Takie niespodzianki lubimy.

Przyznam, że pierwsza fala zachwytu nad Kizem mnie lekko ominęła – owszem, przewijały się te bangerki tu i ówdzie, ale nie rzuciłem się od razu w nałogowe słuchanie rapera z Wybrzeża. I trochę tego żałuję, bo po spotkaniu z Jeszcze pięć minut wiem, ile straciłem. Z zastrzeżeniem – Kizo z Posejdona czy nowej płyty, to inny artysta, niż na początku swojej drogi. A nie było to wcale tak dawno – debiut zaliczył pięć lat temu. W ostatnich trzech latach wydał sześć (!) albumów, co jest wynikiem zawstydzającym nawet Tedego i innych stachanowców rodzimego hip-hopu. Ale trudno te pierwsze wydawnictwa przełknąć do końca. Nie ma tu wakacyjnych hitów, brakuje luzu. Obowiązuje za to pełna powagi uliczna narracja, generyczna produkcja i głodne kawałki o prawilniackim sznycie. Czym bliżej Jeszcze pięć minut, tym z Kizo było lepiej. Zmienił głos i flow, zaczął sięgać po bity nawiązujące do reggaetonu, muzyki klubowej, czy radosnego eurodance’u. Nagrał m.in. z Margaret, poszedł się bić do klatki. I tak dotarliśmy do najnowszej płyty, która zmiata z planszy większość z tego, co naprodukował polski rap w tym roku.   

W świecie marketingowej kalkulacji i konceptów obliczonych na implodowanie mediów, lekko przaśna bezpośredniość Kizo wypada jak świeża bryza wywiewająca smog. W jego osobowości – imprezowego prawilniaka, który po prostu cieszy się życiem i w zasadzie niczego więcej nie potrzebuje – nie ma pretensjonalności, ba, nawet uliczne kody przekazuje z polotem. Co w Polsce jest rzadkością, bo cegłówką moralizatorstwa miotają nie tylko tabuny składów o nazwach złożonych z pojedynczych liter, ale także prawnuki znanych pisarzy, którzy uważają się za Artystów przez ogromne A. Jedyne, co sprzedaje Kizo w swojej muzyce, to dobrą zabawę, kilka prostych prawd o życiu – ale jak nie chcesz ich słuchać, to też spoko – i migawki z życia w trasie. Do przestępczej półprzeszłości odnosi się naturalnie i bezpośrednio, do blichtru i bogactwa ze zdystansowaną sympatią. Najlepiej wypada, kiedy sięga po taneczne i wakacyjne bity, chociaż na Jeszcze pięć minut słyszymy szeroką gamę modnych brzmień, z nieśmiałymi wycieczkami w stronę drillu i wyborami najlepszych type beats, brzmiących jak zza Oceanu. To w zasadzie przepis na generyczną płytę jakich wiele, ale Kizo osadza całość w swojskim kontekście. Zdarzają mu się zabawne linijki i trafne punchline’y, ale największą zaletą stylu artysty jest jego ucho do melodii i chwytliwych refrenów. Hiciarski „Disney”, emo rapowa perełka „Zdrowie”, czy duet z Kabe w „Aladinie” zostają w uchu na długo. A skoro już mowa o duetach, to ta pozytywna osobowość Kizo rozlewa się na wszystkich, których zaprosił na płytę. Oki, Berson, Wac Toja, czy Major SPZ wjeżdżają na poziomie równym gospodarzowi.

Kizo rezonuje z naprawdę różnymi ludźmi. Truskulowe głowy i boomerscy specjaliści od rapu siąkają na jego sukces, niektórzy nawet mówią o nim, że robi disco polo, co jest… Głupie? Ignoranckie? Raper nie jest przenikliwym obserwatorem rzeczywistości, zresztą w ogóle takich aspiracji nie ma. Za to zupełnie naturalnie sięga po przebojowe bity i stylistyki, nie z komercyjnej kalkulacji, a dla własnej przyjemności – o wiele większe pieniądze niż na muzyce zarobił w biznesie na linii Medellín – Gdańsk. Z nawijek o furze i sianie nie bije pusty flex, ani samozadowolony kult jednostki, a przyziemny komunikat: zarobiłem, to mam i korzystam. To połączenie naturalnego luzu, często kuriozalnych zwrotek, w których pobrzmiewają echa stylu Sentino (mówię o tekstach, nie o flow) i wakacyjnego mindsetu sprawia, że Kizo stał się herosem zarówno prawilniaków, jak i undergroundowej publiczności post-muzycznej o bardziej popowych inklinacjach. Pewnie sporo w tym jakiejś formy chłopomaństwa i dziwnych projekcji, ale ta muzyka przemawia do każdego i bez takich rozkmin. Rodzimy hip-hop potrafi zamęczyć powagą i fiksacją na własnym punkcie, a ten poczciwy zipek wchodzi na pełnej wyjebce. Chce mieć sentymentalny banger na eurodance’owym bicie, to nagrywa „Disney”, potrzebuje trapowego ciężaru do robienia gnoju na koncertach, to robi „Pogo”, a jak przychodzi mu chętka na refleksję, to nawija „Wrrrum”. Jeszcze pięć minut jest różnorodne i lekkie, a czas przy słuchaniu płynie szybko i przyjemnie. Słuchając tej płyty wielokrotnie przypominał mi się Mata i jego ostatni album. Owszem, ma z pewnością bardziej jakościowe teksty, niż Kizo, ale tam męczyłem się równie mocno, jak sam autor, który kminił w pocie czoła, gdzie sprowokować, jak cwanie przekminić i jak zadbać o efektywność i efektowność. Kizo raczej długo nad tymi wałkami nie myśli – o czym sam nawija – tylko wbija do studia, nagrywa i leci dalej w tango. A przy okazji wychodzą mu takie wersy, jak: mam bandę wiernych fanów / Nieważne czy są z biedy, czy to banda bananów / Jak dobry człowiek – szanuj. Mnie do siebie przekonał, choć byłem sceptykiem. Jeszcze pięć minut to jedno z największych muzycznych zaskoczeń tego roku, dobrze, że na ogromny plus!

Artykuł powstał we współpracy z e-muzyka – dystrybutorem premiery w serwisach streamingowych
WIĘCEJ