Głos z zadymionej kawiarni.

Na tle reszty polskiego mainstreamu i trapowej arystokracji, która usadowiła się w bezpiecznym przylądku między coachowską nawijką a materialno-hedonistycznym omłotem, Tymek od razu zyskuje sporo sympatii. Wszechstronny i ambitny artysta, ale też pozytywna osobowość, bezustannie majstruje przy swojej formule. Na Odrodzeniu, najnowszej płycie artysty, wszystkie te cechy spotykają się w solidnym miejscu. Mimo kampanii promocyjnej, która bardziej odstręczała, aniżeli nastrajała pozytywnie (czy moglibyśmy sobie już dać spokój z nawiązaniami do klubu 27 i wydawaniem pośmiertnych płyt, kiedy artysta ewidentnie żyje?), to ambitne przedsięwzięcie. Nawet jeśli całość jest mocno nierówna, to Tymek odnalazł wcielenie, które pozwala mu rozpościerać skrzydła najszerzej. Niestety, Odrodzenie to również kolejny wpis w księdze płyt stanowczo za długich. 21 numerów to może i realizacja obfitej wizji, ale też spory test cierpliwości dla osób słuchających.

Tymka często nazywa się raperem, choć w zasadzie rapowanie wychodzi mu najgorzej. Odrodzenie sprawdza się najlepiej jako album nowoczesnego pieśniarza. Aranżacje i kompozycje mają odpowiednią przestrzeń na oddech, a obecność smyczków dodaje wyjątkowego klimatu, nawet jeśli uderza w dość ckliwe tony. Na tym albumie Tymek potrafi stworzyć przekonującą atmosferę, trochę gorzej z historią. Doceniam oszczędność pióra (kapitalny Cudzysłów), ale czasami chciałoby się usłyszeć coś więcej. Na pewno nie pomaga struktura albumu, jeszcze gorszym czynnikiem jest ilość utworów. Rozumiem, że Odrodzenie inkorporuje historię i utwory z epki Król Życia, ale teksty zbyt często podsuwają poetycką watę, żeby ta narracja była szczególnie mocno angażująca czy nawet łatwa do rozczytania. I tak, językiem poezji jest subtelność, ale artyście przydałaby się pomoc w pisaniu tekstów. Wokale to na szczęście zupełnie inna, jakościowa bajka. Tymek nie boi się testować swoich możliwości i nawet jeśli niektóre wycieczki zbyt mocno zalatują rockową chrypą spod ciemnej gwiazdy Roguckiego (czyli co by było, gdyby Eddie Vedder miał zatwardzenie), charyzma i zaangażowanie bijące z nagrań nadrabiają wiele niedoskonałości. Klubowe Popularne również miały momenty, z których kapały krew i pot (ze łzami nie jestem pewien), Odrodzenie leci na setkę od początku do końca. Wiele razy byłem zaskoczony, na co stać Tymka i nie ma żadnych wątpliwości – to jego osobowość i pasja do muzyki ciągną to wydawnictwo do przodu.

Tracklistę dałoby się naprawić edycją, czego nie można powiedzieć o produkcji. Bardzo często odstaje od ambicji artysty, brzmi zaskakująco cienko jak na rodzaj wybranej instrumentacji. Smyczki, zamiast ogarniać nas przestrzenią i tworzyć brzmieniowy pomnik ze spiżu, przelatują łagodnie po panoramie. Rozumiem, że nie każdego stać na Nico Muhly’ego, ale można było zadbać o ich moc, bo jest z tym naprawdę słabo. Podobnie jest z pianinem, które ma potencjał na splatanie się w magmowym, imponującym węźle ze smyczkami, a tak plumka sobie gdzieś w tle. Ale największym grzechem Odrodzenia jest brzmienie bitów. Rimshoty i inne perkusyjne detale odsyłają do podstawowych brzmień z programów do tworzenia muzyki i ścierają się z resztą instrumentacji. Rozumiem, że przy tak ambitnym aranżacyjnie przedsięwzięciu pewne aspekty mogły nie wyjść do końca. Słuchamy tego albumu w 2022 roku, a za jego wydaniem stoi duża wytwórnia, więc nie można przejść obok pewnych aspektów obojętnie. Warstwa produkcyjna ściąga w dół kapitalne aranżacje i porządne kompozycje. Z kolei jak sprawdza się różnorodność tego materiału, zależy od gustów. Tymek próbuje wielu rzeczy, najlepiej wychodzi mu XXI-wieczny szansonizm, bez autotune’a wykręconego ponad skalę, z lekko ejtisową gitarką jako smakowitym detalem. W Klaksonie słyszymy echa Klubowych czasów, w Metaforze na pierwszy plan wysuwa się psychodelia, Pończochy to niemal indierockowa lekkość. Nie każda z tych prób jest udana, ale każda nosi znamiona kreatywności, której często brakuje w rodzimym głównym nurcie. Od leniwego jazzu po szalone brejki i emo rap – Tymek podsuwa cały bufet, w którym można zatopić zęby.

Naprawdę szczerze kibicuję Tymkowi. Patrząc na jego dyskografię, widzę niespokojnego ducha, który cały czas szuka, wymyśla się na nowo, testuje brzmienia. Odrodzenie często ugina się pod ciężarem własnych ambicji, ale to lepszy scenariusz niż lekkość chodzenia po linii najmniejszego oporu. Mniej tu sztampowej przebojowości, więcej rozwiązań, które nawiązują do muzyki filmowej (zresztą producent płyty Urbański ma na koncie sporo soundtracków, a wydawnictwu towarzyszy rozbudowana warstwa wizualna). Brzmieniowe horyzonty albumu pokrywają kilka różnych obszarów, a artysta daje z siebie wszystko za mikrofonem. Niestety, kulejąca produkcja i chaotyczna tracklista odejmują trochę przyjemności ze słuchania Odrodzenia. Tak czy owak, Tymek wciąż się rozwija i warto się przyglądać temu, dokąd zajdzie. Ma potencjał na długą i owocną wyprawę, nawet jeśli okolica jakby znajoma.  

WIĘCEJ