Dlaczego SUPERFOOD to szatański wynalazek?

Superfood to nie tylko chia, spirulina, ostropestinne modne substancje, które wkładamy sobie do ust – to także zjawisko stanowiące zagrożenie dla ludzi i otoczenia. Zaskoczeni? Nie dziwię się – wszyscy kiedyś myśleli, że jest zupełnie na odwrót…

Aby lepiej poznać demoniczną naturę młodego jęczmienia, komosy i spółki, przyjrzyjmy się gruntowi, na którym wyrosły. I nie mam tu na myśli odkwaszonej gleby, a specyfikę czasów, w których żyjemy.

Pewnie zauważyliście, że jedzenie z miesiąca na miesiąc coraz mniej stanowi potrzebę fizjologiczną i sposób na zaspokajanie głodu, a coraz bardziej staje się elementem kultury, przy pomocy którego określamy siebie. Kiedy było „żarciem”, teraz mości się na piramidzie Masłowa dwa stopnie wyżej niż jeszcze kilka lat temu – na równi z poczuciem przynależności.

Jedzenie jest nową muzyką – ogólnoświatowym hobby i najlotniejszym tematem do rozmów. Tak samo jak muzyka, generuje subkultury. Wegetarianie, bezglutenowcy czy pasjonaci kuchni azjatyckiej są jak niegdysiejsi skejci czy metale – tworzą prężne społeczności skupiające się wokół wybranej idei, a wraz ze stylem jedzenia często przyjmują zestaw dopasowanych do niego poglądów. Kiedyś na koszulkach było Iron Maiden, teraz jest „I’m Vegan”, a w telewizji leci „MasterChef” zamiast „Idola”.

Obok nieustannie pogłębiającej się kulturowej funkcji jedzenia, drugą tendencją kształtującą zjawisko superfood jest zmniejszający się czas przesyłu informacji i dynamiczny rozwój technologii – znacznie szybszy niż nasz rozwój poznawczy. Mózg ewoluuje wolniej niż otaczające nas procesory. Jednocześnie ilość wiadomości, które docierają do nas przy pomocy technologii, jest tysiące razy większa niż kiedyś.

Bzdurą jest mówienie, że obecnie ludzie nie czytają – czytają bez przerwy, ale nie książki, tylko statusy i wiadomości na Facebooku, SMS-y, artykuły. Dowiadujemy się nieustannie wszystkiego o wszystkich, w czym bardzo „pomaga” nam telefon z dostępem do internetu, który niemal przykleił nam się do ręki – dziesięć lat temu nikt nie wyobrażał sobie, że podczas korzystania z toalety będziemy pobierać więcej danych z sieci, niż potrzeba było do wysłania pierwszych rakiet w kosmos. A każda z przyswojonych w ten sposób informacji, nawet mimochodem, jakoś nas dotyka.

Czujemy się tym przebodźcowani. Wydaje nam się, że nie możemy kontrolować otaczającego nas świata, więc uciekamy w kontrolowanie siebie samych. W ten sposób stajemy się nowoczesnymi ascetami – szkolimy się w odmawianiu, rezygnujemy z alkoholu, odstawiamy cukier, wstajemy na siłownię o 7:30, mimo że nie bardzo nam się chce. A wszystko to nie tylko dla zdrowia, ale też dla poczucia, że jesteśmy w stanie trzymać w ryzach swoje życie, nie marnujemy czasu i tworzymy lepszych siebie.

Połączmy teraz ze sobą dwa omówione nurty: żyjemy w epoce, gdzie to, co jemy, określa nas jako ludzi, specjalizujemy i snobujemy się w tematach kulinarnych. Zanim weźmiemy cokolwiek do ust, oglądamy to piętnaście razy, sprawdzamy. Jednocześnie otaczający nas świat zdaje się poza kontrolą – próbując nie zwariować z tego powodu, skupiamy się na różnego rodzaju wyrzeczeniach, przy okazji oczekując za nie nagrody w postaci lepszej sprawności, pamięci, niezniszczalnych nerek i błyszczących włosów.

