Bujanie w brzmieniowych obłokach.

XXI wiek to zdecydowanie czas popowej (r)ewolucji. W przeszłości muzyka popularna posilała się undergroundową dietą, ale raczej z bezpiecznego, mocno kontrolowanego dystansu. Szczególnie po 2010 roku zaczęła się prawdziwa uczta – osoby w rodzaju Arci, Jamesa Blake’a, Eviana Christa, Oneothrix Point Never, czy Sophie weszły do mainstreamu już w pełnej roli, czy to producenckiej, czy songwriterskiej. Nic dziwnego, że dzięki temu pop zyskał nową jakość, wysuwając się do forpoczty brzmieniowej świeżości, nie tracąc swojej przebojowości i technicznego poziomu, leżącego poza orbitą niedofinansowanego undergroundu. To rzecz jasna żaden przytyk w stronę muzyki niezależnej, która radzi sobie doskonale, co więcej, w wielu relacjach na linii podziemie-mainstream łatwo doszukać się cech pasożytniczych – nie jest tajemnicą, że ludzie z pieniędzmi i pozycją lubią podbierać pomysły i patenty, sądząc, że ujdzie im to na sucho (a w najgorszych przypadkach panuje również pogląd, że po prostu ma się prawo do mniej lub bardziej twórczego kopiowania). Niemniej, doczekaliśmy się pokolenia osób artystycznych, które wykształciły naprawdę mocną, niezależną pozycję, zarówno pod względem doboru współpracowników i współpracowniczek, jak i samej kreacji wizerunkowej i muzycznej. To między innymi Rina Sawayama, Charlie XCX, FKA twigs i nasza dzisiejsza bohaterka, Rosalía, która niedawno wydała swój trzeci album, zatytułowany MOTOMAMI. Jej poprzedni krążek, El mal querer, był wstrząsającą aktualizacją flamenco, wyniesieniem tej wiekowej tradycji do świata eksperymentu i brzmieniowego dopieszczenia o bardzo wyostrzonym konturze. Luźne single, które pojawiły się po albumie, odbijały lekko od tej stylistyki, sugerując, że na następnej płycie można było się spodziewać innego kierunku. Co ciekawe, żaden z nich nie trafił na MOTOMAMI. A szkoda, bo „F*cking Money Man (Milionària + Dio$ No$ Libre Del Dinero)”, „Aute Cuture” i „A Palé” to jedne z najlepszych numerów w karierze Rosalíi. Ten zabieg pokazuje mocną pozycję, jaką ma w branży i wobec swojej wytwórni – luźne single są czymś, na co sobie może pozwolić (dodatkowo okraszając je teledyskami wysokiej jakości), a nie przepalaniem budżetu spoza albumu. MOTOMAMI jest w jakimś sensie kontynuacją tego zbioru i mocnym krokiem w stronę odrobinę bardziej konwencjonalnego popu, aczkolwiek słowo odrobinę jest tutaj kluczem.

O ile El mal querer – w mniejszym stopnie również debiutancki album – był próbą dekonstrukcji i aktualizacji flamenco, tak MOTOMAMI stoi po stronie radykalnego reggaetonu. Ten piekielnie popularny gatunek podbił chyba każdą szerokość geograficzną, cieszy się uznaniem zarówno wśród osób, które są dalekie od undergroundu, jak i pośród tych, którzy siedzą głęboko w muzycznej kopalni. Nic dziwnego, bo bujająca rytmika, spokojne, lecz swawolne tempo i chwytliwe melodie (zazwyczaj nieoczywiste, a przynajmniej w nieoczywisty sposób podane) podbiją każde serce. W muzyce klubowej, szczególnie w jej obszarze z przedrostkiem post, reggaeton dostał drugie życie i cały asortyment eksperymentalnych narzędzi do pogłębiania brzmienia i poszerzania na dobrą sprawę dość ograniczonej stylistyki. Słuchając MOTOMAMI moje myśli pędzą od razu do takich artystów, jak Lechuga Zafiro, czy Kelman Duran. Propozycja Rosalíi to już druga głośna płyta w przeciągu ostatnich sześciu miesięcy, która sięga po reggaetonową dekonstrukcję jako główne narzędzie. Arca na kick ii dała popis kreatywnej obróbki tej stylistyki, z miejsca wchodząc na czołówki podusmowań zeszłego roku. Podejrzewam, że z MOTOMAMI będzie podobnie. Do eksperymentów z reggaetonem Rosalía wkłada swój wokalny talent, tworząc mozaikę bardziej przystępną, niż kick ii, ale mniej spójną, niż El mal querer. Czy w takim razie to płyta gorsza od poprzedniczki? Raczej nie, to wciąż muzyka na poziomie nieosiągalnym dla większości branży, ale przesunięcie akcentów może nie przypaść do gustu każdemu. Za tę niespójność odpowiadają nie reggaetonowe wycieczki, a cała reszta. Znajdziemy tu kontynuację wątku flamenco (choćby przeszywający „BULERÍAS”), emocjonalne utwory bez bitu („G3 N15”, „SAKURA”, „COMO UN G”), a nawet dość tradycyjną muzykę latynoską („DELIRIO DE GRANDEZA”). Przez ten rozstrzał album traci na spójności, ale zyskuje różnorodność, która pokazuje wszechstronny talent artystki. Nie da się ukryć, że największe wrażenie robią bangery – jak np. „CUUUUuuuuuute”, wyprodukowany przez Tayhanę z undergroundowego kolektywu NAAFI, czy „DIABLO”, gdzie hyperpopowe wokale zderzają się z bujającą rytmiką. MOTOMAMI to płyta lżejsza, niż El mal querer, kontynuująca swobodne otwarcie, jakie Rosalía prezentowała na luźnych singlach. Kwestią gustu i osłuchania się z materiałem pozostaje pytanie o to, czy poziom rewolucyjnej drugiej płyty został przebity. 

Tak czy owak, MOTOMAMI to wydawnictwo, które oferuje odważną, choć przystępną muzykę. Czasem przeszywającą emocjalnie, czasem swawolną, zawsze imponującą. Rosalía stała się jedną z najważniejszych artystek naszych czasów nie bez powodu. Jej niezależność, niesztampowe podejście, osłuchanie i wyczucie brzmieniowej materii są poza skalą. Nie szuka poklasku na siłę (featuring Weeknda czytam bardziej jako spełnienie marzeń o gwiazdorskiej obsadzie, nie jako wytwórniany przymus; na podobnej zasadzie widzę także udział Pharella Williamsa po stronie produkcyjnej), swobodnie porusza się między eksperymentalnym sacrum, a popowym profanum. Cytując pewien utwór artystki: Madre mía, Rosalía, bájale!

WIĘCEJ