RATM czy ATM? Kilka wątpliwości, których nie zabierze nawet nostalgia

Już pierwsze wieści o trasie Rage Against The Machine wywołały spazmy pośród pokolenia 30+ (i kilku innych). Nic dziwnego, jeśli dorastało się w latach dziewięćdziesiątych czy na początku nowego wieku, RATM często stanowiło podstawę muzycznej diety. To była potrawa, która łączyła środowiska, a do tego znakomite paliwo nastoletniego buntu. Nie do końca rozumieliśmy polityczne przesłanie zespołu, ale energia tej muzyki była nad wyraz czytelna i trafiała prosto w rebelianckie serce.

Oczywiście muzyka RATM broni się po latach wyśmienicie, szczególnie patrząc na niezbyt dobry bilans dyskografii zespołów nu-metalowych, z którymi czasami niezbyt szczęśliwie wymienia się tę kapelę. Nie mówiąc o zombiakach grunge’u i alt-rocka, szczęśliwie pochowanych za szopą (Pearl Jam wydaje nowy album, populacja normików cieszy się). Swoje robi nostalgia za nastolęctwem bądź wczesną młodością. A nie ma obecnie bardziej chodliwego towaru, jak nostalgia.

Przez to, że RATM zakończyli karierę w szczytowym momencie, zyskali wyjątkowe miejsce w rockowym kanonie. Mimo zjednoczeniowej trasy w 2010 i 2011, otaczała ich magia niezłomnej legendy, nieosiągalnej zarówno pod względem koncertowym, jak i wydawniczym. Legenda była tak mocna, że znaleźli się naiwniacy nabrani na słabiutkie Audioslave, a nawet na najgorszy koszmar, jakim była formacja Prophets Of Rage. Żelazna dyskografia i młodzieńcze uniesienia wystarczą, by zapomnieć, że RATM podlegał dokładnie tym samym mechanizmom, co każdy inny mainstreamowy amerykański zespół rockowy. Ich kawałki trafiały do blockbusterów, wydawała ich wytwórnia Epic, grali w talk showach o potężnej oglądalności. Można sobie mówić, że dzięki temu ich polityczny przekaz docierał do mas, ale patrząc na to, jak pobłażliwie traktują kapitalizm ludzie wychowani na ich muzyce, ów przekaz chyba nie był zbyt czytelny. Za to RATM na koniec dnia okazuje się być tym samym rockowym dinozaurem, co inni. Zjednoczonym na kolejny nostalgiczny rajd po festiwalach, na których rozpici chrzczonym korporacyjnym browarem milenialsi uniosą rękę w geście bezpiecznego, udawanego protestu. Kapitalizm? Całkiem fajna rzecz, że umożliwia takie doświadczenia!

Jako młody człowiek nie widziałem gigantycznego rozziewu, jaki istniał między przekazem politycznym zespołu, a faktem, że funkcjonuje w kontekście kompletnie zepsutej branży muzycznej. Ba, potrafił się nawet spiąć o bzdurne nagrody, że wspomnę historię kiedy Tim Commerford zbulwersował się nagrodą MTV dla Limp Bizkit. Tak bardzo, jak szanuję wkład niesamowitej muzyki RATM w historię, tak ciężko jest mi dzisiaj patrzeć na ich bunt poważnie. Nie winię zespołu – lata dziewięćdziesiąte były czasem wielkiej komodyfikacji, majorsi podpisywali każdego, na kogo spojrzał Kurt Cobain, a bunt był całkiem cool tłem dla gospodarczego boomu clintonowskiej Ameryki. RATM był miłym kontrastem dla Przyjaciół i kompletnego braku treści grunge’u. Pseudoideologią w bezbożnym czasie, po której przyszedł bunt jeszcze bardziej napompowany i pusty, zawarty w apokalipsie rozpętanej przez Freda Dursta na Woodstocku ‘99. W tym wszystkim uważałem, że Zack De La Rocha to ostatni sprawiedliwy, bo kiedy jego koledzy grali w cyrku branży muzycznej, on się zdystansował. Ale jak widać, każdy ma swoją cenę.

