TWOJA STARA: „Dzięki dragowi rozumiemy, kim jesteśmy”

W dragu schronienie, w dragu wyzwolenie.

Drag jest jednym z najważniejszych elementów queerowej kultury, a dzięki takim programom, jak RuPaul’s Drag Race przebił się również do mainstreamu. Scena dragowa jest silna także w Polsce, często krzyżując drogi z teatrem i muzycznym undergroundem. Twoja Stara to polska drag queen, która podbija serca ekspresją, żywiołem i estradowym wyczuciem. Za jej stworzenie odpowiada Piotr Buśko, wrocławski aktywista LGBTQ+, rzecznik prasowy Kultury Równości i ważna postać przy Marszu Równości w stolicy Dolnego Śląska. Co ciekawe, znamy się z Piotrkiem jeszcze z liceum w Zgorzelcu, miejscowości przy granicy polsko-niemieckiej. Obaj mamy zupełnie inne doświadczenie nastolęctwa, bo jego dorastanie było znaczone homofobią i ignoranctwem, w których zresztą zdarzało mi się uczestniczyć aktywnie, jak przystało na małoletniego dzbana. Między innymi o dorastaniu na prowincji i drodze do dragowej świetności rozmawiamy z Piotrem Buśko aka Twoją Starą.

 

Paweł Klimczak: Pamiętasz kiedy pojawiły się u ciebie jakieś pierwsze tożsamościowe refleksje?

 

Piotr Buśko: Nie wiem. To jest trudny do złapania moment. W momencie dorastania buzują ci hormony i w trakcie tego buzowania zaczynasz zauważać jakiś pociąg i jakieś miłostki. I ten pociąg odczuwałem do osób, które znałem i byli to chłopcy. To było dla mnie absolutnie naturalne. Ale oczywiście świat dookoła mówił mi coś odwrotnego. Dorastaliśmy w zupełnie innych latach. To była końcówka lat 90-tych, początek lat dwutysięcznych, gdzie tematy osób homoseksualnych, czy ogólnie społeczności LGBT nie były eksponowane. One się pojawiały, ale bardzo często w jakimś dziwnym, często też groźnym kontekście. Moje takie wspomnienie dotyczące tego, jak chyba pierwszy raz usłyszałem słowo gej, jest związane z odcinkiem serialu Dotyk Anioła, takiego amerykańskiego serialu z lat 90-tych. I tam jeden z bohaterów – każdy odcinek to był standalone, poświęcony innej postaci, której pomaga anielica stróżyca – przyjeżdża na święta Bożego Narodzenia do domu i ma taką skrywaną tajemnicę. Tą skrywaną tajemnicą jest to, że jest gejem, ale w tym samym zdaniu, w którym mówi, że jest gejem, mówi, że umiera na AIDS. Więc to też  jest taki bagaż, który się dostaje gdzieś z tych opowieści, bo tak te opowieści wyglądały w latach 90-tych – wirus HIV itd. 

 

PK: Przypomina mi się też Filadelfia.

 

PB: No właśnie. One były w gruncie rzeczy piętnujące w takim sensie. W tym Dotyku Anioła też było tak, że dostajesz dwie informacje: opowieść o seksualności była równoznaczna z karą w postaci śmierci, a przynajmniej tak to zapamiętałem. Kiedyś sobie potem odtworzyłem ten odcinek i on był jednak inny, powiedział coś cieplejszego. Ojciec mówi, że AIDS to jest kara, ale oburzona matka odpowiada: nie, twój syn jest po prostu chory. No ale kiedy masz 10 lat, kiedy to oglądasz, to nie myślisz o tym, tylko widzisz kogoś, kto jest do ciebie podobny i umiera, bo kocha w jakiś sposób. Więc to też jest jakiś mindset i dla siebie prywatnie musisz to w jakiś sposób przeprocesować. A ten świat dookoła też opowiada ci różne historie o tobie, rzadko mówi w ogóle twoim głosem, bo jakie były osoby otwarcie homoseksualne, do których miałem dostęp wtedy? Nie było nikogo.

