#JestemPrzeciwTransfobii

Od wielu lat Polska staje się domem także dla ludzi zza wschodniej granicy. Dla osób transpłciowych przeprowadzka ma dodatkowy aspekt – urzędowego procesu uznania tożsamości, który może się ciągnąć ponad miarę. Tim Valther przyjechał z Białorusi, jest współwłaścicielem barber shopu Margines, w którym panuje totalna inkluzywność. Rozmawiamy o różnicach w procesie tranzycji między Polską a Białorusią, a wnioski nie są wcale tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Tim jest pełen dobrej energii, a brak empatii, który go spotykał, przekuł na działanie na rzecz poprawy losu innych.

Cofnijmy się trochę w czasie. Jak dotarłeś do swojej tożsamości?

To była długa droga. Od kiedy miałem 5-6 lat, nazywałem się męskim imieniem, nie utożsamiałem się z dziewczynami, wolałem stereotypowo chłopięce zabawki. Kiedy miałem 16 lat, pojechałem na obóz letni do Mariupola, gdzie były dzieci z różnych krajów. Tam poznałem dziewczynę, z którą podzieliłem się swoimi uczuciami. Mówiłem, że dziwnie się czuję, że nie podobają mi się faceci… Ona mi wytłumaczyła, że można być biseksualnym, lesbijką, gejem. Wtedy nie pojawiło się jeszcze określenie trans. Poczułem ulgę, bo nie wiedziałem o co chodzi, myślałem, że dzieje się ze mną coś dziwnego. Wtedy po prostu stwierdziłem, że jestem biseksualny. Później wszystko działo się powoli, nie było gwałtownych zmian, że nagle czułem się inaczej. Stwierdziłem, że nie podobają mi się chłopaki, tylko dziewczyny. Spytałem matkę o to, jakby zareagowała, gdybym był lesbijką. Odpowiedziała, że nadal będę jej dzieckiem, które będzie kochać. To było takie przyjęcie do wiadomości, nawet nie akceptacja. Nikt mi nic nie utrudniał, ale u mnie w rodzinie takich tematów, jak seksualność czy tożsamość, się nie porusza. Przez jakiś czas myślałem, że jestem lesbijką i było mi z tym dobrze, chociaż zdarzały się momenty samotności. Dowiedziałem się o klubach, poznawałem ludzi, bo okazało się, że jest więcej takich osób. Kiedyś spotkałem swojego ex, który utożsamiał się jako osoba transpłciowa i niebinarna, nie chciał się w ogóle odnosić do żadnej płci. Nie byłem już wtedy pewien, że jestem lesbijką, bo nie utożsamiałem się w ogóle z byciem dziewczyną. Czasami mówiłem w męskich zaimkach, czasami w damskich. Dziwnie się z tym czułem, uważałem, że nie mogę się zdecydować i mówiłem sobie: zdecyduj się wreszcie na coś! 

Czy czułeś też presję zewnętrzną, takie wypowiedziane lub milczące ciśnienie na przejście w stronę którejś z binarnych płci?

No świat w ogóle jest bardzo binarny i ludzie lubią szufladkować. Ale nie podchodzę do tego tak, że chcę się do tej szufladki wcisnąć, ale nie chcę też w ogóle nad tym się zastanawiać, szczerze mówiąc. Oczywiście, w czasie dorastania to było ważne, bo chciałem się dowiedzieć, kim jestem i kto mnie pociąga w ogóle. Co jest ważne w życiu każdego człowieka, żeby wiedzieć na co zwracać uwagę, wiedzieć, co jest dla ciebie ok, a co nie. Więc w pewnym momencie stwierdziłem, że nie będę się określał i kropka. Wtedy zacząłem używać różnych zaimków i określiłem się jako gender fluid. Pomógł mi w tym też mój były, który mi powiedział, że tak też może być, że to jest normalne, że można być osobą niebinarną. Można powiedzieć że jego praca ze mną, jego edukacja, dzielenie się swoją wiedzą – bardzo mi pomogły zaakceptować siebie i zacząć bardziej siebie poznawać. Wcześniej bałem się tego, że nie jestem binarny, że nie umiem się określić. Natomiast po jakimś czasie, jak się rozstaliśmy, ja już w ogóle nie czułem siebie. Nie wiedziałem kim jestem tak naprawdę, czy kobietą, czy mężczyzną… To był dość ciężki okres.

