SIKSA: NAPIERDALAJ O TEJ POLSCE

 

„SIKSA namawia dziewczyny do rzucania słabych chłopaków, chłopaków nakłania do tego, by byli spoczko, a nie buc, wielki mi krytyk i inne tego typy. Herstoria SIKSY jest częścią historii tego państwa i świata i koniec historii na wieki wieków” – pisze na swoim Facebooku SIKSA. Jedna z najciekawszych artystek współczesnego offu (Sety „Zemsta na wroga” czy „Poskromienie złośnicy”) nie toleruje bullshitu i podwójnych standardów. „Na scenie jestem odważna. Metafora scenicznego występu ułatwia mi wyrzucenie z siebie toksyn” – mówi Poptown.eu ustami swej współtwórczyni Alex Freiheit. Zmyła brokat, ale kiedy trzeba wskazuje palcem i krzyczy. Głośno. Jak wtedy, gdy w ramach #Hot16challenge melorecytowała:

„Najlepiej nie wdawajmy się w szczegóły żadnej sprawy/ kij z żartami od Solara o LGBT/ przecież wywinął z tego z żarcikiem/ mało kto mu wypomni, że tęczę spalić chce/ dla dobra sprawy, dla lekarzy, nie zwracajmy na to uwagi/ nie wdawajmy się w dyskusję, twórzmy więcej mowy trawy”.

W wywiadzie z Anną Tatarską SIKSA mówi o tym, dlaczego nie zawsze jest radykalna w feminizmie i kiedy feminizm się psi. O swoim nietypowym trybie pracy i trudnym lokalnym patriotyzmie. O ziomowaniu się z emerytkami i wytyczaniu granic. Jest też o wywalaniu bebechów i podwójnych standardach, o niechęci do pomników, nieufności wobec mediów i ufności w siebie. Nasza Influencerka Miesiąca: SIKSA.

SIKSA: POCZĄTEK

Pierwszy nasz koncert odbył się spontanicznie, w Gnieźnie, gdzie mieszkamy. Nigdy nie planowaliśmy strategii naszego wyjścia do ludzi. Po prostu znalazłam się w odpowiednim miejscu, przy odpowiedniej osobie, która pozwoliła mi na akt twórczej wolności, bez oceniania. Ta osoba – Buri – trwa przy mnie do dziś. Teraz, ze świadomością wszystkiego, co wydarzyło się potem, nie miałabym już na to odwagi. Ale tak mam, że najpierw strzelam, później pytam. Robię na rympał.

Z występu na występ coraz bardziej się otwierałam, coraz odważniej schodziłam do ludzi. To, co mówię ze sceny, jest dość bezpośrednie. Czuję się tam dużo pewniej niż poza nią. Kocham kino Jodorowsky’ego: pełne metafor, performatywne. Po przeczytaniu jego „Psychomagii” zrozumiałam, że akty psychomagiczne znajdują wcielenie właśnie w sztuce. I nasze koncerty to są w jakimś sensie takimi aktami psychomagicznymi. Jodorowsky opisuje zrobienie czegoś, co wydaje się niemożliwe: przekroczenie, zmierzenie się z czymś za pomocą takiego aktu. Mam dużo swoich bólów. Przepisuje je na kartkę, filtruję przez wrażliwość SIKSY, a później zestawiam z muzyką Buriego i publicznością. W ten sposób dokonujemy – jak u Jodorowsky’ego – aktu, który pozwala się rozstać z tym co boli. Metafora scenicznego występu ułatwia  wyrzucenie z siebie tych toksyn.

Z koncertu na koncert przekonywaliśmy się, że Siksa nigdy nie będzie klasycznym zespołem. Nie planujemy, u nas wszystko dzieje się na scenie. Dzielimy się pewnymi etapami z naszego życia z publicznością, a później bezpowrotnie je porzucamy. Materiały gramy na scenie przez jakiś czas, nawet do roku. Dopiero, gdy uznamy, że dany sezon osiągnął idealny dla nas kształt, wtedy go nagrywamy. Jednocześnie znika ze sceny. „Zemstę na wroga” skończyliśmy grać na występach w połowie 2018 roku a dopiero teraz, w wakacje, ukaże się na naszym drugim LP. Był dla nas ważny i przyniósł wiele dobrego, ale zasiał też spustoszenie w naszej psychice. Musieliśmy po nim odreagować. Stąd wziął się następny segment „Poskromienie złośnicy”. Godzinna młóca, w której chciałam zburzyć przypadkiem zbudowany przy „Zemście…” pomnik Siksy niezłomnej feministki.

