Drakońskie zasady dla każdej baby mamy.

Gwałtowne rozstanie Kim Kardashian i Kanyego Westa to niezła woda na młyn plotkarskich serwisów, socialowych kont z tzw. tea i ogólnego sieciowego komentariatu. Celebryckie mecyje to rozrywka – nawet ze szkodą dla samych zainteresowanych – jasne, ale także dobry probierz nastrojów społecznych czy przegląd katalogu pewnych postaw, promieniujących w dół ludzkiej piramidy. W tej całej sytuacji Kanye West pozycjonuje się jako ofiara systemu, który krzywdzi ojców chcących przebywać z dziećmi. Nietrudno było przewidzieć, że stał się symbolem dla wielu innych rodziców odczuwających podobny stopień pokrzywdzenia. Różnica między nim a innymi ojcami uwikłanymi w trudne batalie sądowe jest taka, że ma platformę, z której może przemawiać do milionów. Jego ranty i meltdowny zaprowadziły go na instagramową banicję, po raz kolejny pokazując, że media społecznościowe to narzędzie, które nie przynosi ulgi umęczonym, a amplifikuje pewne problemy. I nie mam tu na myśli problemów psychicznych artysty – brak mi informacji, kompetencji, a tym bardziej interesu w spekulowaniu na temat czyjegoś stanu zdrowia. Nie, mówię o komorach pogłosowych, które tworzą się wokół jednostek z dużymi zasięgami. Kanye uważa się za ofiarę, zgromadził wokół siebie innych, którzy – słusznie bądź nie – także czują się pokrzywdzeni. Decydowanie o losie dzieci ze związku, który się rozpadł, to delikatny i wciąż niedoskonały proces pod względem procedur, niezależnie od tego, czy mówimy o Polsce czy o USA. Kanye, grając własną pozycją w przestrzeni publicznej, jeszcze bardziej go skomplikował. A po swojej stronie znalazł nie tylko zredpillowanych ojców, mizoginistycznych hejterów Kardashianek (przy czym krytyka celebryckiego rodu nie znaczy od razu mizoginii, ale umówmy się – w tej sytuacji szambo wybijało głównie w tym kierunku), ale także hiphopową blogosferę. 

W tym wszystkim, poza Kim Kardashian – o jej publicznej męce pisała już moja redakcyjna koleżanka – jest również Pete Davidson. Jego romans z influencerką trwa w najlepsze, wydaje się czymś bardziej stałym, a nie tylko przelotną historią. Zupełnie naturalne jest, że w jakimś stopniu będzie uczestniczył w życiu dzieci swojej wybranki serca. Kanye przeciągnął komika pod publicznym pręgierzem, przechrzcił go niemiło na Skete, ba, symbolicznie uśmiercił jego podobiznę w teledysku. Zastępy fanów autora Ye przepędziły Davidsona z mediów społecznościowych. Jasne, pojedynek cringowego komika z megalomańskim artystą ma iście rozrywkowy potencjał, ale ostatecznie to dwóch dorosłych zipów, którzy powinni się dogadać dla dobra rodziny łączącej ich losy. Tego rodzaju sytuacje zupełnie nie powinny się odbywać na oczach opinii publicznej, ale jesteśmy, gdzie jesteśmy. A razem z nami hiphopowy komentariat, na który zawsze można liczyć, kiedy chodzi o mizoginistyczne wysrywy i wizję relacji międzyludzkich rodem z XIX wieku. Według niej istnieje pewna hierarchia: są side bitches main bitch, ale specjalne miejsce należy do baby mamy. To matka dzieci rapera, która ma szereg powinności. Przede wszystkim nie przynosić hańby mężowi i całej rodzinie, dbać o potomstwo (nawet jeśli jest w tym osamotniona, bo typ jest zajęty nagrywaniem, trasą koncertową czy clubbingiem), a przede wszystkim – przebywać w stanie unikalnej świętości. Oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko abstynencję i zakaz budowania nowych związków. W końcu to zagraża moralności dzieci, a przecież rzekomo to one są najważniejsze. W sytuacji między Kanyem a Kim można było zaobserwować cały ten toksyczny zestaw w działaniu, a artysta tylko podkręcał zajadłość swoich zwolenników. Sam publicznie pokazywał nowy związek (pomijam podtekst zemsty, który paskudnie buzował pod jego powierzchnią), jednocześnie ostro krytykując Kim za spotykanie się z Davidsonem. Co więcej, powiedział, że nie życzy sobie, by jego dzieci miały jakikolwiek kontakt z komikiem. O ile bardzo jestem za tym, żeby żadne dzieci nie zbliżały się do obsady Saturday Night Live, o tyle mieliśmy tu do czynienia z dość standardowym zestawem konserwatywnych bredni. Kobieta jako matka musi wejść w stan uświęconej abstynencji i zajmować się wyłącznie rodzicielstwem – facet rzecz jasna takich powinności nie ma. Dzieci są własnością ojca, a nowy partner ich matki jest ciałem obcym, niezależnie od stopnia zażyłości, jaki łączy te osoby. Kobiecie odbiera się podmiotowość, zamykając ją w szklanej szafce patriarchalnego symbolizmu. Tworzenie nowej rodziny jest w tym kontekście widziane jako hańba, a przynajmniej jako gest obliczony na obrazę majestatu ojca.