Jak wyglądał wtedy dostęp do materiałów edukacyjnych? Czy na Białorusi działały jakieś organizacje, do których mogłeś się zgłosić ze swoimi tożsamościowymi problemami?

Jakaś działalność była, ale musiałem się trochę naszukać, żeby coś znaleźć. Był taki magazyn Makeout, który teraz nie istnieje. Tworzyło go z osiem osób, niektóre z nich znam osobiście. Zresztą siedziały po protestach w więzieniu Okrestina. Ten magazyn był prowadzony od lat i wtedy, te 5-6 lat temu, był jedynym punktem, w którym mogłem czegoś się dowiedzieć. Był jeden prawnik, który mógł coś doradzić, jeśli chodzi o takie sprawy. Kiedy przyszedłem na pierwsze spotkanie z nim, to było nas z cztery osoby. Krok po kroku opowiadano nam, jak dokonać tranzycji na Białorusi.

W Polsce wciąż nie mamy kompleksowej ustawy, która regulowałaby proces tranzycji, nie mówiąc o upiornym procesie pozywania własnych rodziców. Czy możesz naświetlić, jak to wygląda na Białorusi? Rozumiem, że przeszedłeś tranzycję tam?

Tak, zresztą tranzycję zacząłem dzień przed przeprowadzką do Polski. Powiedziałem sobie: dobra, muszę to zrobić, bo to mi przeszkadza. I akurat następnego dnia wyjechałem do Polski. Na Białorusi jest ustawa, która reguluje krok po kroku, co musisz zrobić, jak to będzie wyglądać, jakie badania trzeba zrobić i plus minus ile ten proces trwa. Widzisz jasno wyniki swoich działań. Wystarczy wejść na stronę Ministerstwa Zdrowia i tam się pobiera dokument, w którym jest wszystko napisane wprost: jaki artykuł, jaka ustawa, co muszą zrobić lekarze. To jest dosyć proste, składa się to z czterech kroków. Jest jeden seksuolog na całą Białoruś, do którego trzeba przyjść i który zajmuje się procesem tranzycji. Czyli tylko on może cię prowadzić, zbierać twoją dokumentację i zgłosić cię na międzyresortową komisję lekarzy, którzy pozwolą, albo nie pozwolą, zmienić ci dane. Nie ma innych placówek, jest po prostu jeden lekarz, do którego wszyscy idą, nieważne, w jakim mieście mieszkają. 

Czyli to duży problem?

Teoretycznie tak, ale Białoruś nie jest aż taka duża. Z Mińska można dojechać do każdego końca kraju w cztery godziny, więc uważam, że to nie jest tak naprawdę problem. W Polsce z tranzycją jest dużo większy problem. Jest dużo momentów, w których trzeba iść do lekarza i wydać ogromne pieniądze na to, żeby przyspieszyć proces, który podstawowo, na NFZ, może trwać nawet kilka lat. 

Oceniając na podstawie własnych doświadczeń, uważasz, że białoruski proces tranzycji jest o wiele bardziej usprawniony, niż ten polski?

Tak uważam. 

W Polsce sporą bolączką jest włączanie w sądowy proces uzgodnienia płci rodziców, a przez jakiś czas w przeszłości – o ile to dotyczyło danej osoby –  również małżonka i dzieci. Czy rodzina jest w jakikolwiek sposób czynnikiem w białoruskim procesie tranzycji?

Rodzina absolutnie nie gra żadnej roli. Wiadomo, jeśli nie masz 18 lat, potrzebujesz oświadczenia rodziców, że nie mają nic przeciwko. Ale nie znam żadnej osoby, która robiłaby to przed 18. rokiem życia. Tutaj, w Polsce, jest dużo nastolatków, osób bardzo młodych, które już zaczynają brać hormony, robić operacje, zaczynają poznawać swoją tożsamość dużo szybciej niż rówieśnicy na Białorusi. Pewnie to zasługa większej edukacji w społeczeństwie. Na Białorusi tej edukacji nie ma. Pamiętam, że jedynym kontekstem, w którym słyszałem cokolwiek o gejach i lesbijkach, była książka o dojrzewaniu, którą dali mi w prezencie rodzice na 11. lub 13. urodziny. Tam było jedno malutkie zdanie, że są jeszcze osoby, które czują pociąg do tej samej płci, nazywają się geje i lesbijki. Koniec. Aktywiści z Makeoutu sprowadzali książki z Rosji i Europy. 

Podniosłeś kwestię materialnego kosztu tranzycji w Polsce. Czy białoruska służba zdrowia refunduje ten proces w jakikolwiek sposób?

