Pornoimperium pod płaszczykiem technologii. Jak MindGeek zbudował swoją potęgę

Kanadyjski gigant używa modnego żargonu, żeby przykryć skalę własnych nadużyć.

Pandemia przyniosła branży pornograficznej astronomiczne zyski. Oczywiście, wcześniej też nie miała powodów do narzekania, ale ograniczenie ludzkiego kontaktu, rozpady związków, czy piekielna nuda sprawiły, że serwisy w rodzaju Pornhuba biły rekordy. MindGeek, potężna korporacja, która jest właścicielem m.in. PornHuba, YouPorne i RedTube, ma powody do świętowania, ale i do zmartwień. Legalność wielu materiałów ze stron od dawna budziła podejrzenia, nie było tajemnicą również to, że filmiki z gwałtami, uploady bez wiedzy zainteresowanych, a nawet dziecięca pornografia nie były ewenementem, a naturalnym elementem krajobrazu. W grudniu New York Times ujawnił wyniki śledztwa, z którego wynikało, że ofiary napaści seksualnej znajdowały wideo z zajścia na serwisach pornograficznych, a MindGeek nie robił zbyt wiele, żeby to zmienić, mimo usilnych próśb ofiar. Nad firmą zebrały się ciemne chmury. Visa, Mastercard i Discovery odcięły swoim kartom dostęp do Pornhuba, a sprawą zainteresował parlament Kanady. Sam serwis zmienił zasady uploadowania filmów, stawiając na zweryfikowane konta (rychło w czas). Jednocześnie wiele osób pracujących seksualnie dostało rykoszetem, bo zagrożony został model ich zarobku – nie każdy chce emigrować na OnlyFans, a pornhubowa infrastruktura sprzyjała amatorskiej twórczości, zresztą bardzo w serwisie popularnej. Jak zwykle, za brak regulacji i starcia z problemami rzeczywistości z otwartą przyłbicą płacą słabsi, a nie szychy na górze, które tylko pływają w galaktycznym strumieniu hajsu. W tym kontekście warto pochylić się nad MindGeek, firmą potężną i tajemniczą, która robi wiele, żeby machinacje pornoimperium nie wychodziły na jaw. 

Zacznijmy od Kanady. Wbrew prawicowemu pojękiwaniu nie jest to komunistyczne piekło, gdzie bogaci ludzie to konie pociągowe, a wszyscy biorą socjal od państwa, nie pracują, tylko siedzą na karuzeli zmiany płci i imprezują z tęczowymi dragami. To nawet niesamowite, że ten kraj wyrobił sobie podobną opinię – być może to czary gładkiego Justina T, a być może kontrast z sąsiadem z południa. Ale pod wieloma względami Kanada niewiele różni się od Stanów Zjednoczonych, a w jednym jest wręcz bliźniaczo podobna. Wobec korporacji w Ameryce Północnej panuje konsensus – powinny mieć przywileje. I mają, szczególnie fiskalne. Na każdego dolara podatku zapłaconego przez korporację, zwykli Kanadyjczycy płacą 3,5 dolarów. Ostatni raz proporcjonalna ilość podatku dochodowego między obywatelami a korporacjami była równa w… Latach pięćdziesiątych. Czy Kanada jest tutaj wyjątkiem? Absolutnie nie, większość krajów na świecie trzęsie portkami przed wielkimi firmami, żyjąc neoliberalnymi toksynami wciskanymi od lat 80-tych, kiedy rzezimieszek Milton Friedman rozpoczął swoją nienawistną krucjatę przeciwko gatunkowi ludzkiemu. Ale patrząc na to, gdzie MindGeek robi swoje biznesy, nietrudno odgadnąć klucz jakim się kieruje. Poza Montrealem to również Luksemburg, Bukareszt, Dublin i Londyn, czyli podatkowe raje dla tworów z głęboką kiesą. Kanadyjska firma to de facto monopolista na rynku pornografii. 8 z 10 największych agregatów takich treści należy do MindGeeka, 10% całego ruchu (!) w Internecie odbywa się właśnie tam. Korporacja rozprasza swoje zyski w dziesiątkach mniejszych podmiotów, a Bernard Bergemar, właściciel firmy, jest równie wpływowy, co Mark Zuckerberg, czy inni CEO technologicznych gigantów. Ale w przeciwieństwie do nich, działa w cieniu. Ma ku temu powody.

