszych wydawnictw Christiana Scotta nie mieliśmy równie bujającego jazzu, który nie boi się zaglądać do ogródka hiphopowego sąsiada. 2061 w jakimś sensie wraca do korzeni EABS, czyli rapowych jam sessions we wrocławskim klubie Puzzle. Ale od tamtego czasu zmienił się i hip-hop, i sam zespół. Sposób pisania partii dętych jest wciąż rozpoznawalny na pierwszy rzut ucha – i jak zwykle, piekielnie chwytliwy – ale sekcja rytmiczna (oprócz Raka na perkusji to Paweł Stachowiak na basie, znany także z wielu hiphopowych albumów) hasa tutaj w kreatywnym wirze, uwolniona jak nigdy wcześniej. Marek Pędziwiatr wyciska z syntów kosmiczne partie, ale nie porzuca pianina, które w wielu utworach służy za spokojną przystań i międzylądowanie po solówkowych wygibasach reszty kolegów. Już przy okazji poprzedniego krążka EABS, Discipline of Sun Ra, imponowała mi, wybaczcie, dyscyplina tego składu. Po monumentalnym Slavic Spirits wydawało się, że jedyna droga dla zespołu to ekspansja – większe kompozycje, jeszcze obszerniejsze brzmienie. Ale zwrot, jaki dokonał się na trzeciej płycie – w stronę oszczędniejszych, ale bardziej skutecznych środków wyrazu – okazał się znakomitym pomysłem. 2061 kontynuuje go z powodzeniem, dając miejsce na oddech nie tylko wybornym partiom solowym, ale też wyjątkowo udanej produkcji. Myślę, że warto podkreślać to, jak dobrze brzmi ten album, szczególnie perkusja, która mimo wycieczek w syntetyczne rejony cały czas zachowuje głębokie i organiczne brzmienie. Surowe, syczące syntezatory, nasycony bas, czytelne i silne dęciaki… 2061 słucha się w osłupieniu i zachwycie nad spójnością i klarownością muzycznego pomysłu, nawet jeśli to najbardziej różnorodna propozycja w karierze zespołu.

2061 to bardziej The Expanse aniżeli Star Trek (technicznie to po prostu Odyseja kosmiczna, ale hej, każdy nerd ma swoją siatkę odniesień!). Ciemniejsze uniwersum, kosmos, który jest koniecznością i zagrożeniem, a nie miejscem onieśmielających odkryć. Ziemia jest martwa – słyszymy w „Ain’t No Mercy”, a album otwiera „Global Warning”, otrzeźwiający komunikat o straconym domu. „Lucifer (The New Sun)” to niepokojąca wyprawa w nieznane, podobnie jak „The Mystery of Monolith” – frenetyczna końcówka utworu sugeruje, że odkrycie prawdy może być gorsze niż milcząca tajemnica obserwacji. Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda) było dialogiem z muzyczną tradycją i pytaniem o jej miejsce we współczesności, Slavic Spirits szukało alternatywnej wizji rodzimej duchowości, a Discipline of Sun Ra podsuwało ratunek w artystycznej ekspresji. 2061 to dryf po niewiadomych obszarach kosmosu, groza zagubienia i obcość wywołana stratą planety. W tej próżni znaczeń i chłodzie metafizycznej absencji pulsuje muzyka. Ciemna, tajemnicza, ale upiornie atrakcyjna, bo wypełniona ludzkim doświadczeniem. A to w kosmosie nieznanego może być najlepszym paliwem dla egzystencjonalnej rakiety.

WIĘCEJ