TRASH TODD o podobieństwach Lil Peepa i Chrystusa oraz swojej miłości do Cartoon Network

Spiderman w samej bieliźnie, żółw ninja jarający blanta, Koziołek Matołek w blackmetalowej stylistyceemo-Spongebob. To tylko kilka przykładów z setek prac Trash Todda, z którymi jego klienci nigdy się już nie rozstaną.

tt7

Todd jest jednym z najsłynniejszych polskich tatuatorów reprezentującym nurt ignorant i z impetem spenetrował świat zdominowany przez tribale, jelenie głowy i fraktale. Milena Liebe zrobiła mu fantastyczne fotki, a my pogadaliśmy z nim o kulcie Lil Peepa, jego pracy w wielkiej stacji telewizyjnej i dlaczego jego zdaniem legalizacja marihuany to słaby pomysł.

 

Powiedziałbyś, że jesteś z zawodu tatuatorem?

 

Na maksa. Nic innego nie potrafię teraz robić. Zapomniałem nawet, jak się robi imprezy.

 

Jak byś określił swój styl?

 

Na jakimś poziomie jako ignorant. Tego używam w tagach na Insta i tak od początku definiowałem swoje prace. Dużo osób definiuje tę estetykę jako chujowo zrobione dziary. Dla mnie to nie do końca tak. Dużo bliżej mi do prymitywizmu i ograniczania stylistyki do potrzebnego minimum.

 

Jakbyś umiał zrobić wycieniowanego z detalami smoka na całe plecy, to robiłbyś takie dziary?

 

Umiałbym to machnąć. Robiłem dziary, które mi się średnio podobały, żeby sprawdzić swoje umiejętności. Strasznie mnie to dołowało. Ważny jest dla mnie chociaż minimalny emocjonalny kontakt z osobą, którą dziaram. Jak ktoś chce klasyczny, wyjebany tatuaż, to raczej też nie skuma tego, że pracuję na chacie, i lepiej, żeby poszedł do kogoś, kto się w tym specjalizuje. Spinałbym się w takiej sytuacji i nic dobrego dla nikogo by z tego nie wyszło.

 

Dużo zleceń odrzucasz?

 

Zdarza się. Zacząłem odmawiać robienia dziar nawiązujących do Lil Peepa i jego tatuaży. Kumam tę konwencję, zrobiłem tego sporo. Łącznie ze trzydzieści razy tatuowałem komuś „LOVE” czy „Crybaby”. Cały miesiąc po jego śmierci. Nie chciałem być kojarzony jako ten typ, co tylko kopiuje dziary Lil Peepa. Odmawiam też robienia cudzych projektów, bo ktoś chce mniej zabulić. No i kilku ziomków chciało sobie zrobić coś z Powstaniem Warszawskim.

 

Chcieli sobie u ciebie zrobić Polskę Walczącą?

 

Pisali z takimi zapytaniami. Zrobiłem też jednemu typowi portret Korwina-Mikke ostatnio. Dla mnie to była beka. Nie wszyscy też to skumali i dostawałem propsy od wyborców Konfederacji. Takich projektów też raczej już nie będę realizował.

 

A papieża?

 

Jasiowi Kapeli wytatuowałem Jana Pawła II. Był moim drugim klientem, pierwszym był Miłosz Cirocki ze Złotej Jesieni. To była pierwsza dziara Jasia, którą zrobił sobie w wieku 32 czy 33 lat – papież w bucket hacie na cały biceps z wielkim napisem JAN SADBOY II.

 

To były pierwsze dziary, które zrobiłeś?

 

Pierwszą zrobiłem sobie, a drugą mojej dziewczynie Dominice. A potem już wymienionym kumplom za pięć dych.

 

U kogo sam się dziarałeś?

 

W zasadzie u wszystkich, u których chciałem. Najpierw robiłem sobie oldschool. Potem zacząłem kumać, że to mnie nie obchodzi i zamiast chodzić do studia, mogę dawać maszynkę moim znajomym. Mam ze trzydzieści tatuaży robionych przez osoby, które nigdy wcześniej nie miały tego typu sprzętu w rękach. O to między innymi chodzi w ignorancie. Nawiązałem też dużo znajomości przez Instagrama. Tatuatorki i tatuatorzy przyjeżdżają do nas albo z LOFI jeździmy do nich.

 

Ile masz tatuaży?

