Seryjni zabójcy okiem Netflixa. Co mówi nasza słabość do takich historii

Dlaczego tak chętnie oglądamy seriale o ludziach, którzy czynią zło? I czy daje nam to właściwie cokolwiek?

Na Netflixie pojawiła się kolejna rekordowo popularna pozycja o seryjnym zabójcy, Night Stalker. Każdy, kto wpadł w czarną dziurę dokumentów i seriali o mrocznych jednostkach z naszych społeczeństw (często zbieranych pod jednym parasolem zwanym true crime) wie, jak bardzo atrakcyjna i emocjonująca to czeluść. A takich osób jest sporo (łącznie ze mną), o czym wiedzą serwisy streamingowe zamawiające kolejne produkcje tego typu. Nie jest to żadna nowość, praktycznie od lat 70-tych kiedy seryjni mordercy (według badań tylko 9% z nich to kobiety) wbili się upiornym przebojem do zbiorowej świadomości amerykańskiej publiki, media, literatura fikcyjna i reportażowa, a z czasem także popkultura eksploatują ten temat na każdy możliwy sposób. Choć to Stany Zjednoczone są krajem zbudowanym na założycielskim micie przestępstwa i przestępców gloryfikującym, to trajektoria wpływów tamtejszej popkultury rozlała dziwaczną pasję do seryjnych zabójców na cały świat. W Polsce mieliśmy Wampira z Bytowa i publikacje z ciemniejszych rejonów kioskowych witryn w rodzaju Detektywa, ale teraz przeżywamy prawdziwy boom na podcasty, seriale i dokumenty. Pandemiczne zamknięcie tylko sprzyja konsumpcji takiego, wybaczcie za słowo, contentu.

Kiedy kończyłem oglądać kolejną pozycję o ludzkiej deprawacji, zacząłem się zastanawiać: co z tego wyciągnąłem? Czy dowiedziałem się więcej o ludziach, a może o sobie? Sensowna odpowiedź na to pytanie wymykała mi się coraz bardziej.

Rzecz jasna jakość tych materiałów jest bardzo różna. Night Stalker, miniseria, która sprowokowała ten tekst, to bardzo słaby dokument. Płytki, budujący więcej kontekstów dla niefrasobliwych gliniarzy niż dla samego Ramireza, do tego nieznośnie cool. Kiedy wjechał modny synthwave i neonowa czcionka, wiedziałem, że coś tu jest nie tak. Night Stalker nie mówi nic ani o Ramirezie, ani o społeczeństwie, ani o niezdrowej fascynacji, jaką wywoływał ten człowiek. Zjawisko groupies zabójcy przedstawiono w tak żałosny sposób, że równie dobrze ktoś mógłby wyjść przed kamerę i krzyknąć: wamen be crazy, yo! Twórcy bronią się tym, że nie chcą gloryfikować Ramireza. Za to gloryfikują policję, co zresztą jest problemem wielu dokumentów z tej kategorii. Nawet jeśli widzimy, że to banda niekompetentnych idiotów, na których spoczywa współodpowiedzialność za liczbę ofiar zabójcy, na końcu i tak wychodzą na herosów, którzy w blasku fleszy doprowadzają skutego zwyrodnialca do sprawiedliwości. Copaganda, czyli nadmiernie przychylne ukazywanie stróżów prawa, to przypadłość mocno amerykańska, co w kontekście brutalności i nieskuteczności tamtejszej policji zakrawa na ponury dowcip. Pomijając ten aspekt, Night Stalker historię Ramireza zubaża o najważniejsze fakty, odzierając jego postać z jakiegokolwiek kontekstu, np. dzieciństwa (któremu poświęcono trzy zdania). Zostaje samo abstrakcyjne zło, co jest kluczem do zrozumienia ludzkiej pasji do tego typu, użyjmy tego słowa ostrożnie, rozrywki.