Ogólnie, pieniądze wydajesz głównie na przejazdy do lekarzy. To nie są zwykli lekarze, tylko jacyś doktoranci, z wieloletnim doświadczeniem, przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia, jednym słowem bardzo poważne osoby, do których idzie się z bardzo ciężkimi przypadkami zdrowotnymi. Do tego ci lekarze nie siedzą w stolicy, tylko zazwyczaj powiedzmy w jakimś szpitalu wojskowym, 40 kilometrów od centrum. Inni przyjmują raz w miesiącu i tylko w określonych godzinach, na które się zbiera często po kilkadziesiąt chętnych. Od seksuologa dostajesz z sześć skierowań do takich lekarzy i zaliczasz po kolei. Plus podstawowe badania typu morfologia, hormony, tarczyca, etc. Kariotyp nie jest pierwszy na liście podstawowych badań i trzeba za niego zapłacić, ale to nie kosztuje tyle, co tutaj, czyli około 400 złotych. Na Białorusi wyniosło mnie to jakieś 15 dolarów. Kiedy to robiłem, mieszkałem już w Polsce i musiałem tam jeździć. Ale w trakcie jednej takiej wizyty robiłem wszystkie badania i endokrynologa, a w trakcie następnej robiłem wszystkich innych lekarzy, bo do nich się trzeba było zapisywać. Różnica jest taka, że tutaj, w Polsce, dosłownie po dwóch – trzech wizytach u lekarza można już dostać opinię z diagnozą f.64.0 (transseksualizm – błędnie!) i to wystarczy, żeby dostać hormony. Robiąc wszystkie potrzebne badania, ten proces może zająć maksymalnie około dwóch miesięcy, może nawet szybciej, tego nie wiem. A na Białorusi musisz się odznaczać u seksuologa, co trzy miesiące w ciągu roku. Czyli masz rok na to, żeby zrobić dosłownie wszystkie badania, podpisać wszystkie skierowania, odhaczyć szpital psychiatryczny. Trzeba poleżeć tam stacjonarnie, żeby lekarze, obserwując cię, stwierdzili, że nie jesteś chory psychicznie, wypełniasz parę ankiet. Dopiero po tym czym możesz zostać skierowany na komisję.

Co to znaczy poleżeć? 

Po prostu sobie poleżeć – zadzwonić, powiedzieć: mam skierowanie, muszę u was pobyć przez jakiś czas. 

Ile trwał twój pobyt?

Ja już wtedy mieszkałem w Monachium, więc mój pobyt był krótki. Miałem dwa tygodnie na załatwienie tego szpitala (otrzymanie dokumentu, że byłem na obserwacji i że wszystko jest ok) i dwóch innych lekarzy. Zazwyczaj to wygląda tak, że osobom transpłciowym dają osobny pokój, w którym jest telewizor, lodówka i tak sobie leżą. Są 3-4 wizyty lekarskie. U endokrynologa, badanie krwi, morfologia, tomografia mózgu, EKG i tyle. Tak naprawdę, nic tam nie robisz. Po prostu leżysz, książki czytasz. Ja miałem na to wydzielony czas, więc powiedzieli mi, że nie mają jednoosobowych pokoi. Zaproponowali mi taki ogólny pokój, wspólny i zapytali, czy nie będzie problemem, że będę leżał z kobietami, bo raczej mnie nie mogą dać do mężczyzn. Było ciężko. Byłem przytłoczony psychicznie, nie udało mi się nawet książki poczytać, ani słuchać muzyki. To było tak męczące, że ciągle spałem i siedziałem w internecie. To był czas, który strasznie mi się dłużył. Myślałem, że coś mi się uda zrobić – uczyłem się wtedy niemieckiego – ale się nie dało. 

Jak jest umotywowana ta hospitalizacja w trakcie procesu tranzycji? Co ma być jej efektem?

Udowodnienie, że byłem pod obserwacją, że zrobiono mi tomografię mózgu, że jestem adekwatny… W Polsce jest głębiej, robią ci testy, sprawdzają, czy nie masz zaburzeń psychicznych itd. Tam miałem jakieś ankiety na 500 pytań, było to ukierunkowane na wykrycie zaburzeń psychicznych. Pytania w większości brzmiały tak, jakby próbowali mi wleźć w gacie. Leżysz, nikt ci nic nie utrudnia, tylko rób, co ci każą. U mnie była taka umowa z dyrektorką, że jeśli ktoś mnie pyta, dlaczego leżę, to mam powiedzieć, że mam stany lękowe, myśli depresyjne itd. 