Rozwijamy się. Nasz najnowszy sezon koncertowy „Szmery w sercu” to bardzo intymny, czuły zbiór piosenek o tym, co aktualnie w nas. Być może najbardziej osobisty materiał dotąd. Niektórym przeszkadza, że nie krzyczymy już: „do hymnu wystąp, kurwa”. Ale mówimy o człowieku, który przeżył jakąś wojnę, i to jest jak najbardziej polityczne. Jednak rozumiemy, że niektórym się te nowe wcielenia Siksy nie podobają. To trzeba przyjąć i uszanować. Często mówimy, że my pasujemy wszędzie i nigdzie. Ale ja już się przyzwyczaiłam, że nigdy nikomu nie dogodzę.

PAT-RIOTYZM

Moja relacja z Gnieznem jest trudna. Kiedyś chciałam porzucać to miasto, wyjechać. W liceum go nienawidziłam.”Nuda totalna, nic się tu nie dzieje!”. Potem, na studenckim wyjeździe w Turcji, stwierdziłam, że jednak do niego jednak wrócę. Teraz uważam się za absolutną gnieźnieńską patriotkę. Mój patriotyzm polega na tym, że współtworzę czynnie tkankę miejską jako współdziałaczka w stowarzyszeniu, które prowadzi miejscówkę z różnymi warsztatami, organizuje slamy poetyckie, koncerty w Klubie Muzycznym Młyn.

W życiu nie kieruję się metaforą. Ja sceniczna i życiowa to są dwa rozłączne byty, które jednocześnie bardzo siebie wspierają i na siebie dobrze wpływają. Jedna działa na scenie w sposób bezpardonowy, druga współtworzy lokalną kulturę w sposób bardzo przyjazny, zorganizowany wokół dzieci, młodzieży, seniorów. Jeśli idę do prezydenta po jakieś pozwolenie, to idę załatwić sprawę w urzędzie. Uważam na swoje słownictwo, nie krzyczę. Też dlatego jako Siksa mamy jedną żelazną zasadę: nie gramy w Gnieźnie koncertów. Po co mieszać.

Wydaje mi się, że dużo osób z mniejszych miast ma tak, że coś w tym swoim mieście chce zabić, a coś pielęgnować. Ja tak mam. Nie podoba mi się, że w Gnieźnie Kościół ma na wszystko wpływ. Wydaje mi się, że nawet bardziej niż w Toruniu! Tam ten Rydzyk jest mniej realnym władcą, a bardziej denerwującym pajacem, który się buduje gdzieś na obrzeżach. Wkurza mnie też jedna właściwa linia dyktowana tym chrztem, tym Świętym Wojciechem, tą katedrą, tymi początkami państwa polskiego. Ja uważam, że Gniezno jako miasto potrzebuje różnych dróg promocji. Jak mi ktoś mówi, że powinnam zrobić oprowadzanie po mieście z płytą „palemosty nielegal”, to myślę, że byłoby to bardzo duże działanie na rzecz miasta. Choć totalnie areligijne.

Może łatwiej mi lubić to Gniezno, bo nie siedzimy tutaj dwadzieścia cztery godziny na dobę. Duże ujście daje nam to, że możemy sobie wyjechać na kilka dni na koncerty. Gniezno jest dla nas takim bezpiecznym przystankiem, gdzie trzeźwiejemy, wracamy do roboty. Choć oczywiście jest to męczące, że w Gnieźnie nie możesz być po prostu aktywistą miejskim. Zawsze jesteś jeszcze kimś. Aktywistą-lewakiem. Aktywistą-pedofilem-homoseksualistą.

