Przemoc na uczelniach aktorskichpokoleniowe starcie w stawce o lepszą przyszłość

Ostatnia fala oskarżeń o mobbing i przemocowe praktyki na uczelniach aktorskich nie jest zaskoczeniem – o wielu z tych osób środowisko wiedziało od dawna – ale jest też początkiem procesu. Procesu, który będzie długi i ciężki, ale warto go przeprowadzić, bo stawką jest rozmontowanie starego porządku, który jest źródłem cierpienia.

Czytając o nadużyciach akademickiego personelu wrocławskiej filii Akademii Sztuk Teatralnych, czy łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera, można łatwo odnaleźć analogie do wielu innych hierarchicznych instytucji, w których ci, którzy stoją wyżej na drabinie, przydają sobie wyższy cel i w imię tego celu krzywdzą innych. W świecie sztuki ta niesprawiedliwa dynamika władzy ma podszewkę wręcz metafizyczną, wykuwa się w końcu Wielkich Artystów i Artystki. Nowe pokolenie słusznie zadaje pytanie, czy ceną powinno być psychiczne i fizyczne dręczenie osób, które zaczyna się na początku kariery i trwa do momentu, kiedy samemu wskoczy się na wyższy szczebel hierarchii.

W niedawnym wywiadzie aktorki Alina Czyżewska i Monika Jarosińska wskazują na analogię między nadużyciami w kościele katolickim a atmosferą w szkołach artystycznych. Nic dziwnego, w obu rządzi hierarchia, w obu władza jest niemal absolutna, a zmowa milczenia wokół patologicznych zjawisk i zachowań ukręca wiele spraw w zarodku. Zwrócenie uwagi na ludzką krzywdę kończy się wilczym biletem, a jak wynika z relacji wielu osób ze środowiska aktorskiego, najczęstszą strategią na przetrwanie jest zaciskanie zębów. Ale dzięki takim postaciom, jak Anna Paliga, której post w mediach społecznościowych rzucił światło na niecne zachowania wykładowców łódzkiej filmówki (w tym byłego rektora, prof. Grzegorzka), ten krąg milczenia powoli zaczyna się kruszyć. Tradycyjnie, w obronę statusu quo ochoczo włączyli się dziadersi, m.in. Tadeusz Chudecki, Tomasz Raczek i Krystyna Janda. Te oskarżenia rzutują na całe środowisko, które jest naprawdę wspaniałe. Jest w nim wielu ludzi po prostu nadzwyczajnych – powiedziała. I chyba tu jest pies pogrzebany. Od dawna mam spory problem z tym, że ludzie teatru, czy nawet szerzej, ze środowiska artystycznego, uważają się za dary niebios, które niosą zbawienie niekulturalnej masie. Tak też modelowany jest system kształcenia, w którym psychiczna i fizyczna katorga to po prostu budulec drogi do zostania tym człowiekiem, jak to powiedziała Janda, nadzwyczajnym. Wiara w to, że tylko nadludzki wysiłek i cierpienie w milczeniu, dehumanizacja w imię sztuki, za którą często stoi paskudny egotrip reżysera czy wykładowcy, to niezbędne elementy, jest jednym z większych kłamstw powtarzanych przez wpływowe jednostki. Wojciech Malajkat, rektor warszawskiej Akademii Teatralnej, mówi, że jednostki delikatne trzeba przygotować na to, że nadejdzie ktoś, kto nie będzie umiał się z tą delikatnością obejść. Być może dlatego zbagatelizował prośbę o wsparcie, kiedy pracownik jego uczelni publicznie szkalował studentkę. Nieograniczona władza, którą profesorowie mają nad nami – wybrańcami, którzy długo przygotowywali się, by dostać się do Szkoły Marzeń i którzy w każdym momencie mogą zostać z niej wydaleni za sprawą kaprysu wykładowcy – ta władza powoduje, że przemoc nie jest zgłaszana, a sprawcy nie zostają ukarani. Od pierwszych dni na uczelni wyższe lata opowiadają o takich zachowaniach jak o normie, z którą należy się pogodzić, bo „tak było, tak będzie. I tak kiedyś było jeszcze gorzej”. To sprawia, że przemocowi wykładowcy są bezkarni – napisała Anna Paliga. Po jej poście rozpoczęła się fala ujawniająca skalę nadużyć w szkołach artystycznych. Wbrew majakom pani Jandy, problem nie sprowadza się do kilku jednostek, jest systemowy.

Być może narażę się środowisku artystycznemu, ale to, co robi, to ostatecznie praca. Często wyczerpująca, kiepsko płatna (o czym też warto rozmawiać), ale jednak praca. Kiedy w pracy zostajemy poddawani mobbingowi, to powinniśmy mieć szansę na sprawiedliwość.

