Najnowszy pomysł partii rządzącej na regulacje radiowe nie spotkał się z dobrym przyjęciem.

Kiedy Marek Suski, człowiek od zadań specjalnych, który zawsze jest rzucany do prezentowania najdzikszych pomysłów partii rządzącej, oświadczył, że planowane jest zwiększenie obecności polskiej muzyki w radiu (50% czasu antenowego, od 5 do 24 ma to być nawet 80%), w internecie zawrzało. Libki od razu sięgnęły po protokół uwaga komuna wraca, inne śmieszki piszą, że będziemy skazani na słuchanie polskiej muzyki. Nawet w branży muzycznej nie zabrakło głosów kuriozalnych: znajomy niezależny muzyk (którego swoją drogą bardzo szanuję) powiedział coś o zaiksiarzach, w podobnym tonie wypowiedział się Piotr Metz. Jo, ziomki, ZAiKS nie jest naszym wrogiem, wprost przeciwnie – abstrahując od marnotrastwa popełnionego w przeszłości, to instytucja, która nie tylko jest potrzebna, ale w ostatnich latach dość radykalnie zmieniła swoje oblicze. Jedną z większych tragedii rządów PiS-u jest to, że kiedy już odejdzie (oby to się stało jak najszybciej, ale żyjemy w Polsce i nadzieja jest dosyć kosztowna), jakiekolwiek pomysły regulacji i państwowej interwencji, nie mówiąc np. o dużych nakładach publicznych na kulturę, będą podczepiane pod pisowską narrację. Tymczasem pomysł na wsparcie polskiej muzyki nie jest zły, co więcej, podobne rozwiązania funkcjonują w innych europejskich krajach. Oczywiście, nie mam złudzeń, że gdyby to właśnie PiS zabierał się za formowanie podobnego modelu, dostalibyśmy nonsensowny koszmarek, który polskiej muzyce wyrządziłby więcej szkody niż pożytku. Kluczowe jest tu rozróżnienie na muzykę polską polskojęzyczną. To drugie określenie – które funkcjonuje w dzisiejszym prawodawstwie medialnym – jest niestety bardzo ograniczające i wyklucza spore obszary, w których znajdziemy naprawdę dobrą muzykę. Tak jest choćby ze wszystkimi instrumentalnymi brzmieniami, od jazzu po elektronikę, takie postawienie sprawy wyklucza również osoby z Polski śpiewające w innym języku, niż rodzimy. Jeśli podczas nocnych podróży zdarzało wam się trafić na polskie radio i kuriozalną selektę polskich piosenek, to właśnie skutek tego prawa. Obawiam się, że regulacje proponowane przez PiS zmierzałyby właśnie w stronę muzyki polskojęzycznej, a nie polskiej w ogóle. Co do samych intencji partii rządzącej złudzeń nie mam – to gest obliczony na obłaskawienie Pawła Kukiza, który i tak zdążył już skrytykować ten pomysł. Szkoda, że o potrzebnej reformie medialnych regulacji rozmawiamy w takiej atmosferze: między pisowskim cynizmem i niechlujstwem, a beka kwikiem po libkowej stronie. Że zmiany są potrzebne, wiemy nie od dzisiaj.

