Bez pułapek, za to z ładunkiem kreatywności.

Mimo tego, że bity odpowiadają za jakieś 75%-90% przyjemności z odbioru rodzimego rapu (liczba różni się względem tego, kogo się spyta o opinię), to do płyt producenckich nie mamy zbytniego szczęścia. Od złotych czasów Volta było ich mało, o różnym stopniu jakości. Ruleta 1988 od razu wskakuje do ścisłej czołówki. To album o unikalnym brzmieniu, które przetrwa próbę czasu, pokrywającym tradycyjne obszary spod znaku stopy i werbla, jak i ciężkie basy, charakterystyczne dla nowej fali stylistycznej. Już od czasów Synów 1988 był jednym z najciekawszych polskich beatmejkerów. To prawdziwy artysta atmosfery i mało kto – o ile ktokolwiek – jest w stanie skonstruować tak absorbującą przestrzeń w utworach. Ruleta to o tyle udane przedsięwzięcie, że mimo obszernej listy gości z różnych bajek, wciąż trzyma się unikalnego brzmienia. Głosy na trackach wchodzą i wychodzą, ale główną siłą pozostają podkłady. To nie znaczy, że goście nie udźwignęli doskonałych bitów – wprost przeciwnie, poziom jest wysoki i mniej więcej równy przez cały czas. Rulecie udaje się coś, co jest rzadkością przy takich projektach – przy bardzo aktualnym zestawie artystycznym nie mamy wrażenia, że album podąża za trendami, które zmienią się dosłownie za chwilę.

1988 to eksplorator niskich rejestrów. Bas na Rulecie ma wiele oblicz, ale jeden charakter – jest pełny, ciężki i jest głównym ośrodkiem, wokół którego orientuje się reszta. Czy mówimy o drillowych podskokach w „Ciągle Stoję”, czy drum’n’bassowej łodzi podwodnej w „Metronomie”, czy o mięciutkim masażu 808 w „Nie Mam Czasu”, doły chodzą tutaj z siłą brygady olbrzymów. Ale nie tylko bas zasługuje na oklaski. W zalewie kopiowanych kopii, 1988 ma wybitnie unikalny styl, łączący patenty zaczerpnięte z muzyki elektronicznej z klasyczną produkcją hip-hopową. Syntezatory i sample skradają się równolegle, niczym dwóch shinobi infiltrujących zamek nocą. Trzask winylowej płyty sąsiaduje z chłodnymi soplami dźwięków rodem z grime’u. Podział na nową szkołę starą szkołę dla autora Rulety nie istnieje, bo edukację skończył dawno, do tego z wyróżnieniem. To nie jest kwestia żonglerki stylami i pokaz muzycznej erudycji – jasne, to bardzo różnorodny album – ale artystycznej autonomii, której nie da się podrobić. Nawet w utworach, w których głosy podchodzą do tematu delikatniej, 1988 dymi na bicie, przyciemniając atmosferę. 

Z gośćmi na takich płytach bywa różnie, ale Ruleta i pod tym względem to miłe zaskoczenie. Kosi jak zwykle na pełnym propsie, nawet jeśli bit leży kawałek dalej, niż terytorium, z którego jest najbardziej znany. Tymek to żaden książę ciemności, ale w „Plecaku” brakuje mu tylko peleryny, żeby zostać nowym Draculą. Gedz, jak to często u niego bywa, błyska kreatywnością. Barto Katt to wciąż złoty chłopak i wspólny album z 1988 byłby całkiem łakomym kąskiem. Podobnie jak głębsza współpraca z Hałastrą, która pasuje idealnie do tych basowych kazamatów. Ciekawe rzeczy dzieją się poza rapem – hermeneia ze swoim głosem staje się falą obmywającą basowe brzegi, a wspólny numer Margaret i Kachy z Coals to eteryczny trap-pop ze snów po dniu na słońcu. Nath nagrała bodaj najlepszy numer w karierze. Udanych wokalnych momentów jest na Rulecie sporo, praktycznie każdy dał radę. 18 utworów to naprawdę sporo, co przy takim zestawie osobowości grozi męczeniem buły. Szczęśliwie, 1988 i jego goście dowożą jakościową różnorodność. Styl producenta jest ponadczasowy, ale wokalny skład zaproszony na płytę jest dobrym podsumowaniem ciekawych łbów współczesnej muzyki. Jeśli ktoś za dekadę zapyta o kondycję polskiej muzyki chwilę po pandemii, to bez mrugnięcia okiem wskażę na Ruletę jako świetną pocztówkę z naszych czasów.

Producencka płyta 1988 nie zawodzi, a lekkie obawy, które wzbudziła we mnie publikacja tracklisty, rozwiały się już po pierwszym odsłuchu. Ruleta nie musi dostosowywać się do trendów, nie sądzę też, że je wyznacza. To mocny, autonomiczny głos artystyczny, z rozmysłem sięgający po ciekawe patenty z różnych zakątków brzmieniowego uniwersum. Czułem albumowy niedosyt w polskim rapie – od jakiejś dekady płyty jako zwarte koncepty, a nie zbiory randomowych wałków, pojawiały się rzadko. Ruleta, mimo bycia pracą grupową, od razu trafia do elitarnego grona albumowych artefaktów, do których warto wracać chętnie i często. 

WIĘCEJ