Wiadomo, w Polsce w praktyce wygląda to różnie, ale w teorii pomiatanie pracownikami i pracowniczkami jest po prostu nielegalne. Czyżewska i Jarosińska słusznie wskazują na artykuły Konstytucji, które bronią równego traktowania. Ale pracobiorcy w sztuce i rozrywce bardzo często te przepisy ignorują, powołując się na nadprzyrodzony wymiar tego, co się robi. Niezależnie od tego, czy mówimy o maltretowaniu na planie filmowym, na próbach do spektaklu, czy zajęciach w szkole aktorskiej, uciekanie się do przemocy to nie sprytny sposób na wyciągnięcie pokładów galaktycznego talentu, ale wyraz bezradności w pracy z ludźmi. Zaburzona dynamika władzy z hierarchicznych szkół przenosi się później na plany filmowe i deski teatrów. Utwierdzenie reżysera w boskiej roli pozwala bezkarnie uchodzić wielu niebezpiecznym i paskudnym praktykom. Niezależnie od tego, czy mówimy o Quentinie Tarantino, który naraził Umę Thurman na śmierć na planie Kill Billa, skandalicznej atmosferze w Gardzienicach, czy Pawle Passinim, który reżyserując spektakl dyplomowy przekraczał granice intymności aktorek, żadne dzieło sztuki czy rozrywki nie powinno mieć wliczonej w koszta ludzkiej krzywdy. Nie mówiąc o tym, że ta nadludzka pozycja reżyserów i reżyserek prowadzi do lekceważenia pracy osób grających. Świetnie ujął to aktor Jakub Kotyński w mediach społecznościowych: z tej pracy wyniosłem jeden dobry wniosek: reżyser to zwykły człowiek. Szkoła, którą kończyłem, PWST w Krakowie, wpajała, że reżyser jest kimś lepszym, a co za tym idzie aktor jest kimś gorszym. Tak wygląda system kształcenia w Polsce. Właśnie z tego powodu aktorzy przez lata „nie mieli głosu”, bo z założenia byli gorsi i głupsi od reżyserów. Od lat walczę z tym idiotycznym hasłem: „Aktor -traktor” i „Aktor do grania jak dupa do srania”. Ile w tym pogardy i umniejszania zawodu aktora. A to często przecież aktorzy robią za reżysera spektakle, albo je kończą kiedy reżyser nie ma pomysłu. Przez lata byliśmy szarą masą, która często pracuje na sukces reżysera. A kiedy spektakl się udawał to laury zbierał reżyser, a kiedy się nie udawał, to winni byli aktorzy, bo „nie udźwignęli”.

Niezwykle ważnym czynnikiem jest tutaj kwestia pokoleniowa. Boomersi dorastali w świecie, w którym systemowa przemoc na różnych poziomach była naturalnym, przezroczystym elementem krajobrazu. Nie reagowało się na nią, bo była dobrodziejstwem inwentarza, parszywym klockiem w piramidzie rzeczywistości.

Zaciskanie zębów, wyparcie i milczenie było naturalną reakcją, bo rzekomo nie dało się z tym nic zrobić. Dlatego nie dziwię się dziadersom wszelkiej maści, że plotą dyrdymały o dzisiejszych młodych: że są tacy delikatni, że chcieliby wszystko za darmo, że nie potrafią ciężko pracować. Co jest oczywiście bzdurą, bo z całego sztafażu opresyjnych, boomerskich dykteryjek, ta o uszlachetniającym cierpieniu i utożsamianiu pracy z krzywdą jest jedną z najgorszych. Młodzi nie są delikatni, po prostu chcą być traktowani jak ludzie, również w pracy. Dzisiaj klimat lekko się zmienił – systemowa przemoc wciąż istnieje, ale próbuje rzucać się na nią światło, rozpracowywać ją od wewnątrz i z pomocą zewnętrzną. To dopiero początek drogi, ale na naszych oczach próbuje się zmieniać hierarchiczną dynamikę władzy. Tak, uczelnie artystyczne to wyjątkowo skrajny przypadek szkodliwego świata z innej epoki, ale przypadek znamienny, bo arsenał argumentów usprawiedliwiających przemoc jest tutaj wyjątkowo bogaty. Hierarchiczny, patriarchalny świat – nie oszukujmy się, sposób organizacji studiów artystycznych i pracy w kulturze i sztuce jest jego nieodrodnym dzieckiem – zawsze znajdzie sposób, żeby usprawiedliwić swoje występki i wzmocnić system władzy. Wychowani w przemocowym systemie tę przemoc replikują, a świat trwa w nieprzerwanym kręgu cierpienia. Młode pokolenia wreszcie chcą ten przeklęty krąg przerwać. Docierają już pierwsze znaki, że może się to udać: Gildia Reżyserów Polskich postuluje powołanie komisji do zbadania przemocowych zachowań w branży, a przy szkołach artystycznych pojawiają się organy, do których można się zwracać w przypadku doświadczenia czy zaobserwowania przemocy (niestety, najczęściej to organy wewnętrzne instytucji). Fala, która wezbrała dzięki dzielnym świadectwom ofiar ma szansę uderzyć w mury starego porządku. I miejmy nadzieję, że zmyje je bezpowrotnie, zostawiając pole do tworzenia bardziej równościowych, egalitarnych i humanitarnych struktur.

WIĘCEJ