Smutny tydzień dla muzyki tanecznej

Żegnamy Paula Johnsona i Kelli Hand.

W krótkim czasie zza Oceanu napłynęły smutne wieści dotyczące legend muzyki house i techno. Najpierw, 3 sierpnia, pożegnaliśmy Kelli Hand aka K-Hand, legendę z Detroit. Miała 56 lat, przyczyna jej śmierci jest nieznana. DJ-ka i producentka uczestniczyła w pionierskim wykuwaniu brzmienia Detroit, głównie przez swój label UK House Music, później przechrzczony na Acacia Records. Muzyczne dziedzictwo Kelli Hand to siedem albumów i niezliczone single i epki wydane nie tylko we własnych wytwórniach, ale także m.in. w niemieckich !K7 Records i Ausfahrt, oraz w prowadzonym przez Ninę Kraviz трип. Tresor, label prowadzony przez kultowy berliński klub, umieścił ją na składance Detroit History. W 2017 roku rada miasta przyznała jej tytuł Pierwszej Damy Detroit. Hand przetarła wiele szlaków i walczyła z dyskryminacją na każdym kroku – jako czarna kobieta nie miała łatwo w zmaskulinizowanym świecie muzyki tanecznej. Jej sety to kapitalny przekrój przez różnorodne brzmienia techno i house’u – a z takim katalogiem za pasem zdarzało jej się grać wyłącznie własne produkcje.

W wieku 50 lat pożegnaliśmy także Paula Johnsona, znanego głównie z absolutnego klasyka house’u, „Get Down Down”. I owszem, wydany w 1999 roku hit był wielkim momentem dla muzyki tanecznej z Chicago – przebicie się na międzynarodowe listy przebojów to coś, co w house’owym undergroundzie zdarzało się rzadko – ale jego spuścizna jest o wiele większa. Od początku lat dziewięćdziesiątych wydawał niestrudzenie albumy i epki i był jedną z podpór legendarnej wytwórni Dance Mania. Naprawdę warto zagłębić się w jego katalog – „Get Down Down” to banger, jasne, ale Johnson ma na koncie dziesiątki lepszych numerów, szczególnie pod szyldem Dance Manii właśnie. Do tanecznej muzyki z Chicago wniósł m.in. bardzo charakterystyczną pracę z samplami i energię o jaśniejszej barwie. Historia DJ-a i producenta to również historia walki z przeciwnościami losu. Od 1987 roku, kiedy został postrzelony, poruszał się na wózku. W 2003 roku amputowano jego lewą nogę, a wypadek z 2010 roku pozbawił go prawej nogi. Johnson mimo tych tragedii parł naprzód, nagrywał myzykę i cisnął jedne z najlepszych house’owych setów, jakie usłyszycie. Odszedł 4 sierpnia po walce z COVID-19. 

To wielkie straty dla muzyki klubowej. Artyści i artystki z USA, reprezentujący hołubione w Europie nurty z Chicago i Detroit, nie mają w swoim macierzystym kraju łatwo. O ile międzynarodowe festiwale i kontynentalne kluby chętnie zapraszają kultowe osobistości amerykańskiego house’u i techno (szczególnie z Chicago i Detroit), tak za Oceanem często nie mają gdzie grać. Klubowe kultury USA i Europy różnią się drastycznie (w klubach Stanów Zjednoczonych dominuje EDM i hip-hop, a moda na big roomowe techno dopiero tam się rozkręca), a takie postaci jak K-Hand czy Paul Johnson zmagały się często z materialnymi trudnościami, szczególnie kiedy dochodziło do zdrowotnego załamania. O czym świadczą choćby liczne zbiórki na Johnsona w trakcie jego życia. Po śmierci tych dwóch fenomenalnych klubowych person, tym mocniej musimy dbać o legendy, które jeszcze żyją. Odsłuchiwać sety, naciskać na promotorów przy okazji europejskich tras, kupować płyty. To dość smutne, że to właśnie Europa musi zadbać o dziedzictwo kolebki muzyki tanecznej, ale amerykańskie procesy historiotwórcze są bezwzględne dla każdego, kto nie odniósł oszałamiającego sukcesu komercyjnego, szczególnie jeśli nie jest biały. A przecież Paul Johnson miał na koncie corssoverowy przebój, chociaż przez sposób, w jaki skonstruowane są przepływy kapitału w branży muzycznej, nie opływał dzięki temu w złocie. Smutny to tydzień dla house’u i techno, dlatego pożegnajmy Johnsona i Hand puszczając ich muzykę głośno, najlepiej tańcząc. 

WIĘCEJ