 

Trzysta? Pół roku temu jak liczyłem, to miałem z dwieście pięćdziesiąt, a przez ten czas zrobiłem sobie przynajmniej trzydzieści. Trzy czwarte ciała mam wydziarane. Od początku chciałem mieć to z głowy, bo to jednak strasznie boli. Zostawiam sobie trochę miejsca, żeby sobie jeszcze coś wytatuować, jak będę starszy. Teraz mam dwadzieścia cztery lata i na razie mówię pas. Przez ostatnie dwa lata robiłem tego ekstremalnie dużo. W pewnym momencie zaczynasz widzieć tylko puste miejsca, a jak ktoś fajny wpada z maszynką, to w sumie głupio nie udostępnić mu kawałka skóry. Potem łatwo przekroczyć barierę twarzy, szyi czy dłoni.

 

I zaakceptować, że nigdy nie będziesz miał mitycznej „normalnej pracy”.

 

Tak. Nie obchodzi mnie korporacyjne życie. Chociaż w agencjach reklamowych czy start-upach pracują podziarani ludzie.

 

Pracowałeś w telewizji kiedyś, prawda?

 

Tak, w TVN. Jak robiłem jedną dziarę za kilkadziesiąt złotych w miesiącu, to musiałem też robić inne rzeczy. Pracowałem w sushi barze. Miałem dość walenia rybą codziennie wieczorem. Matka mi ogarnęła rozmowę w telewizji. Naściemniałem, że studiuję filozofię i marzę o byciu handlowcem online i zarabianiu porządnego hajsu. Wtedy nawet wydawało mi się, że dwa czterysta na rękę to spoko pieniądze. Pracowałem tam trzy dni, potem cztery dni byłem na chorobowym. Wróciłem na dwa kolejne dni i znowu wziąłem L4, a potem się zwolniłem. Ale zapłacili mi za cały miesiąc, więc byłem zadowolony. Polecam każdemu spróbować czegoś takiego.

 

Coś jeszcze ciekawego stamtąd wyciągnąłeś?

 

Byłem handlowcem online i koordynowałem reklamy do aplikacji Player. Obok tego działu była redakcja „Dzień Dobry TVN”. Jednego dnia gościem był Radek Majdan. Chciał ode mnie szluga, ale musiałem mu skręcić, więc chwilę to zajęło. Zaczęliśmy small talk i namówiłem go, żeby pokazał mi jeden z najbardziej legendarnych tatuaży w historii Polski, czyli portret Dody przerobiony na starego Indianina.

fot. Milena Liebe

Jaka jest twoja ulubiona kreskówka?

 

To jest najtrudniejsze pytanie na świecie. Ostatnio katuję South Park znowu. To jest nadal niesamowicie aktualne. Uwielbiam też Chojraka – tchórzliwego psa i Atomówki. W zasadzie cała ramówka Cartoon Network do momentu pojawienia się Mój kumpel z WF-u jest małpą była fantastyczna. Mam dość basicowy gust, jeśli chodzi o bajki. Nostalgia wygrywa.

 

Pytam, bo w wielu twoich projektach pojawiają się postaci z kreskówek.

 

Szukałem patentu, który pomoże mi się wypromować. Ludzie łatwiej identyfikują się z postaciami i obrazami, które znają. „Pikachu jarający zioło? Kocham Pokemony i zielsko, jedziemy z tym”. I tak to poszło.

 

Wspominałeś o zmęczce spowodowanej zamówieniami na dziary Lil Peepa. Pamiętam, że jednak byłeś megawkręcony w niego.

 

Nadal jestem. Ale poziom cringe’u, który narósł wokół jego postaci, jest nie do zniesienia i coraz trudniej mi się go słucha. Z Nirvaną pewnie wiele osób miało podobnie w latach 90.

 

Zrównałbyś Peepa z Cobainem?

 

Jasne. Każda generacja ma swojego Chrystusa. Każdą generację definiuje ten jeden ziomek, który dla niej ginie. Tak samo było z Hendrixem. Oni wszyscy się dla nas poświęcają i to jest ważne. Tylko wszystko jest stopniowo upraszczane. Śmierć Lil Peepa wydawała się sygnałem do przemyślenia swojego stosunku do narkotyków wśród wielu ludzi. A popyt na xanax tylko rośnie, a Peep wchodzi do kanonu Disney Channel. Do tego dochodzą wytwórnie, które będą próbowały wydoić, co się da, z jego nagrań, równocześnie kreując jego wizerunek pośmiertnie.

 

Zestawienie go z Hendrixem, Cobainem i Chrystusem będzie dla niektórych, a może dla wielu, kontrowersyjne.

 

Ja serio nie widzę zbytnich różnic. Wszyscy mieli swoich followersów, mówili ważne rzeczy i definiowali pokoleniową stylówkę. Jezus też był cool. Brody i sandały nadal powracają do kanonu. Wszystko jest kwestią wyobrażenia dla danego pokolenia i tyle. Nie uznaję Chrystusa jako postaci historycznej. Obejrzałem Zeitgeist, jak miałem dwanaście lat, i wiem co trzeba, hehe.