Mówiąc szczerze, nie ma lepszego czasu na powrót RATM. Świat jest w potężnym kryzysie, wywołanym przez nienasycony, odrażający i nieskrępowany żadnymi regulacjami kapitalizm. Ludzie się radykalizują, zazwyczaj w złą stronę. Rap od dawna nie był tak blisko ciężkiego grania. Publika wychowana na muzyce RATM ma dzisiaj pozycję i pieniądze. Nie wątpię, że Zack De La Rocha będzie wygłaszał płomienne tyrady ze sceny. Oberwie się Trumpowi, pewnie będzie mowa o katastrofie klimatycznej. Na festiwalach zespół ma okazję dotrzeć do nowego pokolenia, które wysuszone kiepskim emo rapem łyknie tę energię jak wodę z oazy. To wszystko ma swoją wartość, ba, w jakiś sposób jestem tym podekscytowany. Ale nie zapominajmy, kto tę trasę organizuje i co reprezentuje ta firma.

Live Nation to nawet nie moloch, to biblijny stwór pożerający świat. Ceny biletów dyktowane przez monopolistę przestały być żartem, a zaczęły być problemem nawet dla tatusiów z klasy średniej, chcących raz jeszcze pamiętać czas, kiedy ich życie miało sens i przyszłość. Golden Circle, dawniej bardzo droga opcja dla najbardziej majętnych, zostało de facto rozciągnięte na całą płytę koncertowych aren.

Gdyby Live Nation zajmowało się tylko organizacją największych koncertów, moglibyśmy machnąć ręką. Ale monopolista dąży do totalnej władzy: dzięki nim zobaczysz dinozaury rocka, ale i guru niezalu Marka Kozelka. Aha, ładny festiwal showcase’owy tu macie, byłoby niefajnie, gdyby ktoś go podkupił… Pyk, Go Ahead przechodzi w ręce molocha. Istnieją przepisy antymonopolowe, ale ani administracja Trumpa, ani Obamy nie chciała ich stosować. O poddańczym stosunku polskiego państwa do amerykańskich korporacji po prostu szkoda strzępić ryja. Więc jesteśmy, gdzie jesteśmy: jedna firma kontroluje organizowanie koncertów i sprzedaż biletów na nie (jakiś czas temu Live Nation połączyło się z Ticketmasterem), a Disney niedługo będzie miał wszystko, łącznie z Bolkiem i Lolkiem i gifem, który właśnie kończysz robić dla beki.

Kiedy pomyślę o ulubionych zespołach z czasów dorastania, do których mogę spokojnie wrócić po latach słuchania innej muzyki, RATM jest bardzo wysoko. Wieści o trasie przyjąłem w zeszłym roku z entuzjazmem. Ale jak się zastanowić, to na tym etapie RATM ma wiarygodność równą Slayerowi grającemu satanistyczne utwory (z byciem dobrym kościelnym chłopcem poza sceną – patrzę na pana, panie Araya). Oczywiście nie odbiera to nic z wartości tej cudownej muzyki. Ale pewien niesmak pozostaje. Nie jestem naiwny, organizacja takiej trasy poza Live Nation byłaby bardzo trudna, o ile nie niemożliwa (monopolista dosłownie grozi arenom współpracującym z innymi promotorami), ale trudno mi będzie słuchać buntowniczych hymnów na tle wszystkich marek, które się wyklejają na festiwalach muzycznych. RATM to jedno z moich koncertowych marzeń, ale niekoniecznie chcę je realizować w otoczeniu ludzi, dla których bunt jest tylko młodzieńczą fazą przed ochoczym wskoczeniem w trybiki gniotące nasz świat. Na ręce świata 2020 składam gratulacje – obrzydziłeś mi nawet dziecięce marzenia!

WIĘCEJ