Na początku XXI wieku w Niemczech w radiu znajdowało się mniej niż 10% niemieckiej muzyki. Od połowy lat 90-tych tamtejsze środowisko artystyczne walczyło o jakąkolwiek regulację, nawet symboliczną w postaci 25%. Na przestrzeni lat podejść było kilka – najbliżej realizacji było w 2004 i 2015, kiedy Bundestag zasugerował 35% niemieckiej muzyki na antenie. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, a w radiu naszych sąsiadów dominują anglosaskie przeboje. We Francji obowiązuje wymóg grania 40% rodzimej muzyki, z czego połowa ma pochodzić od osób debiutujących. Model francuski jest dla wielu szczególnie atrakcyjny, głównie przez promowanie debiutów. Co ciekawe, w pisowskiej propozycji znajdziemy podobne rozwiązanie: muzyka osób debiutujących ma liczyć się potrójnie. Jak widać, da się skutecznie i systemowo wspierać lokalną muzykę, ale pytanie brzmi: w zasadzie czemu? Czy nie powinna sobie poradzić na rynku? W podobne tony uderzył Paweł Kukiz, podając rozgłośnie komercyjne za wzór. Obawiam się, że wiara w wolny rynek i jego sensowną sprawczość w 2022 to w najlepszym wypadku dowód na naiwność, w najgorszym objaw złej woli. Spora część szyderstwa w głosach krytykujących pomysł regulacji pochodzi z niewiedzy. Niestety, wielu ludzi w mainstreamowych mediach wciąż operuje na mentalnym poziomie hejtowania wszystkiego, co polskiego, lekceważenia lokalnej muzyki i stawiania zachodnich wynalazków ponad naszą kulturę. W jakimś sensie to rozumiem, w kraju z tektury muzyczny główny nurt – choć z roku na rok coraz lepszy – ma się podobnie, a wiadomo, że trawa zieleńsza, gdzie nas nie ma. A jeśli ktoś ze swojego horyzontu wyklucza hip-hop, wtedy rzeczywiście można odnieść wrażenie, że nie uratuje nas nic poza amerykańskimi i angielskimi hitami z lat 80-tych. Tymczasem polski niezal nie ma za bardzo swojego miejsca w kulturalnej optyce. Nominalny odbiorca tych brzmień – m.in. osoby z wielkomiejskiej klasy średniej – wciąż żyją w przedświadczeniu, że szczytem alternatywy jest Męskie Granie, a muzyka klasyczna to obowiązkowy paszport klasowej przynależności. Polska elektronika, w mniejszym stopniu jazz (z ciągle powiększającą się publicznością, ale chyba wciąż nie do końca realizujący swój potencjał popularności), indie gitarki o łagodniejszym charakterze – to są gatunki, które w kontekście radiowym mogłyby zaistnieć bez ryzyka, że zepsują dzień osobie managerskiej. O czym zaświadczy choćby sukces WaluśKraksaKryzys, czy wczesnego Króla. Ale do tego jest potrzebna infarstruktura. Część mediów misję wyszukiwania lokalnych perełek realizuje, inni polską muzykę – poza obowiązkowym rapem, oczywiście – mają najzwyczajniej w nosie. 

To zaniedbania wieloletnie i dość złożone, bez prostego wskazania winowajcy. Edukacja muzyczna praktycznie nie istnieje, przez wiele lat majorsi prowadzili dość nieudaną politykę rekrutacyjną na rodzimych scenach (co się szczęśliwie dość mocno zmienia), samorządy i władze centralne nie były zainteresowane wspieraniem kultury niezależnej… A to tylko poczatek listy. Nie mam również złudzeń, że taką ustawą nadrobimy kilka straconych dekad, kiedy systemowo osłabiano polską kulturę niezależną, bo do tego należy sprowadzić hasło rynek zweryfikuje. Rynek weryfikuje jedno – ci, co mają dużo kasy, będą jej mieć jeszcze więcej. Dotyczy to również muzyki, gdzie w szczególnie zatłoczonej i konkurencyjnej sytuacji przywilejem widoczności cieszą się krezusi. Kapitalistyczne kłamstwo merytokracji i tego, że mityczny rynek zawsze wybiera co najlepsze, cieszy się jednak nad Wisłą i Odrą sporym powodzeniem, niestety, także wśród ludzi zazwyczaj rozsądnych. Nie ma nic złego w chronieniu i promowaniu własnych osób artystycznych na rynku i jeśli mielibyśmy zacząć od ustawy procentowo regulującej polską muzykę w medium, które swoje najlepsze lata ma za sobą, to nie jest jakiś spory kompromis. Ale do tego potrzeba racjonalnej dyskusji, z dobrze ustawionymi i uzasadnionymi pozycjami. Pomysł napisany na kolanie, wrzucony w sam środek partyjnej naparzanki i zupełnej polaryzacji społecznej, jest zmarnowaniem okazji do tego, żeby ją przeprowadzić. Szkoda, bo polska muzyka – szczególnie ta niezależna – jest naprawdę warta chronienia przed krwiożerczymi mechanizmami mitycznego rynku. 

WIĘCEJ