 

Pamiętam, że przed zajawką na trap interesowałeś się zupełnie innymi klimatami.

 

Wiadomo. Słuchałem The Cure, jarałem się postpunkiem i ubierałem się właśnie w tym klimacie. Potrzebowałem identyfikacji i poczucia należenia do subkultury. Jednak trochę mi przeszkadzało, że bujałem się z samymi staruchami. Potem poznałem Yung Leana, w którego się mega wkręciłem, i doszedłem do wniosku, że duchowo jest to to samo, czym się jarałem, tylko podane w innej formie. Trap, grunge i punk są dla mnie spokrewnione. Muzycznie trap się jednak kończy. Peep, Sheck Wes i Playboi Carti to ostatni artyści, którzy wnieśli coś nowego, moim zdaniem. Ostatnio znowu zacząłem słuchać The Jesus & Mary Chain.

 

Jak mieszkałeś w Londynie kilka lat temu, to grałeś w kapeli mocno zainspirowanej właśnie tym zespołem, prawda?

 

Koło 2010 roku byłem potwornie wkręcony w The Horrors. To był mój jedyny psychofański przelot w życiu. Obchodziło mnie, gdzie ci goście kupują ciuchy itd. Będąc na Malcie, dowiedziałem się z Facebooka, że zespół brata wokalisty Horrorsów szuka basisty. Rzuciłem robotę i poleciałem do Londynu na przesłuchanie. Przyjęli mnie w momencie, w którym zaczęli robić jakieś zamieszanie. Sesje zdjęciowe już były ogarnięte, duży materiał w NME zaplanowany. Przez pierwsze trzy miesiące było fajnie. Potem zrobiło się nudno. Byłem Polakiem, który gra na basie w brytyjskiej kapeli, i nikogo nie obchodziłem oraz nie miałem okazji, by cokolwiek powiedzieć, więc stwierdziłem, że to pierdolę. To wszystko brzmi jak superprzygoda, ale panował dziwny klimat. Jacyś ludzie każą ci się ubierać wyłącznie na czarno i nie uśmiechać się do zdjęć. Jak wróciłem do Warszawy, wiedząc, że nie zrobię kariery w muzyce, to musiałem się odnaleźć na nowo i zainteresowałem się dziaraniem właśnie. Zazdrościłem gościom, którzy cały dzień jarają zioło i rysują.

 

Jaki masz teraz stosunek do marihuany?

 

Palę codziennie i nie wstydzę się tego. Nie jestem za legalem. Wszystko, co staje się legalne, przestaje być fajne. Legalne zioło byłoby też opodatkowane, więc jebać to. W Londynie i Berlinie jest OK. Zielsko nie jest tam legalne, ale jak sobie zapalisz w parku, to nic się nie stanie, jak jesteś grzeczny. Jaka jest różnica między tym, że ja wyjaram sobie dwa gibony w ciągu dnia, a ktoś wypije dwa browary lub więcej? Dla mnie żadna.

fot. Milena Liebe

Myślałeś o zostaniu raperem?

 

Miałem nawet propozycje od paru znajomych artystów, żeby coś zrobić. Choćby dla beki. Ale to trochę za dużo dla mnie. Wolę mieć punkowy zespół lub robić noise’y. Trapy są trochę zbyt ograniczone w konwencji jak dla mnie. Myślę, że każdy mógłby na podstawowym poziomie to ogarnąć, ale zostawiam to pole Hewrze czy innym ogarniającym graczom. Tyra mnie trochę rozpoznawalność i to, że ludzie zadają mi jakieś intymne pytania. To jest stresujące i nigdy nie wiem, co powiedzieć. Jakbym był raperem, to by było sto razy gorzej.

 

W ostatnich latach w Warszawie mieszkałeś w ziperskich miejscach. Przy Dworcu Wileńskim i na Gocławiu. Taki klimat cię kręci?

 

Nie. Jest taniej po prostu. Nienawidziłem mieszkać na Wileńskim. Na Gocławiu mieszkam na strzeżonym osiedlu i nie mam z tym problemu.

 

Jakie masz plany?

 

Kupiłem trochę sprzętu do robienia muzy, raczej noise’owej. Robię czasem ruchy z Galerią Śmierć Frajerów. Malowanie i wystawianie prac sprawia mi megaprzyjemność. Chcę iść w tym kierunku, ale na razie nie potrafię odmawiać robienia dziar. Chciałbym robić te same rzeczy, które robię, ale pokombinować trochę z proporcjami. Żadnej „normalnej” roboty, żadnego brania ślubu i dzieci. Jest OK, jak jest.

WIĘCEJ