I tu wkracza do akcji superfood – czyli nadjedzenie, mające tworzyć nadludzi – szybszych, mądrzejszych, mocniejszych. Dzięki bogactwu witamin i minerałów poprawiających pracę … (wpisać dowolny organ wewnętrzny) tworzy półbogów. Pozwala wyciągnąć z ciała wszystko, co się da, a nawet więcej. Panaceum na choroby cywilizacyjne, gwarantujące niemal nieśmiertelność. Brzmi pięknie, prawda? Tego właśnie potrzebujemy, my – kruche humanoidy uwięzione w wielkich miastach!

Niestety, wszystkie te właściwości kończą się szybko, bo już na etapie obietnicy. Produkty zaliczane do kategorii superfood mają taki sam potencjał leczniczy jak pospolite jabłko czy pomidor, a jedynym, co je odróżnia, jest to, że są kilkukrotnie droższe.

A wszystko to dzięki skutecznemu marketingowi. W jaki sposób z przeciętnych warzyw czy owoców zrobiono obiekty pożądania? Najlepiej pokazać to na przykładzie – stwórzmy własny superfood!

Na początek bierzemy dowolne, mało znane w Europie i Stanach Zjednoczonych warzywo, owoc lub zboże, rosnące naturalnie w Azji, Afryce lub Ameryce Południowej. Załóżmy, że będzie to tamarillo, inaczej pomidor drzewiasty, uprawiane m.in. w Kolumbii. Sprawdzamy jego wartości odżywcze – okazuje się, że zawiera m.in. witaminę A, która działa przeciwnowotworowo, wzmacnia układ odpornościowy, zapobiega zakażeniom, zabija wirusy i bakterie. Można zatem założyć, że spożywanie tego owocu wzmacnia naturalne bariery organizmu oraz zmniejsza możliwość zachorowania na raka. I w ten sposób zaczynamy go promować. Problemy z odpornością są obecnie dość powszechne, a rak to największa zmora naszych czasów, więc nie powinniśmy narzekać na brak odzewu.

Banalnie proste! Pieniądze same lecą importerom do kieszeni. Na sam koniec nikt nie zauważa, że witaminy A jest w tamarillo tak naprawdę pięć razy mniej niż w papryce z bazarku pod domem. Dzięki skutecznemu przekazowi marketingowemu i wykreowaniu mody ludzie uwierzą, że tamarillo ich zbawi.

Tak samo jak wierzyli, że lekiem na całe zło jest na przykład chia, ze swoim bogactwem kwasów omega-3. Meksykańskie ziarna mają ich rzeczywiście więcej niż łosoś, ale mniej niż nasze najzwyklejsze siemię lniane, którego nie trzeba sprowadzać z drugiego końca świata, generując ślad węglowy większy niż stopa Yeti. O superfoodach pochodzących z Ameryki Południowej czy Azji można powiedzieć dużo, ale na pewno nie to, że są ekologiczne – nietrudno się domyślić, jak wielkie zużycie paliw generuje ich transport.

Ale to nie wszystko. Oprócz drylowania kieszeni naiwnych klientów i zanieczyszczania powietrza, głównym problemem związanym z nachalnie promowanymi superfoodami są negatywne zmiany w lokalnych gospodarkach, ukryte pod płaszczem szybkiego zarobku.

Wyobraźcie sobie, że nagle cały świat szaleje na punkcie oleju rzepakowego i jego cudownych właściwości, ponieważ agencja śledząca trendy żywieniowe z Nowego Jorku skutecznie przedstawia go jako drogocenne źródło witaminy E. Stany Zjednoczone są gotowe płacić za nasze „płynne złoto” horrendalnie wysokie ceny, więc sprzedaż w Polsce przestaje się opłacać. Z najtańszego i najbardziej pospolitego oleju rzepakowy zmienia się w dobro luksusowe i korzystniej finansowo jest smażyć na oliwie czy nawet na maśle. W związku z ogromnym popytem zmienia się nasza gospodarka i krajobraz – producenci powiększają pola pod uprawy rzepaku, bo nagle zaopatrujemy w niego cały świat. A potem moda, jak każda, mija w mgnieniu oka. Numerem jeden staje się olej sojowy. Ceny rzepaku drastycznie spadają, zbudowana wokół niego infrastruktura staje się bezużyteczna i pozostaje tylko czekać na kolejny modny składnik, którym będzie można obsiać pola.

