RP Boo wydaje album i potwierdza, że to świetny rok dla footworku

Inne dowody? Miksy, kompilacje, świeże połączenia i footwork po fińsku.

W grudniu zeszłego roku minęło 10 lat od wydania kompilacji Bangs and Works vol. 1, przełomowej prezentacji chicagowskiego footworku i muzyki juke. Dziś z kolei premierę ma album RP Boo, pioniera gatunku, który pierwsze kroki na undergroundowej chicagowskiej scenie stawiał jeszcze w latach 90., potwierdzający, że po upływie dekady footwork nie ma nic wspólnego z sezonową ciekawostką i stale ewoluuje – również w bardziej przystępnych kierunkach. Nafaszerowana samplami Established! to już na pierwszy rzut ucha płyta mniej surowa i radykalna od znakomitej poprzedniczki, I’ll Tell You What!, zachęcająca do zgłębiania nowych kierunków, w jakich podążył taneczny chicagowski house z getta rodem. 

Przykładem takiego przystępniejszego oblicza, którego zapowiedzią były już m.in Room(s)Vapor City Machinedruma i który kaskady bębnów łączy z subtelną melodyką, tym razem zaczerpniętą prosto z zakurzonego, klasycznego R&B, jest też wydany w wakacje album Signals In My Head DJ-a Manny’ego. Już otwierający nagranie utwór Never Was Ah Hoe wprowadza nocne, ambientowe, nieco rialowe tła, a cały album tylko potwierdza hipnotyzujące właściwości tego kontrastującego połączenia. Protegowany DJ-a Rashada w wielkim stylu udowadnia, że po śmierci ikony w 2014 roku gatunek nie został całkowicie osierocony. 

W tym tygodniu także DJ-ka z Londynu, Sherelle, zapowiedziała, że w ramach cyklu Fabric Presents zostanie opublikowany jej wysokooktanowy miks, w którego sercu znajdzie się footwork. Artystka, która na tegorocznym Unsoundzie wystąpi wspólnie z RP Boo, tworzy pomost między klasyką i nową falą. W jej miksie usłyszymy m.in Rashada i innych członków kolektywu Teklife oraz obiecujących twórców nowego brytyjskiego footworku, ale także Aphrodite’a i innych reprezentantów 90’s-owego jungle i drum’n’bassu, którzy od początku pozostawali w symbiotycznej relacji ze swoimi footworkowymi odpowiednikami zza Oceanu. 

Po zawrotne tempa sięgnął nawet muzyk, którego bardziej niż z klaustrofobicznymi przestrzeniami klubów można było w ostatnich latach kojarzyć z wyprawami za koło podbiegunowe. Sasu Ripatti na dwóch częściach apokaliptycznej, noisowej Rakki stworzył obraz bezlitosnej, pochłaniającej wszystko natury, który przypadłby do gustu Wernerowi Herzogowi. Tymczasem wydane pod nazwiskiem Fun Is Not a Straight Line to kolejna w karierze Fina ucieczka do przodu: połączenie prawdziwej techno-erudycji, inspiracji rapowych i footworku, skądinąd nie całkiem nowego w repertuarze Ripattiego, które dało kolejny świetny album w jego przebogatym dorobku. 

Mało? Dodajmy do tego rewelacyjną, epicką (w każdym sensie) płytę Jany Rush Painful Enlightenment czy footworkowego ducha unoszącego nad kolejnymi nagraniami z kręgu ugandyjskiego Nyege Nyege, a otrzymamy solidny zestaw argumentów przekonujących o tym, że od początku pojemna formuła gatunku nadal jest w stanie chłonąć wpływy z kolejnych estetyk, oddalając od siebie ryzyko stagnacji. Nie bez znaczenia jest też doomerska adekwatność footworku – trudno dziś o lepszy miejski soundtrack, zarówno do jesiennej jazdy autobusem w drodze powrotnej z klubu, jak i skrolowania wypełnionych przytłaczającym contentem mediów społecznościowych.

WIĘCEJ