 

PK: Nie pamiętam, kiedy się pojawiła sprawa Jacka Poniedziałka, ale to chyba były późniejsze czasy niż te, o których mówisz.

 

PB: Pojawił się Jacek Poniedziałek i to na pewno było ważne, bo pamiętam tamte rozmowy. No on był po prostu gwiazdorem, bohaterem głównego wątku w bardzo popularnej telenoweli. Jego out był bardzo ważny, pamiętam, że kupowałem magazyn Film i tam właśnie była rozmowa na ten temat. My byliśmy wtedy prawie – prawie! – dorosłymi osobami, ale co z tego, skoro nic nie wiedzieliśmy o życiu. 

 

PK: Rozmawiamy z perspektywy małej miejscowości, nie było reprezentacji na małym ekranie, albo była sporadyczna, a w edukacji szkolnej ten temat nie istniał. Była za to taka codzienna homofobia, sam pamiętam, jak z kolegami używaliśmy odrażających, homofobicznych określeń, w zasadzie w oderwaniu od ich znaczenia, bo przecież nie wiedzieliśmy do końca, że takie osoby istnieją. A dla osób, które już coś wiedziały, to musiał być koszmar. Ty z kolei dość szybko zainteresowałeś się światem estrady i filmu.

 

PB: Dla mnie to były światy, w które uciekałem. Film, teatr, to były takie przestrzenie, w których nie ma wątpliwości. Znajdujesz bohaterów, którzy są twoi, którzy mają jakieś swoje zmagania z życiem. Dla mnie ważny był musical Rent, który opowiadał o osobach LGBT, tam się pojawiła też drag queen, Angel. I to było coś takiego, że tam nikt tego nie kwestionował, oni mieli zupełnie inne problemy. W tym świecie ucieczki łatwiej jest znaleźć to bezpieczne miejsce. Kiedy otaczają nas jakieś nieprzyjazne okoliczności – np. korytarz w szkole, gdzie z różnych powodów mogą cię obrażać, bo jesteś, nie wiem, chudy całe życie…

 

PK: No nastolatkom wiele nie trzeba.

 

TS: Oczywiście. Jeszcze moja taka ekspresja wyrazista – osobowości, nie seksualności, bo to jest ekspresja osobowości, tego, kim jestem, a moja homoseksualność jest tylko jakimś fragmentem całej osoby. Więc uciekałem. I te wszystkie bezpieczne przestrzenie były takimi potrzebnymi. Na pewno jedną z nich był film. Mam takie wspomnienie ze szkoły, że siedziałem w bibliotece, nie siedziałem z wami na korytarzu, my się spotkaliśmy tylko w klasie. Wtedy myślę, że mnie to uratowało. To jest coś takiego, że trochę nie wiesz, czemu to robisz, dopiero jak jesteś starym koniem, to inaczej na to patrzysz, to szukanie bezpiecznej przestrzeni jest ważne. Myślę, że do dzisiaj tak jest i dobrze jest, jeżeli znajduję takie przestrzenie, które są przyjazne, przestrzenie bez oceny. To może być wśród przyjaciół, ale dobrze jest, jeżeli masz chociaż jedną przestrzeń, gdzie się czujesz bezpiecznie.

Krystian Lipiec / Bulletproof Warsaw

PK: Teraz działasz w Kulturze równości, która oferuje wsparcie i edukuje. Czy doszły cię słuchy, że coś się zmienia, że młodzież ma lżej?