Na początku zeszłej dekady branża porno przechodziła kryzys. Meteoryt internetowego piractwa uderzył w nią jak w dinozaury, rozpaczliwie trzymające swoje płyty DVD w za krótkich łapkach. I tutaj na scenę wkroczył sprytny Fabian Thylmann. Przy pomocy sekretnych inwestorów z Wall Street – m.in. Fortress Investment Group, JPMorgan Chase i Cornell University (!) – skupował upadające pornobiznesy i strony rosnące w siłę, w tym firmę z Montrealu, która miała pod sobą marki Pornhub i Brazzers. Zebrał je pod nazwą Manwin (bro…), która w 2013 przeistoczyła się w MindGeek, już bez swojego założyciela, który sprzedał udziały. Thylmann dość szybko zrozumiał jedną przełomową rzecz – największą wartość mają nie same treści, ale reklamy pod nie podczepione. Już pod koniec lat dziewięćdziesiątych, jako nastolatek, stworzył oprogramowanie, które umożliwiało właścicielom stron zarabianie na reklamach przez śledzenie tego, w co ludzie klikali najchętniej. W ten sposób rozwiązał się największy problem sieciowej pornografii – skoro treści i tak są dostępne za darmo, to niech będą oklejone reklamami i to one będą zarabiać. Dzisiaj ten model ewoluował dalej. MindGeek wszedł w obrót big data, a nic nie dostarcza tak dobrych informacji o użytkownikach i użytkowniczkach, jak ich zachowania na stronach pornograficznych. Owszem, istnieją płatne subskrypcje, ale nikt nawet nie kryje, że głównym kołem zamachowym biznesu jest obrót ludzkimi danymi – MindGeek lubi prezentować się jako firma technologiczna, nie pornograficzna. Wystarczy wejść na ich stronę, która częstuje nas technologicznymi buzz wordami i hasłem Industry-leading exclusive technologies driving unparalleled performance (nie ma za to ani słowa o pornografii). Tego typu zwrot był bardzo potrzebny, żeby inwestorzy mogli przepychać swoje pomysły przez rady nadzorcze, które patrzyłyby krzywym okiem na wycieczki w porno. Ale jeśli zamachać im przed oczami hasłem BIG TECH? To już zupełnie inna historia.

Ethan Miller/Getty Images

Za MindGeek ciągną się problemy, wiele z nich w zasadzie od samego początku istnienia firmy. Pomimo tego, że na stronach giganta pojawiają się treści produkowane przez podmioty skupione pod parasolem korporacji i twórczość amatorska, to sporą częścią są też filmy spiracone z innych stron. Doprowadzenie do ich usunięcia to droga przez mękę, nie zawsze zakończona sukcesem, a przecież nie każdy ma czas i siły na kopanie się z monopolistą. Ale niesprawiedliwe traktowanie innych producentów porno to jedno, a realna ludzka krzywda to drugie. Jak wynika ze śledztwa przeprowadzonego przez New York Times, MindGeek nie radzi sobie z filmami wideo z gwałtów i napaści seksualnych. Przed szereg wyszła ponad setka pokrzywdzonych osób, wiele z nich nieletnich w momencie filmowania. Firma usunęła część materiałów, ale trudno powiedzieć, że posypała głowę popiołem. Na zarzuty o systemowej naturze nadużyć – również jeśli chodzi o treści pedofilskie, rzekomo ignorowane przez moderatów serwisów – odpowiada przeczeniem i okrągłą korpomową. Kanadyjski rząd i parlament zaczęły coraz mocniej przyglądać się działaniom giganta, a 70 parlamentarzystów i parlamentarzystek apeluje o śledztwo kryminalne. Wykrusza się wsparcie firm zarządzających kartami kredytowymi, mimo, że to właśnie pornografia przeprowadziła rewolucję w internetowych płatnościach i ich bezpieczeństwie. Gdzieś w tym wszystkim gubi się los osób pracujących seksualnie, siłą rzeczy skazanych na funkcjonowanie w infrastrukturze zbudowanej przez MindGeek. Kalifornia i Nevada mają swoje prawa regulujące branżę pornograficzną, ale pod tę ochronę łapie się zaledwie ułamek występujących w filmach. Jak pokazał wstrząsający reportaż The Last Days Of August, który naświetlił historię samobójstwa gwiazdy porno August Ames, nawet na najwyższym poziomie branży przemoc to upiorna norma. Nie da się ukryć, że marketingowe sukcesy Pornhuba, czy coraz większa obecność gwiazd porno w modnych podcastach zrobiły wiele, by znormalizować podejście do branży i nadać jej bardziej ludzką twarz. Niestety, nie poszły za tym systemowe zmiany, które stworzyłyby bardziej bezpieczne warunki pracy. 

Jeden z kanadyjskich artykułów sprzed pięciu lat, który słusznie zastanawia się nad monopolistyczną pozycją MindGeek, kończy się nadzieją, że Google zacznie walkę z „tubami”, czyli agregatami pirackich treści w rodzaju RedTube’a czy Pornhuba. W wypowiedzi człowieka z branży pobrzmiewała pozytywna nutka lokująca w Google rolę moralnego strażnika, który weźmie się za piractwo i poluzuje monopolistyczny uścisk MindGeeka na branży porno. W 2021 MindGeek wymienia się obok Google jako giganta branży technologicznej i nawet czarne, kryminalne chmury nie zapowiadają wielkiej zmiany w pozycji monopolisty. Jeśli kanadyjskie władzą wezmą się za to tak, jak biorą się za korporacyjne przywileje, to  Bernard Bergemar i jego udziałowcy mogą spać spokojnie.

WIĘCEJ