TAKA ŁADNA, A PAJAC

Artur Rojek miał po naszym występie na OFF-ie powiedzieć, że gdybyśmy mieli piosenki po angielsku, to moglibyśmy zrobić karierę międzynarodową. My jeździmy za granicę. W Czechach, Anglii, Norwegii czy we Włoszech występujemy w języku polskim, tłumacząc tylko we wstępie, o czym to mniej więcej jest. Można się porozumiewać poza językiem. Wtedy tekst nie jest najważniejszy, a jedynie muzyka, dźwięk i nasze ciała. To jest oczyszczające i wyzwalające. W Polsce jesteśmy bardzo zamknięci na język ciała. Wszystko, co jest poza normą formy ekspresji jest uważane za coś dziwnego. Nawet ostatnio, przy okazji naszej „szesnastki”, ktoś napisał, że „fajnie, fajnie, przekaz jest właściwy i mocny politycznie, ale on nie jest fanem ekspresji Siksy”. Takich komentarzy było mnóstwo. Nie mam zamiaru poskramiać swej ekspresji i języka ciała tylko dlatego, że komuś on nie pasuje. Tyle się pisze ostatnio tekstów o empatii i ciele. Może ludzie z naszej bańki, którzy też często wypowiadają się na temat Siksy i jej ekspresji, wreszcie zaczną je czytać ze zrozumieniem?

Dużo słyszałam takich komentarzy na nasz temat: „Taka ładna, a robi z siebie pajaca”. Nie jest łatwo być laską, która ma taką, jak ja, artystyczną ekspresję. Serio myślę, że gdybym była mężczyzną, byłoby mi łatwiej. To pokazuje m.in. konkurs Hot16Challenge. Taki Piguła z Analogsów nagrał bardzo krzykliwe, wulgarne szesnaście wersów, jako odpowiedź Korwinowi-Mikke. Zrobił to na wkurwie, który współodczuwa z nim wielu ludzi. I ja totalnie wspieram ten przekaz. Ale inaczej postrzegane jest, kiedy krzyczy czterdziestoparoletni mężczyzna, a inaczej, gdy robi to młoda dziewczyna.

Często słyszę, że gdybyśmy dla naszego przekazu wybrali bardziej ugładzoną formę, to moglibyśmy dotrzeć do radia, może nawet do telewizji. Pewnie gdybym przed naszym poprzednim setem „Poskromienie złośnicy” poszła na lekcje śpiewu, i śpiewała tak pięknie, jak wy tego ode mnie chcecie, wszystko byłoby łatwiejsze. Bo przecież piosenka może opowiadać o przemocy i gwałcie, ale musi być tak ładna, żeby można było ją sobie puścić w aucie. No trudno. Dla mnie ładność to nie jest priorytet.

FEMINIZM NIE TAKI ŁATWY

Cieszy mnie coraz silniej widoczna solidarność kobiet, ich sprzeciw wobec tego, co dzieje się w kraju. Na przykład temat aborcji pokazuje, że potrafimy się zjednoczyć dla sprawy. Ale solidarność to nie tylko głośne hasła, a i małe sprawy. Jeśli odzywa się do mnie dziewczyna, która padła ofiarą przemocy, to oczywiście z nią rozmawiam i wspieram. Przekazuję kontakty. Ja zdecydowałam się na swoich płytach uciekać od nazwisk, mówić o oprawcach bezosobowo. Wtedy to dotyczy szerszego problemu, z którym wiele osób może się utożsamić. Musimy pamiętać, że każda reakcja osoby, która została skrzywdzona, jest w pełni uprawniona. Ostatecznie, niezależnie od tego, jakie wsparcie dostaje ofiara, to i tak ona zostaje sama z tym wszystkim do końca życia. To ona będzie musiała się z tym uporać. I zrobić coś, żeby dalej żyć szczęśliwie.

Podziwiam Maję Staśko, która potrafi razem z innymi dziewczynami dać jednoznacznie wsparcie, nagłośnić sprawę, jeżeli dana osoba potrzebuje czegoś takiego. Taka różnorodność jest potrzebna. Pokazuje, że ruch się rozwija. Jeżeli będziemy cały czas tylko mówić o rewolucji, buncie i wychodzeniu na ulice, no to spoko, ja się z tym zgadzam, ale jest tyle możliwości działań w dobrym kierunku i dla ruchu.

Martwi mnie, że feminizm często jest traktowany jak jakiś produkt, na którym można się wybić, co widać na przykładzie co poniektórych raperów. Serce złamał mi ostatnio Koza, który najpierw mówił o wsparciu kobiet i środowisk LGBT, a potem okazało się, że jest przemocowym partnerem. Ale wiem też, że idealizm jest w pewnych kwestiach oczywisty tylko na papierze.