 

TS: Ja rzadko z dzieciakami rozmawiam, ale są raporty i u nas w stowarzyszeniu pracują też osoby, które zajmują się edukacją. No i te raporty niestety nie są pozytywne. Dzieciaki i młodzież identyfikujące się jako osoby LGBT mają ogromny problem. Natomiast jest duży problem z akceptacją rodziców. Zaledwie 12% ojców akceptuje swoje dzieci LGBT, około 25% matek. Do tego też same statystyki mówią o tym, że są prześladowane, że mają myśli samobójcze – i to 70% dzieciaków LGBT. Wystarczy spojrzeć na to, co robi stowarzyszenie Dajemy Dzieciom Siłę. I w tych bardzo mocnych sytuacjach – chociażby takich, jak ta kampania prezydencka, która przybrała obrzydliwą formę LGBT-fobii – dzieciaki dzwonią i pytają, czy to jest bezpieczna przestrzeń na telefon zaufania. Jest to problem, który jest rozpoznany, ale wciąż ma małą widoczność i na pewno dobrze jest o tym mówić i temu przeciwdziałać. Moja koleżanka ze stowarzyszenia, która działa edukacyjnie, cały czas podkreśla, że takimi dużymi sytuacjami wykluczeń w szkole i uprzedzeń jest z jednej strony temat biedy, statusu ekonomicznego, ale różnie postrzeganego. To może być związane z tym, że ktoś ma lepsze czy gorsze buty, czyli jakiś klasizm. A z drugiej strony to jest właśnie temat homofobii i LGBT-fobii. Często w przypadku kiedy to są bardzo młode osoby, to jest tylko domniemanie przynależności do takiej społeczności. Ktoś dla kogoś uchodzi za osobę LGBT i to wystarczy do tego np. żeby zrobić piekło takiej młodej osobie. To jest jedna strona, ta ciemna strona. Ale jest też tak, że widzę i obserwuję to, co się dzieje. Te osoby jakoś się łapią, mają większą swobodę ekspresji. Ja bym w życiu nie miał takiej ekspresji w szkole jak teraz te młode osoby. To jest niesamowite. Dla kogoś takiego jak ja, to jest jednak duża siła, kiedy patrzę na te młode osoby. One mają dużo jakiejś takiej świadomości, doświadczenie życiowe przyjdzie z czasem, ale bywa tak, że one już coś widzą i potrafią wziąć sprawy w swoje ręce. Potrafią zawalczyć o to, w co wierzą, jak choćby dostęp do bezpiecznego środowiska, do swojej przynależności tożsamościowej. Do jest dla nich bardzo istotne. Myślę, że to jest zawsze tak, że jak jest jakiś backlash, to się mocniej odbijasz i to też widać po tych młodych ludziach. Już nie pytają. Myślę, że my mogliśmy być ostatnim pokoleniem, które pytało, a to pokolenie, które idzie, już nie pyta. Idzie po swoje, bo oni doskonale wiedzą, co jest ich. I to jest super.

 

PK: Z pewnością też jest łatwiej im dotrzeć do informacji, co też pewnie wiele zmieniło.

 

TS:  Potrzebna jest wciąż i zawsze widoczność, to jest duży temat. Ta kampania Niech nas zobaczą, sprzed prawie dwudziestu już lat, jest wciąż aktualna. Niech nas po prostu widzą, niech nas słyszą, niech słyszą, co mamy do powiedzenia, czego żądamy, jakie są postulaty ludzi. Czego my chcemy jako osoby, jakiego życia chcemy dla siebie, dla naszych rodzin – bo przecież nie jest tak, że osoby LGBT żyją w jakimś oderwaniu od struktur społecznych. Tworzymy rodziny, tworzymy społeczeństwo itd. Widoczność jest wciąż potrzebna. Pamiętam kiedy widziałem te plakaty – u nas w Zgorzelcu wisiały dosłownie w Domu Kultury, w takim klubie na dole…

 

PK: On się dosłownie nazywał Nadole! 