Nasz świat jest etycznie poplątany, a prosty, manichejski podział na dobro i zło już dawno przestał być adekwatny do rzeczywistości. Przynajmniej w teorii żyjemy w świecie racjonalnym, z którego wypędzono potwory i inne diabły. Uniwersum seryjnych zabójców to nasza ucieczka do miejsca, w którym wystarczy jeden rzut oka, by stwierdzić, że i owszem, zło istnieje, do tego zło o iście biblijnych proporcjach. Z boleśnie racjonalnego świata znowu jesteśmy w mistycznej krainie potworów i diabłów. Seryjni zabójcy to zło spersonifikowane, łatwe do identyfikacji, doskonała odskocznia od moralnej plątaniny realiów XXI wieku, gdzie nawet weganizm i przywiązanie do fair trade niesie ze sobą szereg etycznych kłopotów. Skrajnym przykładem tego podejścia jest serial Dexter, gdzie paradoks naszej fascynacji mordercami zostaje rozwiązany w cyniczny i równocześnie drastycznie uroczy sposób: to bestia, która złem zwalcza zło. Jak za dotknięciem różdżki jesteśmy uspokojeni i rozgrzeszeni (a przy okazji nieźle zmanipulowani).

Seryjni zabójcy to również ikony przewrotnego buntu. Jak pisze David Schmid w swojej książce Idols of destruction, seryjni zabójcy zagospodarowują ogólne zainteresowanie śmiercią i przemocą, ale także są rebeliantami przeciwko prawu i normom społecznym. Śledząc ich losy niejako przez nie przeżywamy nasz własny bunt przeciwko nudzie ustabilizowanego społeczeństwa. Po ośmiu godzinach w korporacyjnym Excelu, Richard Ramirez jawi się jako apostoł ostatecznego odrzucenia koszmarnej szarości przeżywanej na co dzień, jest postacią skrajnie subwersywną. To właśnie płaszczyzna, na której rodzą się najbardziej niezdrowe fascynacje seryjnymi zabójcami. Istnieją całe internetowe społeczności, które zainteresowanie tym tematem posuwają zbyt daleko, przekraczając kolejne granice. Na różnych forach pilnuje się rozróżnienia między fascynatami – o których za moment – a fanami, którym czyny morderców po prostu imponują. Ba, są nawet takie rejony fandomu zabójców, gdzie odgrywa się fikcyjnych oprawców i snuje skomplikowane wizje zmyślonych morderstw. Wiele społeczności stara się takich gagatków wyłapywać, ale inne zostały stworzone w zasadzie tylko po to. Fascynaci to osobna kwestia. Katherine Ramsland, autorka m.in. książki The Human Predator, zwraca uwagę, że u fascynatów nie chodzi o ofiary, czy nawet samego zabójcę. Te zdeprawowane czyny to psychologiczna łamigłówka do rozwiązania, jak pisze Ramsland: interesujący labirynt ludzkich emocji i motywów. Innymi słowy, ciekawe ćwiczenie intelektualne dla głodnego bodźców umysłu.

Amerykańska wersja kapitalizmu, eksportowana sukcesywnie na cały świat, polega na komodyfikacji wszystkiego. Szczególne miejsce zajmuje tu sława. Kiedy jesteś sławny, możesz liczyć na kontrakty książkowe, ekranową obecność, a przynajmniej na to, że ktoś twoją sławę zmonetyzuje.