Współpracuję z Teatrem Polskim w Poznaniu. Pewnego dnia pojawił się tam Michał Wybieralski, współtworzył jakiś spektakl. To jest typ z afery papierowych feministów, były redaktor Wyborczej, oskarżony o mobbing i molestowanie. Zarzucano mi tu i ówdzie, że wtedy zabrakło mojego głosu. Bo ja, jako ta „ikona niszowego feminizmu”, powinnam była zareagować, zbuntować się. To była dla mnie ciężka sytuacja, która pokazała mi, że to nie jest takie czarno-białe. Bo w tym teatrze pracują przecież aktorzy i aktorki, którzy po prostu dostają z góry przydzielonego dramaturga. Stając okoniem, zraniłabym ludzi, którzy poświęcili swój czas na pracę przy tym spektaklu. Akcja bojkotu odniosłaby sukces, jeżeli wszyscy mieliby jedno zdanie na ten temat – a tak nie było. I ja absolutnie tego nie będę oceniać. Każdy ma prawo do swojej reakcji.

Oczy ci się otwierają, kiedy spotykasz ludzi spoza swojej bańki, o różnych poglądach i musisz między tym jakoś dryfować: nie zamykać rozmowy, uczyć się dialogu. Ja się tego cały czas uczę. Kiedyś byłam super radykalna, zwracałam ludziom uwagę, że ich feminizm nie jest wystarczająco dobry. Ale to nic nie daje. Dziś propsuję chyba każdą osobę, która mówi o prawach kobiet w mediach. Nie sprawdzam i nie komentuję „jakości” feminizmu napotkanych ludzi.

NAPIERDALAJ O TEJ POLSCE

Nie jesteśmy doraźnym zespołem z piosenką na każdą okazję. To nie jest tak, że skoro trwa TrójkaGate, to siedzimy i wymyślamy, jak przez Trójkę dobić władzę. Osobiście od dawna nie jestem fanką Kazika. Ale sytuacja, której stał się twarzą pokazuje, że potrzeba takich piosenek. Sztuka, czy niszowa, czy mainstreamowa, to jest ogromne pole dla protestu, rewolucyjnego przekazu. To powinno być działanie kolektywne, wspólnotowe: dół i góra razem. Na dole, czyli tu, gdzie my działamy, wbrew pozorom można dużo zrobić. Małe miasto to lokalny aktywizm, pielęgnowanie niezależnych ośrodków, wspieranie społeczności. Taka praca u podstaw, którą wykonuje wiele kolektywów, twórców, działaczy i działaczek. Zaś zadaniem artystów mainstreamowych jest nagłaśnianie problemów, o których na naszym poziomie mówi się od lat. Myślę, że oni zaczynają to robić. Nie z poczucia obowiązku, po prostu pojawia się w nich taka organiczna potrzeba. Przykładem fajnego mainstreamu jest Dawid Podsiadło, nasz grzeczny, kochany chłopak z małego miasta, taki Kuzaj muzyki, który ma na koncie wiele świetnych akcji nagłaśniających cenne inicjatywy.

Nasza płyta „Stabat Mater Dolorosa” była mocno polityczna. Niektórzy by chcieli, żebyśmy dalej napierdalali o tej Polsce. A przecież wszystko, co my robimy, jest polityczne. To, że mówimy, że nie mamy siły o tym dalej mówić, to też jest jakieś stanowisko. Działanie na przecięciu sztuki i polityki jest bardzo obciążające. Co innego, jak wspiera cię sztab ludzi, a co innego, jak musisz się z tym uporać sam. Robisz coś i robisz, a nic się nie zmienia. Ta frustracja jest niewyobrażalna. Przeżyliśmy z tego powodu pewne załamanie psychiczne. Myślę, że każdego, kto się mierzy z podobną misją, coś takiego dopada. Warto o tym mówić.

Osobiście nie mam nic przeciwko temu, żeby obie strony, prawa i lewa, były widoczne w przestrzeni publicznej. Tylko póki co sztuka prawicowa jest na poziomie marnym, nie mają się czym chwalić. Nie mają do zaproponowania nic, co mogłoby walczyć uczciwie. Dlatego próbują jakoś kulturę przełapywać. Kultura to mokry sen prawicy.

POMNIK? NO NIE.

Siksa jest utkana ze swoich niedoskonałości, choć czasami jest doskonała w swojej sile i ekspresji. Wykorzystuje na scenie swoje ciało, choć nie jest supertancerką. Wykorzystuje swój głos, ale nie jest superśpiewaczką i nigdy nie będzie. Mam nadzieję, że dzięki temu nie powoduje w słuchaczu kompleksów. Wierzę w tę filozofię. Sceniczny wyraz ma miejsce obok warsztatowej perfekcji.