 

TS: No właśnie, więc widziałem te pary jednopłciowe trzymające się za rękę, trochę się tego bałem, ale tak naprawdę to mi pomagało oswajać. To jest bardzo istotne, żeby widzieć siebie w różnych przestrzeniach. Żeby osoby młode mogły widzieć siebie w różnych przestrzeniach. Na Netflixie, czytając gazety, oglądając filmy i żeby to były narracje, opowieści dokumentalne, fabularne… Ale żeby to były nasze opowieści, żeby ktoś nie mówił za nas, tylko żebyśmy my mogli mówić sobą, o sobie. To jest bardzo istotne. Uczepię się dalej tego tematu. Mówi się, że my chcemy zakładać rodziny. To jest kłamstwo, bo my te rodziny zakładamy! My już to robimy, one może nie są rozpoznane, ale zakładamy rodziny. Co więcej, jak się w rodzinie pojawia osoba LGBT, to naturalnie, cała ta rodzina staje się tęczową rodziną. Rodzice mogą być nieakceptujący, ale żyją w rodzinie LGBT, bo mają dziecko LGBT. To nie dotyczy tylko mojej decyzji o partnerze, ja jako osoba LGBT tworzę strukturę rodzinną nie tylko z tym, kogo wybieram na życie, ale są to też moi rodzice itd. To jest duży temat, którym trzeba się zająć, który trzeba przepracować, szczególnie jeśli osoby są nieakceptujące. 

Krystian Lipiec / Bulletproof Warsaw

PK: Mówisz o przepracowaniu, o zajmowaniu się tematami. Ale żyjemy w czasach wielkiej reakcji – w Polsce rządzi najbardziej otwarcie homofobiczna władza w nowoczesnej historii, w USA republikańskie stany uchwalają przepisy uderzające w osoby trans…

 

TS: Mamy też Węgry…

 

PK: No właśnie. Przypomina mi się rozmowa z Bartem Staszewskim, w której stwierdził – i dla mnie ten optymizm był zaraźliwy, choć szokujący – że to wszystko to tylko jęk agonii konającego reżimu. Że ten masowy reakcjonizm to odpowiedź na proces, którego zatrzymać się nie da, na co są dowody, choćby młodzież jest o wiele bardziej tolerancyjna i dostrzegająca potrzebę równości. Podzielasz ten optymizm?

 

TS: Bardzo się z Bartem zgadzam i myślę, że to też jest odpowiedź na to, co się wydarzyło w XX wieku i trwa do tej pory, czyli jakieś emancypacje głosów różnych społeczności. Na to jest reakcja, jest backlash. Wydaje się być mocny, bo ma np. prawodawstwo w rękach. Ale no właśnie, jeśli ktoś już się musi uciekać do takich uchwał radykalnie przeciwko prawom człowieka, to znaczy, że tam jest jakaś słabość w tym. Masz tylko i wyłącznie jakąś literę prawa, która może być tylko rozgrywana dzieleniem i rządzeniem. Zamykasz dyskusję, bo jak zaczynasz wpuszczać inne spojrzenia, to znaczy, że będziesz musiał je wpuścić również w przestrzenie prawa i to myślę, że jest dla nich niebezpiecznie. Absolutnie to jest jakaś walka o władzę symboliczną. Największy fałsz to ta chęć formatowania świata w jeden sposób. Świat jest różnorodny, ta różnorodność jest faktem, bioróżnorodność jest faktem, różnorodność ludzi jest faktem. Dla mnie z tej różnorodności płynie ogromne wyzwanie – zrozumienie siebie nawzajem – z drugiej strony jakaś taka ciekawa, niesamowita prawda o tym, kim jesteśmy, kim możemy dla siebie być, bo niektóre perspektywy nigdy nie będą dla mnie dostępne, a przez to, że ktoś mi opowie o swojej perspektywie, to ja mogę po prostu zrozumieć więcej, a nie przerazić się i schować, uciec. Więc to tylko moim zdaniem jest kwestia, jak wyglądają wektory, w którą stronę patrzymy, czy na otwartość, czy jesteśmy zamknięci. Moim zdaniem coraz więcej ludzi będzie jednak się otwierać. 

 

PK: No to jak jesteśmy przy otwieraniu ludzi, to porozmawiajmy o twojej drodze do dragu.