Hiphopowa blogosfera szybko podchwyciła taki ton dyskusji, a kiedy wypłynęły zdjęcia, na których Pete Davidson bawi się z dziećmi Kim i Kanyego, atmosfera została rozgrzana do czerwoności. Dziesiątki filmików, setki twittów i instastories, wszystkie krytykujące Skete’a (ta strona internetu już chyba nigdy nie nazwie komika inaczej) za afront w kierunku Kanyego – nie chcę napędzać ruchu takim ludziom, można je znaleźć bardzo łatwo. Nic to, że wiele wskazuje na to, że stał się regularną częścią komórki rodzinnej, nieważne, że odbyło się to za wiedzą i pozwoleniem matki. W końcu faceci załatwiają takie sprawy tylko między sobą, więc niewinna zabawa z dziećmi partnerki urasta do rangi gestu równego podrzuceniu obciętego końskiego łba prosto na kolana biednego Kanyego. Niestety, propagowanie tego typu mizoginii jest ciemnym podbrzuszem kultury hiphopowej, od dekad realizującej kobiecy archetyp bad bitch w sypialni, saint baby mama przy dziecku. To rozerwanie między uwielbieniem hedonistycznej rozwiązłości a konserwatywną wizją kobiecej roli byłoby nawet zabawne, gdyby nie było tak destrukcyjne. Figury w rodzaju baby mamy, side main bitch, utwierdzają najgorsze wzorce postępowań, hamują propagowanie bardziej równościowej i mniej toksycznej wizji rodzicielstwa, a przede wszystkim krzywdzą dzieci. Owszem, właśnie obserwujemy publiczną sytuację, ale sądząc po komentarzach pod treściami komentującymi rzekome wykroczenia Skete’a przeciw padre Ye, istnieje cały obszar manosfery, dla której postępowanie autora Yeezusa to wzór do naśladowania, a przynajmniej coś, z czym łatwo się utożsamić. Tacy zawodnicy utwierdzają się w przekonaniu o własnej krzywdzie, wystukują hejterskie komentarze pod adresem Kardashian i Davidsona – kimkolwiek by nie byli, są przede wszystkim świadomymi dorosłymi, z pełnymi prawami do decydowania o tym, jak budują swoją rodzinę. Biorąc pod uwagę kulturowe znaczenie hip-hopu, jego absolutny wpływ na Zeitgeist – od języka, przez modę, po model relacji interpersonalnych – zachowanie Kanyego, wspierającego go komentariatu i zredpillowanych zastępów internetowych anonów ma opłakane skutki. Nie chcę się użalać nad ciężkim losem Kardashian i Davidsona, bo zupełnie nie znam problemów ludzi, którzy mają miliony dolarów na koncie. Ale rozmawiając o tej sytuacji, warto spojrzeć szerzej. Czy tego chcemy czy nie, osoby w rodzaju Kanyego czy Kim są wzorem do naśladowania dla wielu osób. Projektują swoje ambicje i swoje kłopoty według tego, co dociera do nich o życiu sławnych i bogatych. Kanye West i rapowe media zrobiły już wystarczająco dużo, żeby propagować archaiczny, szkodliwy i antyrównościowy model męskości, kobiecości i rodzicielstwa. Żadna muzyka nie jest tego warta.

WIĘCEJ