W tej sytuacji nie ma dobrych odpowiedzi, ale muzyk wybrał te najgorsze.

Tragedia w Houston przejdzie do historii jako pokaz niekompetencji i kiepskiej organizacji. Zbyt duża ilość ludzi na terenie, kiepskie zabezpieczenie imprezy ze strony służb – zarówno prywatnych, jak i tych publicznych – nieodpowiedzialne zachowanie artysty… Można mnożyć potencjalne punkty wyjścia do tej rozmowy, ale jedno jest pewne: festiwal nie musiał skończyć się tak fatalnie. Travis Scott, którego część opinii publicznej obwinia przynajmniej w jakimś stopniu, udzielił pierwszego wywiadu po tragedii. Usiadł z legendą hip-hopowego radia, Charlamagnem i przez prawie godzinę próbował coś przepracować.

Jednego nie można mu odmówić. Rozmowa wygląda na szczerą i emocjonalną. Travis rozkleja się, kiedy mówi o rodzinach ofiar, jest wciąż w wyraźnym szoku. Ale trudno uznać wywiad za satysfakcjonujący. Owszem, w tej sytuacji raczej nie ma dobrych odpowiedzi. Odpowiedzialność za tragedię rozkłada się wielopiętrowo, a sam artysta miał bardzo ograniczony dostęp do informacji. A jednak, przede wszystkim bezradnie rozkłada ręce, nie chce przyznać, że zawaliło Live Nation, ani jego własny team produkcyjny. Smutno stwierdza: no co zrobić? I podsuwa głodne kawałki o tym, że musimy zrobić wszystko, żeby taka tragedia się nie powtórzyła. Oczywiście, to słuszny kierunek. Niemniej jednak, ktoś wpuścił za dużo ludzi, ktoś zatrudnił za mało ochrony, brakowało osób, które rozładowują napięcie w tłumie (standard na tak dużych imprezach), ktoś zbyt długo zwlekał z powiadomieniem Travisa o rozmiarze koszmaru na widowni. Być może artysta nie chce wskazywać palcami winnych, żeby się nie wybielać, ale przez to cała rozmowa jest pusta i dość niekomfortowa. To najbardziej frustrujące w stanie współczesnej dynamiki między osobami publicznymi a widownią: z jednej strony mamy odsłoniętą (choć mocno kontrolowaną) prywatność w mediach społecznościowych, z drugiej ten sam przekaz uknuty przez team PR-owców. Szczerość Travisa Scotta jest powierzchowna, pozbawiona zobowiązań. Słowa skierowana do rodzin ofiar są ważne i potrzebne, ale z wywiadu nie wynika na dobrą sprawę nic nowego. Może poza informacją o tym, że przedstawiciel policji przyszedł do Travisa przed koncertem, żeby mu pogratulować, a nie ostrzec przed potencjalnym zagrożeniem (jak twierdziły niektóre media). Szkoda, że artysta nie zdobył się na konkrety, nie apelował o większe regulacje i mniejszą chciwość. Na pytanie o tym, czy na festiwal nie wpuszczono zbyt dużo ludzi, odpowiedział: są przecież większe festiwale. Są. I nie giną na nich ludzie. Całą rozmowę zobaczycie poniżej.

WIĘCEJ