 

TS: To jest śmieszne, że się ta droga w dragu pojawiła tutaj, bo ja jako dziecko byłem zafascynowany takim filmem Ślicznotki. To jest film z Patrickiem Swyaze, Johnem Leguizamo i Wesley’em Snipesem. Podróż trzech drags, które z jednego wybrzeża jadą na drugie i mają różne perypetie po drodze. To było dla mnie fascynujące. Sam film powstał później, niż Priscilla i jest wariacją trochę na temat historii Priscilli, Królowej Pustyni, ale ja najpierw widziałem Ślicznotki i to był total. I ten drag był obecny, ja go gdzieś po prostu widziałem. Myślę, że jak byłem nastolatkiem, to się go trochę bałem, bo miałem takie poczucie, że to jest po prostu droga każdego geja. Że w pewnym momencie zaczynasz się przebierać. No i co? Miałem rację! Ale teraz się już tego nie boję. Estrada, chęć występów, towarzyszyły mi zawsze i ten drag w pewnym momencie się zmaterializował tak bliżej. Mnie on fascynował, więc słuchałem, oglądałem, patrzyłem, co się dzieje, później się gdzieś pojawia zainteresowanie tym fenomenem RuPaul’s Drag Race. Jeździłem oglądać te dziewczyny z programu telewizyjnego – to był gdzieś 2015 rok – które nie wyglądały jak te polskie dragsy, które oglądałem, fascynowały mnie niesamowicie. Chociaż te polskie dziewczyny też były fajne, np. te, które śpiewały, to było jakieś poruszające i ciekawe. I ten drag pojawia się już później, jako coś, co chcę zrobić, bo po prostu uwierają mnie struktury, w których tkwię, struktura pracy na przykład. Że nie mam takiej przestrzeni do ekspresji, do działania artystycznego, które gdzieś mi zawsze towarzyszyło i zaczynam się tym interesować coraz bardziej, już nie tylko jako widz. Powiedziałem sobie: dobra! Pozwolę sobie też na to, żeby ta ekspresja stała się też moją ekspresją. Kiedy to się wydarza, to się okazuje, że całe życie jakichś moich fascynacji, całość moich doświadczeń, skleja się na to, że jest we mnie jakaś gotowość i otwartość, żeby się po prostu za to zabrać. Za tym potem idzie to, że mogę i robię to od czterech lat, z większymi bądź mniejszymi – mnie na pewno satysfakcjonującymi – sukcesami. I to jest coś niesamowitego. 

 

PK: Czy przy takiej działalności rozrywkowej zakładałeś sobie jakieś cele, np. miejsca, w których chciałeś wystąpić?

 

TS: Tu panuje otwartość. Jestem w pełnej gotowości przyjąć różne projekty i lubię przyjmować różne projekty. Dzięki tej mojej otwartości, mogłem robić rzeczy, o których kiedyś marzyłem, znaleźć się w przestrzeniach, które uważałem, że nigdy nie będą dla mnie dostępne i oto się stały. I to jest dla mnie coś niesamowitego. Oczywiście, że teraz jako ktoś, kto pracuje też dragiem, że oprócz tej ekspresji, na którą sobie pozwalam, drag stał się też taką przestrzenią pracy, mogłem odnaleźć w sobie taką pracę, która mi odpowiada. Przez półtora roku pracowałem intensywnie z takim kabaretem warszawskim Pożar w burdelu. Drag jest moim narzędziem artystycznej ekspresji, ale próby, występy 15 wieczorów pod rząd, to jest już praca. Niektóre rzeczy się planuje, niektóre same przychodzą. Ale lubię rozmyślać, lubię rozkminiać rzeczy, więc jak mam przygotować coś nowego, to zawsze chcę, żeby on nie był tylko jakąś frywolnością – chociaż frywolność też jest super i każdemu jego drag, każdy robi to po swojemu, więc to, co ja opowiadam to nie jest recepta na robienie dragu. Lubię próbować różne rzeczy, lubię sprawdzać. Jaki humor jest mi potrzebny, w jakim ja jestem humorze i co mogę przez ten humor opowiedzieć. Drag jest dla mnie narzędziem, a nie celem, jest środkiem wyrazu, a nie punktem dojścia.

