The Suicide Squad: wszystkie odcienie amerykańskiego imperializmu

Film Jamesa Gunna to świetna rozrywka znaczona problematyczną rysą.

The Suicide Squad, czy w polskiej wersji Legion Samobójców: The Suicide Squad – bo oczywiście, że musimy powtórzyć również angielski tytuł, inaczej nikt by nie zrozumiał – to kapitalna rozrywka. James Gunn dostał od studia Warner Bros wolną rękę i tę okazję wykorzystał fenomenalnie. Pierwszy Suicide Squad z 2016 był koszmarkiem polepionym z oczekiwań decydentów studia i efektów niezbyt fortunnych, wczesnych pokazów dla publiczności. Nazwany tak samo, czyli zrebootowany film z tego roku udowadnia, że w temacie kina superbohaterskiego da się jeszcze powiedzieć coś odświeżającego. Ale seans, choć satysfakcjonujący, pozostawia pewne dziwne wrażenie, od którego trudno się opędzić. No cóż, imperializm robi to z ludźmi.

Mówiąc szczerze, na etapie kompletnego przegrzania i kreatywnego bankructwa Marvela na dużym ekranie (Black Widow to nudny rysunek od linijki), jedyną drogą kreatywnego wyjścia są właśnie takie subwersywne produkcje. Do nowego Suicide Squad dorzuciłbym jeszcze genialne The Boys Invincible: było już trochę twórczości silącej się na realistyczne oddanie nadnaturalnych istot, ale chyba najbardziej przekonująco wypada ta prezentująca je jako psychopatyczne siły bez zahamowań. Film Gunna jest zabawny, ale siła jego humoru tkwi nie w męczącym barażu dialogowych dowcipów, a bardziej feerii sytuacyjnych i fizycznych gagów, często podszytych brutalnością. The Suicide Squad jest absolutnie okrutnym filmem, a ekranowa rzeźnia jest pomysłowa i działa za każdym razem. Humor zasila nawet sam charakter ekipy zebranej przez Amandę Waller: zamiast napompowanych byczków z kosmosu i mitologii mamy tu zestaw kuriozów i życiowych niewypałów. Niestabilną, infantylną i psychopatyczną mieszankę osobowości z najgłębszych komiksowych kazamatów. Nie czujemy do niej sympatii, bo nie o to tu chodzi: to ekipa sprzątająca po amerykańskich fuckupach. Ten wątek krytyki imperializmu Wuja Sama jest ciekawy, ba, przez sporą część filmu stanowi mocną oś tematyczną i fabularną. To byłby dobry kontrast do filmów Marvela, które w najlepszych przypadkach starają się ten imperializm uzasadniać (Winter Soldier), w najgorszych są ordynarną wojskową propagandą za kasę z Departamentu Obrony (Captain Marvel). The Suicide Squad pokazuje fikcyjne państwo, które było laboratorium do najgorszych eksperymentów na istocie, która przyleciała z kosmosu z amerykańskimi astronautami. Testowano też miejscową ludność, w tym dzieci, wszystko w imię wyścigu zbrojeń. To ostra krytyka militaryzmu i nieetycznych działań armii i rządu USA, szkoda, że zatrzymana w pół kroku.

The Suicide Squad nie kończy się ujawnieniem nadużyć – choć wydawało się, że wszystko do tego zmierza – znowu (anty)bohaterowie i (anty)bohaterki ratują dzień. Amerykańskie przewiny zostają rozgrzeszone krwawą hekatombą, jaką wielka rozgwiazda urządza miejscowej ludności. Ekipa Waller powstrzymuje zagrożenie i wszystko jest cacy. Pal sześć, że zniszczenie miasta i tysiące ofiar istoty z kosmosu są wprost wynikiem imperialnej polityki USA, co film zdaje się rozumieć do któregoś momentu. Postać grana przez Idrisa Elbę kupuje immunitet dla córki za cenę utajenia prawdy. To trzeźwiący moment, ale zgubiony w hałasie triumfalnych fanfar. Czy to James Gunn, czy Warner Bros, ale ktoś zdecydował, że finał musi być konwencjonalny. A podstawową konwencją najpopularniejszych mediów superbohaterskich jest pochwała amerykańskiego imperializmu i ekscepcjonalizmu. Nie inaczej jest tutaj, choć tym razem wiele wskazywało na to, że obejrzymy coś na wskroś unikalnego. Niestety, fikcyjne państwo Corto Maltese, w komiksach DC stworzone ze stereotypów na temat latynoskich dyktatur, od samego początku sugeruje, że znowu odgrywamy ten sam spektakl. Zła wojskowa junta robi przypał, dobrzy – chociaż w tym wypadku jednak źli – bohaterowie ratują biednych ludzi. Piszę ten tekst w momencie, w którym w realnym świecie Afganistan ponosi koszmarne konsekwencje amerykańskiego imperializmu. Kraj rzucony w chaos przez idiotyczną wojnę, stoczy się jeszcze głębiej w ciemność. Nie oczekuję po kinie rozrywkowym wielkich deklaracji i krytycznych ocen rzeczywistości. Ale jeśli ktoś już wykonuje krok w tę stronę, to lepiej, żeby był konsekwentny. Inaczej żadne ogromne rozgwiazdy z kosmosu i imponujące wybuchy głów nie pomogą w opędzeniu się od wrażenia, że coś tu jest grubo nie tak. The Suicide Squad byłby moim ulubionym filmem superbohaterskim, gdyby nie ta zadra: poza nią zgadza się tu niemal wszystko, a taka scena ucieczki Harley Quinn z disneyowskimi ptaszkami towarzyszącymi masakrze to coś, co można oglądać w kółko i nie znudzić się przez długie godziny. Jamesowi Gunnowi życzę więcej konsekwencji w sequelu, bo że taki powstanie, to raczej pewne.          

WIĘCEJ