Dla ciebie, albo dla innych. Seryjni mordercy, z których większość ma narcystyczną osobowość, wpisali się w ten krajobraz idealnie. Z racji popełnianych czynów to raczej inni korzystali z ich rozgłosu – pisząc książki, nagrywając wywiady, audycje, programy telewizyjne, filmy i seriale. A przez sławę sami osadzeni cieszyli się przywilejami nieosiągalnymi dla innych więźniów, co prowadziło do dość absurdalnych sytuacji, jak np. ucieczki Teda Bundy’ego. Narcyz handluje walutą uwagi, a seryjni zabójcy na medialnym cyrku wokół siebie zbijają fortuny. Co ciekawe, mimo, że biali zabójcy stanowią niewiele ponad połowę całej puli winowajców, to miażdżąca większość materiałów jest właśnie o nich. Poza Richardem Ramirezem (który był szczególnie atrakcyjny dzięki satanizmowi) wiemy wszystko o bestiach z białych przedmieść. Narracja to może być jeden z nas jest o wiele bardziej ekscytująca, kiedy mówi się do konkretnej publiki z konkretnego miejsca. Kontekst rasowy jest bardzo ważny, bo przy białym zabójcy było o wiele łatwiej zelektryzować w większości białą publikę. No cóż, szeroka reprezentacja to świeża i wciąż nie do końca przeprowadzona sprawa, nawet na polu seryjnych zabójców.

Można historie zabójców przedstawiać tak, żebyśmy wyciągnęli z nich coś więcej, niż tylko manichejską satysfakcję i (wybaczcie) zabicie nudy. Rzeźnik z Yorkshire skupia się nie na mordercy, a na społecznym klimacie, który go wyrodził i pozwolił na długą bezkarność. Tutaj Peter Sutcliffe jest narzędziem w rękach patriarchatu, a wspólnikami są zbaraniali, seksistowscy policjanci. Rzeźnik z Yorkshire przeprowadza trzeźwą analizę społeczną i nie zasłania się płytką tarczą z napisem to był potwór. Richard Ramirez został ukształtowany głównie przez to, że Stany Zjednoczone nie potrafią poradzić sobie z psychiką weteranów wysyłanych do uprawiania imperialnych zbrodni w mundurze i zaniedbują całe dzielnice biedy (jego wujek, weteran z Wietnamu, był głównym katalizatorem deprawacji). Ale tego z Night Stalkera się nie dowiemy, zasypani komunałami o walce dobra ze złem i łzami starych gliniarzy. Zabawne, że oba seriale sąsiadują ze sobą na jednej platformie i w jednej kategorii. Fabularny Mindhunter pokazuje trudną drogę przebijania się przez ignoranctwo ludzi w mundurach i pogłębia zjawisko o konieczne i nieprzyjemne konteksty. Takich produkcji jest więcej, ale są często przygniatane przez śmieciową i płytką rozrywkę w rodzaju Night Stalkera. Czy tego chcemy, czy nie, dzieła kultury i rozrywki o seryjnych zabójcach mają wpływ na rzeczywistość. Nie tylko w postaci naśladowców i fascynatów (np. Ramirez był mocno wkręcony dzieje swoich poprzedników), ale także kształtu prawa i optyki przestępstw. April Pace napisała całą pracę naukową o tym, jak medialny szum wokół seryjnych morderców wpływa na stosunek do kary śmierci w USA (spoiler – nie najlepiej). Nie mówiąc o tym, że manichejskie romantyzowanie przestępstw nie pozwala jasno dostrzec ich realnych przyczyn, o wiele bardziej złożonych niż diabelskie podszepty.

O ile potrafimy racjonalnie ocenić treści, które przyjmujemy (zdaję sobie sprawę, że to optymistyczne założenie), to w pożeraniu seriali, filmów i podcastów o seryjnych zabójcach nie ma więcej zła, niż w oglądaniu Keeping Up With the Kardashians. Problemem jest pozorna przezroczystość tych treści, które często spłycają złożone kwestie i utwierdzają raczej fałszywy podział świata na mityczne dobro i zło. Inna sprawa, że z lekcji, którą powinny być te historie – czy to na temat społecznych warunków, czy ludzkiej psychiki – ten ciężki temat staje się lekką rozrywką, zupełnie pozbawioną konstruktywnych wniosków. Warto więc oglądać, czytać i słuchać świadomie. A przede wszystkim zadać sobie pytanie: co z tego mam i po co to robię? Odpowiedź może nas zaskoczyć.

WIĘCEJ