Z perspektywy czasu, czy oceniasz to doświadczenie tranzycji jako, powiedzmy, humanitarne? Pewnie też rozmawiałeś z osobami z Polski o ich doświadczeniu.

Oceniam to tak, że na Białorusi jednak ten proces jest uzgodniony z prawem, jest to dosyć łatwe. Pobierasz ten dokumenty, idziesz do lekarzy i robisz wszystko dosłownie krok po kroku. Nikt ci tak naprawdę nic nie utrudnia. Oni nie rozumieją cię jako osoby, nie włażą ci do głowy, ale robią swoje. Przychodzisz do nich z konkretem, mówisz: potrzebuję tego i tego. Nikt cię nie ocenia. Tutaj w Polsce to się strasznie komplikuje. Miałem taką myśl i też rozmawiałem z aktywistami, prawnikami, jak można to ułatwić. Może warto by było wziąć tę ustawę z Białorusi i ją przetłumaczyć – znaleźć podobne artykuły i podstawy prawne, bo sprawa jest w zasadzie taka sama, zmieniają się tylko cyferki, numery paragrafów. Na Białorusi wygląda to tak, że przez pierwszy rok musisz chodzić do lekarza, dopiero po roku, jeśli masz wszystkie dokumenty, lekarz je zbiera i zgłasza cię na komisję. Która pozwala, albo nie pozwala na tranzycję, ci lekarze pytają o to, kim jesteś. Musisz sprawić na nich dobre wrażenie: jak jesteś mężczyzną musisz dobrze się trzymać, fajnie jest być w stałym związku z kobietą, wziąć ślub, ale warto nie chcieć mieć dzieci. Tak samo z kobietami: dobrze widziane jest się rozpłakać, bo to ich zdaniem jest kobiece. Na tę komisję czekałem półtora roku i zbierają się na nią wszystkie osoby, które chcą zmienić dane. Wtedy było nas z 30. Tak, jak na egzaminie troszkę. Potem, jak dostajesz to pozwolenie, zmieniasz dane na nowe i jeśli chcesz iść dalej, czyli dostać hormony, to jeszcze przez rok funkcjonować z nowymi danymi. Co jest zresztą trudne, bo np. osoba wygląda inaczej, niż wskazywałyby na to dane . U mnie tak nie było, bo już wtedy byłem na hormonach, załatwiłem to od ręki, przez Moskwę, przez organizację, która pomaga osobom transpłciowym. A tu, już w Warszawie, poszedłem do endokrynologa, który pomógł mi kontynuować terapię. Jeśli już mówimy o operacjach, to są refundowane – przynajmniej na pewno wiem, że u osób FtM (female-to-male). Jedynka, czyli mastektomia, jest refundowana w 100%, dwójka, czyli działanie z narządami płciowymi wewnętrznymi, jest też refundowana, ale nie pamiętam w jakim stopniu. Myślę, że u transkobiet hormony mogą być refundowane, ale nie potwierdzę tego, dawno się tym nie interesowałem. Ogólnie powiem tak: łatwiejszy proces jest na Białorusi, szybszy w Polsce. Dla osób z zagranicy, które przeszły tranzycję u siebie w kraju i sprowadziły się do Polski, jest to dosyć kosztowny proces. W tym momencie od półtora roku próbuję zmienić dane, mimo, że mam podstawowy dokument z białoruskiego urzędu stanu cywilnego i mimo tego, że to jest tylko wzmianka w akcie urodzenia. Sąd nic nie zrobił z tym, nie potwierdził mi tego dokumentu, tak samo urząd stanu cywilnego. Półtora roku próbowałem coś z tym zrobić: przeczytałem wszystkie artykuły, były konsultacje z milionem prawników, pytałem w różnych organizacjach. Ludzie mi powiedzieli to, co już wiedziałem, co robiłem i to nie działało. Może uda mi się w końcu je zmienić. Ale nadal jestem w trakcie działań i nie wiem, kiedy to się skończy Ale powiem ci, że to zżarło strasznie dużo mojego czasu i pieniędzy.

W Polsce dużo się mówi o tym, że w dokumentach jest tylko wzmianka o zmianie, a nie właściwa zmiana aktu urodzenia, to spory problem dla osób transpłciowych. Ten ślad w dokumentach o życiu, które nie było tej osoby, tak naprawdę. Jak jest na Białorusi pod tym względem?