Mimo tego w pewnym momencie sama siebie wytworzyłam jako figurę superbohaterską. Po koncercie na OFFie i okładce w Wysokich Obcasach mogliśmy zostać narodowymi celebrytami od niepokornej sztuki feministycznej. Rzeczywiście weszłam wtedy na jakieś wyżyny swojej siły. Tylko że to też było w jakimś sensie metaforyczne, bo tyle siły, ile ja miałam podczas tych koncertów, ja nie mam w życiu. Dlatego nie chciałam brać udziału w plebiscycie Wysokich Obcasów Superbohaterka 2017. Nie uważałam i nie uważam, że nazywanie mnie superbohaterką jakkolwiek przyczyni się do czegokolwiek dobrego. Wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że to jest onieśmielające dla innych. Ja znam dużo superbohaterek, które nigdy nie będą w życiu docenione. Wolałam jakoś zadbać o swoją niezależność, żeby nie stworzyć z siebie narodowego potwora feminizmu, pomnika. To byłby pomnik jakiegoś cierpienia, oparty zawsze o jakąś moją historię z przeszłości. A ja zaprosiłam ludzi na wystawę swoich złych doświadczeń, oprowadzałam po tym muzeum przez długi czas, a teraz chcę to zamknąć i iść dalej. Pomniki są martwe.

Dostawałam takie propozycje, że gdybym je wtedy przyjęła, to pewnie zaczęłabym pić i bym się zajebała. W tych wszystkich śniadaniówkach nie ma się nad swoim występem kontroli. Już widzę, jak potem ludzie udostępnialiby jakieś wyrywki z mojej twórczości, co byłoby totalnie w to mi graj dla tych, którzy uważają, że feministka to jest po prostu pierdolnięta baba. Zresztą była już taka sytuacja. W zeszłym roku uwzięły się na nas media prawicowe. Nie informowaliśmy o tym, ponieważ uważaliśmy, że nie należy karmić tego potwora. W TVP jakaś trójka ludzi dyskutowała o mojej domniemanej chorobie psychicznej oraz tym, że ja w jakimś wywiadzie powiedziałam, że chcę się uporać ze swoimi traumami poprzez sztukę. Jak to powiem tobie i w Poptownie, to wszyscy zrozumieją co mam na myśli, a w TVP ten sam cytat czyni mnie wariatką.

Nie ufam wielkim produkcjom też dlatego, że nie idę na kompromisy. Dlatego wszelkiego rodzaju telewizje, duże produkcje, duże akcje – no, thank you. Wspólne kawałki z gwiazdami – no, thank you. Mam bardzo silną świadomość siebie i swojej kobiecości. Wszystko, co prezentuję na scenie, musi być w stu procentach zgodne z tym, co obydwoje czujemy. Robię to, co potrafię udźwignąć na swoich ramionach i nic ponadto.

Swoją drogą, ta moja „autorska psychoterapia”, o której wspominałam, działa bardzo dobrze. Dziś czuję się szczęśliwą i bardzo pewną siebie osobą. Choć nie uważam, że jestem już w pełni zdrowa. Ostatnio Siksa wydoroślała na scenie, zamiast brokatu wybiera teraz garnituropodobne rzeczy. Mam świadomość tego, jak wyglądałam cztery lata temu i jak wyglądam teraz, i to wszystko mi się strasznie podoba. Bo jak Siksa dorasta, w jakimś sensie ja dorastam razem z nią.

Na jednym z ostatnich koncertów przed lockdownem, w Krośnie, jeden pan zapytał tak ni stąd, ni zowąd: „A czy planuje pani mieć dzieci?”. Po tym wszystkim, co zobaczył i usłyszał! To było dosyć zabawne. Ale Siksa z nosidełkiem dziecięcym czy ze zmarszczkami to też byłaby Siksa. Jestem bardzo pogodzona z tym, jak moje ciało reaguje na różne zmiany. Myślę, że będę mocno eksplorować swoje starzenie się. Są różne wcielenia Siks. Szczególne starsze babki dają bardzo dużo wsparcia. Swoje przeżyły, mają na wszystko wyjebane, a jak zobaczą taką Siksę, to nie panikują, nie oburzają się tylko mówią: „no, super! Mocna laska!”. Spotkania z takimi siksami lat sześćdziesiąt są bardzo otwierające, polecam wszystkim. To są takie Czarownice! Mądre. I uzdrawiające!

WIĘCEJ