Mimo że trudno wyobrazić sobie taki scenariusz, rozegrał się na świecie naprawdę. I to wiele razy. Ogromny wzrost popularności quinoi sprawił, że w Peru, gdzie stanowiła codzienne jedzenie zwykłych ludzi, jest już poza ich zasięgiem finansowym. Eksport awokado, którego głównym producentem jest Meksyk (80% światowego rynku), wszedł już na stałe do „portfolio” tamtejszej mafii. Superfoody, na które popyt rośnie nagle i nienaturalnie, destabilizują lokalne gospodarki, które muszą dostosować się do ogromnego zapotrzebowania na dany produkt z dnia na dzień.

A jak superfood wpływa na jednostki? W dłuższej perspektywie drenuje organizm człowieka nawet mocniej niż jego portfel. W związku z modą na superjedzenie znacząca część społeczeństwa zaczęła cierpieć na ortoreksję – ciężką i jednocześnie bardzo cichą chorobę, którą trudno zdiagnozować, szczególnie u samego siebie.

Ortoreksja zaczyna się wtedy, gdy fascynacja „zdrowym” jedzeniem i strach przed tym „niezdrowym” zaczynają być obsesją. Nie bez powodu przymiotniki w poprzednim zdaniu ujęłam w cudzysłów. Często zapominamy, że zdrowie mamy jedno i sztywne dzielenie go na psychiczne i fizyczne jest bardzo wsteczne. Uczucia i emocje wpływają bezpośrednio na
pracę organów wewnętrznych, a zły stan tych drugich może generować złość lub lęk. To system naczyń połączonych. Wystarczy przypomnieć sobie, co dzieje się z naszym ciałem, kiedy czegoś się boimy – zaczynamy się pocić lub trzęsą nam się ręce, a przecież nie dlatego, że się uderzyliśmy lub nas przewiało – wpłynęło tak na nas coś, co wydawałoby się, że może dotyczyć tylko głowy. Podobnie jest z jedzeniem – aby faktycznie było zdrowe, musimy czerpać z niego przyjemność. Powinniśmy wsłuchiwać się w swoje zachcianki i spełniać je w granicach rozsądku – z reguły chcemy zjeść to, czego rzeczywiście nasz organizm potrzebuje. Jedzenie jest dla nas najlepsze, kiedy smakuje i cieszy. Nie może być źródłem stresu, jak to ma miejsce w przypadku ortoreksji.

Chory na tę przypadłość obsesyjnie kontroluje skład swojego jedzenia. Gustuje głównie w superfoodach. Wierząc w ich zdrowotne właściwości, stopniowo zastępuje nimi „normalne” produkty. Wyłącza ze swojej diety kolejne składniki uznawane za niezdrowe. Planuje posiłki przez kilka godzin dziennie tak, aby były jak najzdrowsze. Zaczyna unikać spotkań ze znajomymi i rodzinnych uroczystości, bo wie, że nie znajdzie na nich bezglutenowego, wegańskiego jedzenia bez cukru i tłuszczu. Woli zostać w domu. Zapomina, że spotkania z ludźmi, rozmowy i budowanie więzi społecznych, nawet przy tłustej pizzy, są dużo zdrowsze niż samotne jedzenie papki bez smaku.

„Zdrowie utrzymane przy pomocy restrykcyjnej diety to przykra choroba” – powiedział w XVIII wieku Monteskiusz, ten od trójpodziału władzy. Mądry człowiek. Jebać superfood!

WIĘCEJ