Z tego, co wiem, taki ślad nie zostaje. Aczkolwiek, o ile w pełni się zgadzam, że w takich administracyjnych dokumentach taki ślad to problem, to z przyczyn zdrowotnych lepiej, żeby ten ślad zostawał w dokumentacji medycznej. Ze zdrowiem mogą dziać się różne nieprzewidziane rzeczy, więc pełen obraz sytuacji jest potrzebny.

Chciałbym na moment odrobinę cofnąć się w czasie. Jak na decyzję o tranzycji zareagowało twoje najbliższe otoczenie?

Wyglądało to tak, że wtedy kończyłem już uniwersytet. Nie za bardzo się afiszowałem, miałem tam jakiś znajomych – dosłownie 2-3 osoby – które o mnie wiedziały, dzieliłem się z nimi tak trochę swoimi uczuciami. Wtedy nie do końca wiedziałem, że to jest transpłciowość. W pracy, w ostatnim miejscu, w którym pracowałem na Białorusi, stwierdziłem, że się już przedstawię jako ja. Przyszedłem do pracy jako barman, pogadałem z nimi, powiedziałem, że jestem Tim i czuję się mężczyzną. Pytali mnie tylko, czy to nie będzie przeszkadzać w mojej pracy, czy nie będzie problemu. Ale problemy się pojawiły… Był jeden skandal, po którym stwierdziłem, że stamtąd odchodzę, zresztą nawet mi się nie udało odejść, bo mnie zwolnili. Trochę bezprawnie, ale wtedy nie zależało mi na tym za bardzo, nawet nie wiedziałem, że mogę ich pozwać. Zwolnili mnie na podstawie reakcji jednej klientki. A miejsce było luźne, kolektyw był fajny. To było jedno zdanie klientki, która napisała, że bar, czyli praca, nie jest miejscem do pokazywania swojej tożsamości. Brzmiało to tak, że rób swoje, nikogo nie obchodzi kim jesteś, wyglądasz jak laska, bądź laską. Okazało się, że ta klientka jest psychiatrką. Zrobiła całego posta na Facebooku, trzysta komentarzy, ludzie zaczęli rozgrzebywać moje życie prywatne, sprawdzać kim jestem. To nie była ocena mojego profesjonalizmu, tylko mnie jako osoby. Zresztą pokazał mi to znajomy, że już wszyscy mnie kojarzą. Parę dni później, z dnia na dzień, powiedziano mi, że dzisiaj będzie mój ostatni dzień w pracy. Ta kobieta później została pozbawiona licencji lekarskiej, bo ujawniła w internecie – też takim postem – dane swoich pacjentów. 

Czyli jakaś drobna sprawiedliwość się odbyła.

Karma wraca. 

A czy docierają do ciebie jakieś jaskółki zmian w podejściu do osób LGBTQ+ na Białorusi?

Coś tam pewnie jest, coś się pojawia, więcej osób się otwiera, ale działacze są zamykani, albo już są w Berlinie lub gdzieś tam. Niestety, to wszystko się zamyka, jak wolne media w Rosji. Plus minus tak to wygląda. A w Polsce… W 2018 roku myślałem, że tu wszystko jest super, że mogę rozmawiać o swojej tożsamości swobodnie. Zaczynasz się później dowiadywać o politycznych problemach, o problemach społecznościowych i oczywiście teraz, porównując teraz z 2018 rokiem, widzę, że to wszystko się pogarsza.

W dużym stopniu się zgadzam, ale mam nadzieję, że się odbijemy. 

Ja też mam taką nadzieję. Ze swojej strony też próbuję coś zrobić. Mam swoje miejsce dla osób queerowych – nie wyłącznie, to jest barber shop dla wszystkich – Margines. Dla osób transpłciowych, niebinarnych, osób, które nie chcą się określać, które chcą odpocząć od kultury macho, które chcą tworzyć społeczność. Teraz pracuje u nas osoba z Ukrainy, która dosłownie kilka dni temu uciekła z kraju. Staramy się pomagać ogólnie ludziom, ja też strzygę osoby w kryzysie bezdomności w Sercu Miasta. Działamy na rzecz wszystkich, nie tylko naszej społeczności.

 

Tekst powstał w ramach 2. edycji akcji społecznej Kampanii Przeciw Homofobii #JestemPrzeciwTransfobii wspieranej przez Poptown.eu.

www.kph.org.pl

WIĘCEJ