W hiperpołączonym świecie przejście do trybu offline stało się luksusem zarezerwowanym dla nielicznych, którzy_e korzystają z technologii, kiedy chcą. Bycie online jest dla nich opcją, nie koniecznością.

Ostatnio rozmawiałam z rodziną na temat bycia offline. „Wszyscy jesteście uzależnieni” – dość szybko padło ze strony mojego ojca boomera tak dobrze znane mi zdanie zabarwione odrobiną wyrzutu i poczuciem wyższości. Oczywiście, wcale nie twierdzę, że internet mnie nie zassał, ale w obecnym świecie i przy moim trybie życia nie bardzo mam możliwość się wyłączyć. Uczelnia przeniosła się na Zooma, ze znajomymi rozrzuconymi po różnych krańcach świata spotykamy się na czatach grupowych, a moja praca wymaga, bym zawsze była na bieżąco z popkulturowymi nowinkami. Nieważne, jak bardzo bym nie próbowała, jestem skazana na bycie zawsze online. Ciężko walczyć z uzależnieniem, gdy od internetu uzależniona jestem nie tylko ja, ale i prawie każda sfera mojego życia.

Jak donosi ID Magazine w badaniu z 2021 roku przeprowadzonym na nastolatkach mieszkających w Wielkiej Brytanii aż 34 procent pytanych wyraziło chęć znacznie rzadszego niż obecnie korzystania z mediów społecznościowych. Niektórzy myślą o krótkiej przerwie, a inni rozważają usunięcie kont na stałe. Wszyscy respondenci_tki obwiniali_ły nadmiar informacji, którego doświadczyli_ły na początku pandemii za przewlekły stan rozczarowania światem, który ostatecznie sprawił, że zatęsknili_ły za tym, jak to było kiedyś, w domyśle: prościej. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Na początku pandemii, gdy nawet sportowcy nie mogli trenować i świat faktycznie się zatrzymał, jedyne, o czym można było czytać, były złe wiadomości. Śledzili_łyśmy codzienną ilość zachorowań, zgonów i przypadków krytycznych. Zdjęcia opuszczonych ulic, przepełnionych szpitali i prowizorycznych centrów opieki ustąpiły fotografiom z protestów Black Lives Matter w USA i brutalnym wideo z udziałem amerykańskiej policji. Od tego czasu między tęczową nocą, zaostrzeniem prawa do aborcji, bombardowaniem Strefy Gazy a kryzysem humanitarnym na granicy polsko-białoruskiej mało było chwil wytchnienia. Nie wiem jak wy, ale mi ostatnie dwa lata dogłębnie uświadomiły, jak spierdoleni są ludzie i jak bardzo mamy przejebane. Powiem szczerze, że mimo upływu czasu wcale nie żyje mi się z tą świadomością łatwiej. I widzę to też w moich bliskich: ten czas nie tylko mi zrył banię.

Można by doradzić zatem kompletne ocięcie się od wiadomości w imię lepszego życia, jednak czy jako osoby uprzywilejowane nie mamy obowiązku wiedzieć, co dzieje się na świecie? Edukować się o problemach, które nieważne, jak nieprzyjemne, dla nas wciąż pozostają abstrakcyjne? Dla nas to ostatecznie tylko (i aż) wiadomości, podczas gdy dla innych to realia codzienności. Tak więc funkcjonujemy gdzieś pomiędzy chęcią wyłączenia się z obiegu informacyjnego w imię self-care a przekonaniem, że powinni_yśmy być na bieżąco. Ach, jak ciężko znaleźć ten złoty środek.

O tym, że nasz czas i uwaga to najcenniejszy towar dla Facebooka i innych platform, pisałam więcej tutaj. Namawiając, by starać się je wyrwać ze szponów korporacji-monstrum, które przeznaczają ogromne środki, na to ulepszanie funkcji, które bezpośrednio zwpływanią na chemię naszego mózgu. Niestety próby ograniczenia obecności w internecie przeważnie kończą się porażką i samobiczowaniem. W szybko zmieniającym się świecie tylko osoby uprzywilejowane mogą pozwolić sobie na przerwę. Prawda jest taka, że media społecznościowe to obecnie centralna część naszej infrastruktury informacyjnej, nie wspominając o oczywistej funkcji łączenia się z odległymi geograficznie społecznościami. Ten drugi aspekt jest wyjątkowo istotny dla mieszkańców i mieszkanek mniejszych miejscowości, którzy_e czują się zagubieni_one, a jedynym miejscem ucieczki i szansą na zrozumienie jest przestrzeń internetu.

Biorąc pod uwagę, ile wysiłku kosztuje nas całkowite bycie offline i jakie straty (społeczne, zwodowe) może przynieść, większość z nas ucieka się do półśrodków. Apki blokujące inne apki, tryb nie przeszkadzaj, wyłączanie powiadomień itd., ale cyfrowy detoks to nie tylko kwestia dyscypliny. Śmiem twierdzić, że każdy boomers jest uzależniony od swojego telefonu w podobnej skali co przedstawiciel_ka pokolenia Z. Z tą różnicą, że zetki wychowały się w internecie i o wiele sprawniej się po nim poruszają oraz są bardziej świadome zagrożeń, a co za tym idzie nauczyły się krytycznie analizować informacje zaczerpnięte online. Natomiast boomerzy są jak dzieci we mgle – funkcjonowanie algorytmów to dla nich czarna magia, a o podstawowych zasadach internetowego bezpieczeństwa mało który_a słyszał_a. To nie ich wina, przecież nikt ich tego nie nauczył. Po prostu zamiast krytykować młodsze pokolenie, którego problemy w dużej mierze są im obce i niezrozumiałe, niech lepiej spojrzą krytycznie na siebie. Nie ma wątpliwości, że ograniczenie dostępu do internetu jest nam potrzebne, ale krytyka mediów społecznościowych powinna być złożona i uwzględniać wiele czynników społeczno-politycznych. Zamiast tego przeważnie dostajemy krótkie: jesteś uzależniony_a.

Skoro już udowodnili_łyśmy, że kompletne pozbycie się technologii z naszego życia jest procesem złożonym, kolejnym krokiem powinien być namysł nad tym, jak korzystać z internetu w najbardziej korzystny dla nas sposób. Przecież funkcjonowanie w onlinowym chaosie potrafi przynieść nam wiele radości i satysfakcji – od głupich memów i tiktoków po wcześniej nieznane możliwości zarobku, a nawet relatywnie łatwe przebranżowienie. Dlatego warto zrobić rachunek sumienia i walczyć z bezsensownym uzależnieniem, jak tylko możemy, ale też docenić internetowe przyjemnostki, a przede wszystkim przenieść ogrom odpowiedzialności za obecny stan rzeczy z jednostki na korporacje.

WIĘCEJ