Terroryści w Polsce już są – za kółkiem. Jak możemy ich powstrzymać?

Ty także możesz obdarzyć swoich bliskich odrobiną zdrowego car shamingu.

Zaledwie kilka dni temu ujawniono, że po wprowadzeniu w czerwcu nowych przepisów o pierwszeństwie dla pieszych liczba wypadków i ofiar śmiertelnych na polskich ulicach znacząco spadła. Znacząco, co nie zmienia faktu, że liczby są zatrważające – do końca sierpnia, czyli w trzy miesiące, zginęło 28 osób, a 416 zostało rannych. Choć rządzący straszą szturmującymi polskie granice terrorystami, to ryzyko, że zostaniemy zabici na pobliskim przejściu dla pieszych jest nieporównywalnie większe niż jakikolwiek zamach. Nieporównywalnie trudniejsze jest też powstrzymanie ulicznych radykałów, bo wygodnie rozsiedli się w mediach i nie cofną się przed niczym, by w imię pseudowolności zachwalać niezbywalny dar cywilizacyjny, jakim jest samochód. 

W mediach społecznościowych w tym tygodniu echem odbiła się sprawa gościa weselnego influencerki Martyny Kaczmarek, który brał udział w zderzeniu czołowym, w którym zginęły dwie osoby. Już po wypadku adwokat miał mówić o zdarzeniu jako o zderzeniu bezpiecznego samochodu z trumną na kółkach. Od jego wypowiedzi odcięła się nawet sama influencerka, która wcześniej zauważyła jednak, że jej przyjaciele przeżyli, bo mieli auto wysokiej klasy, a ofiary jechały dwudziestokilkuletnim autem bez poduszek. Można to uznać za refleksję natury ogólnej, ale ma też w sobie ten znany posmak klasistowskiego poczucia wyższości, jakim elity za kółkiem karmią nas od lat. 

To nie wiek samochodu czy status materialny uczestników wypadku powinny dać nam do myślenia, ale tradycyjny napływ obrońców czterech kółek, przekonujących, że nie można obwiniać narzędzia za błędy kierowców. Ale etyczne problemy, związane z jazdą samochodem, wykraczają przecież poza wypadki śmiertelne – auta przyczyniają się do wiszącego nad miastami smogu czy emisji gazów cieplarnianych, a budowana dla nich infrastruktura zmienia miasta w smażalnie, napędzając zjawisko miejskiej wyspy ciepła. Hybrydy i elektryki mogą niektórym służyć za sposób na zagłuszanie wyrzutów sumienia, ale świata nie naprawią – zwłaszcza w krajach, w których tak jak w Polsce energię pozyskuje się głównie z paliw kopalnych. 

Gdy inne kraje europejskie, jak choćby Francja, z opóźnieniem, ale bez ociągania wyrzucają samochody z centrów miast i stają się coraz bardziej przyjazne, bezpieczne i ludzkie, w Polsce dostajemy influencerskie apele o kupno droższego auta, informacje o znanych osobach prowadzących po alkoholu albo żale prezenterki telewizyjnej, stojącej w samochodzie w korku, której najbardziej odpowiadałby chyba specjalny pas dla celebrytów. Zawrotnymi prędkościami na licznikach i zawartością garaży w mediach społecznościowych chwalą się podstarzałe gwiazdy takie jak Kuba Wojewódzki, wyznający kult posiadania w najbardziej nowoburackim wydaniu. 

Naukowcy, aktywiści i aktywistki od dawna mówią, że nie da się powstrzymać najgorszego klimatycznego scenariusza bez porzucenia samochodów i przesiadki na rower czy komunikację publiczną. Mimo to “car shaming”, piętnowanie kierowców za szkody powodowane przez ich codzienne wybory, wciąż wydaje się w odwrocie – samochodziarze żyją spokojnie, w poczuciu lepszości, przynależności do grupy wybranych, zdystansowanych wobec ekologicznego i społecznego oszołomstwa. Klimatolodzy mówią, że odkładanie koniecznych zmian stylu życia na 2040 czy 2050 rok to najbardziej niebezpieczna forma globalnej prokrastynacji. W tym kontekście nie możemy już dłużej udawać, że codzienna jazda samochodem i przechwalanie się nią gdzie popadnie to cnota – usprawiedliwienia uprzywilejowanej kasty dobitnie o tym przypominają.

 

WIĘCEJ