Krystian Lipiec / Bulletproof Warsaw

PK: Zacząłeś też pracę w NGO-sie, co było chyba pierwsze…

 

TS: Najpierw aktywizm, potem dragtywizm!

 

PK: Piękne hasło. Ale właśnie, działasz na wielu polach, w stowarzyszeniu Kultura Równości, jako drag queen. Drag, ale też np. vogue to są rzeczy, które przeniknęły do mainstreamu, zazwyczaj bardzo heternormatywnego. Czy myślisz, że takie dyfuzje pomagają społeczności, czy wpływają na poziom akceptacji i wspierają sprawę?

 

TS: Myślę, że dużo pracy się wydarzyło dookoła, chociażby wspomnianego RuPaul’s Drag Race, który z jednej strony docenia bardzo i otwiera bardzo drag. Pokazuje go na takim poziomie i w takich przestrzeniach, gdzie tego dragu po prostu przez historię świata nie było. To jest niesamowite, że to ma miejsce. I dzięki temu, pracując na widoczności, może wciąż poruszać ważne tematy, może wciąż być tym, co może zmienić patrzenie na społeczność osób LGBT. Oczywiście dużo osób ma wątpliwości co do samego programu, co on robi z dragiem itd. Ale to jest gdzieś obok. Ludzie spotykają i widzą tę przestrzeń i mogą też wsłuchać się nie tylko w te żarty, w ten świat takiego niesamowicie cudownego przegięcia, ale mogą się też wsłuchać w historie tych bohaterów i bohaterek programu. Usłyszeć taki ludzki wymiar, który pod tym się kryje. Dla mnie to zawsze będzie o uznaniu człowieka, który jest pod spodem. Nieważne, czy ten konstrukt nazywa się drag, gej, czy lesbijka, czy osoba heteroseksualna, czy transpłciowa, zawsze pod spodem jest moje ludzkie doświadczenie. Uważam, że drag jest taką formą sztuki, która odzyskuje człowieczeństwo. Ale górnolotnie! (śmiech)

 

PK: Odpowiednio, aż mnie zatkało i łezka się zakręciła. Mówisz o różnych odcieniach dragu, o człowieczeństwie. Ale odbywa się też taka heterokolonizacja tych różnych formy ekspresji – vogue pojawia się w studiach tańca bez historycznego i kulturalnego kontekstu, przypomina mi się historia, którą kiedyś opowiadałeś, o homofobce zainteresowanej dragowym makijażem. Nie są to nowe dzieje, bo przecież „Vogue” Madonny trochę już ma – i wiadomo, różne są oceny takich gestów, ale ostatecznie to jakaś forma apropriacji i komercjalizacji…

 

TS: No można się zastanawiać, kto naprawdę na tym zarobił, komu to się przysłużyło, zastanowić nad tym kontekstem kapitalistycznym… Oczywiście, w przypadku dragu to są te same dyskusje. No i one nawet nie dotyczą sfery symbolicznej, tylko takiego realnego życia. Tego, że się np. coś ujednolica, że jakaś jedna forma dragu jest teraz uznawana. Nie widać tego dragu w całym spektrum, w całej rozciągłości, nie tylko wizualnych kodów, ale też tożsamości, które robią drag. Bo np. RuPaul’s Drag Race dotyczy w większości osób, które identyfikują się jako mężczyźni, przebierających się za kogoś, kogo oni identyfikują jako kobietę. A drag jest przecież przestrzenią, w której realizuje się mnóstwo innych osób, innych tożsamości, nie jest to tylko ten jeden wycinek programu telewizyjnego. Zawsze powtarzam, że RuPaul’s Drag Race opowiada tylko o dragu w RuPaul’s Drag Race. Opowiada o sobie i to jest super. Ale nie jest opowieścią o tym, jak wygląda cały drag na świecie. Drag robią osoby o różnych tożsamościach, z różnych powodów, w różnych estetykach. W tej różnorodności tkwi klucz do zrozumienia tego, kim jesteśmy. Dla mnie to jest prawdziwe, ale też po prostu wartościowe. 

WIĘCEJ