PLUR zamieniliśmy na HATE. Czy da się zszyć rozerwaną scenę klubową w Polsce?

PLUR czyli Peace, Love, Unity, Respect to nośne hasło, które w teorii stanowi podstawę kultury rave. Mimo tego, że w ostatnich latach mogliśmy obserwować ogromną karierę słowa rave, to zostało ono tak wyprane z oryginalnego znaczenia, że zaczęło po prostu oznaczać dowolną imprezę z muzyką taneczną.

Za to z PLUR było chyba coraz lepiej – małymi kroczkami warstwa wartości bywała podkreślana w kontekście sceny klubowej, a przynajmniej robiono sporo, żeby tak było. Pandemia oczywiście zupełnie tę scenę przeorała, buzujące życiem kluby zamieniła w mniej lub bardziej udane streamy, które z miesiąca na miesiąc przyciągały coraz mniejszą publiczność. A jednak wciąż powstają nowe inicjatywy, a ziarno zajawki, zasiane przez kilka bardzo udanych lat, kiełkuje w postaci domowych produkcji i nowych postaci na scenie, które nawet jeśli nie mają gdzie grać, to i tak nagrywają sety. Oczywiście, pełzająca komercjalizacja, popularyzacja prowadząca do spłycenia pewnych aspektów kultury klubowej, czy tradycyjna galeria osób cwanych i obrotnych kapitalizujących boom na techno to również rzeczy, o których warto rozmawiać. Ale zmierzaliśmy w coraz lepszą stronę, oddalając się od opinii, że imprezy techno to manieczki i muzyczka z komputera. Przypominam, że tego typu głosy były normą jeszcze nie tak dawno, bo siedem czy osiem lat temu. Z egzotycznego i nierozpoznanego zjawiska, względnie rozrywki dla pogardzanych ludowych mas, wyjście do klubu z muzyką taneczną stało się modną aktywnością, a techno uzyskało status popularnej muzycznej alternatywy. Owoce tego boomu nie były rozdzielane po równo – ale hej, to stały element kapitalistycznej rzeczywistości (co nie znaczy oczywiście, że trzeba się na nią godzić w milczeniu i tu też kultura klubowa ma spory potencjał).

Nowy rok zaczęliśmy poobijani, praktycznie na każdym poziomie. Wiele osób straciło pracę, zostało dotkniętych redukcją płac, albo po prostu dojechanych przez samotność i niepewność. Skrajna nieodpowiedzialność naszych władz dała pole do popisu koronawirusowi i staliśmy się niechlubnymi liderami Europy w dość upiornych kategoriach.

Niemal każdy ma w rodzinie kogoś, kogo dotknęła choroba, także ze skutkiem śmiertelnym. Wydawać by się mogło, że to idealne warunki do rozkwitu mitycznego PLUR. Nic bardziej mylnego. W 2021 scena klubowa wchodzi nawet nie tyle podzielona, co dramatycznie porozdzierana. Spory o pryncypia to jedno, ale jeszcze nigdy nie było tak źle na poziomie personalnym. O ile wcześniej internetowe połajanki i spory amortyzowały choćby przelotne spotkania w klubach i na festiwalach – co pozwalało przykleić ludzką twarz do sieciowych adwersarzy – tak teraz, odizolowani, po prostu rzuciliśmy się sobie do gardeł. Zanim za mocno wjedzie mi hołowizm, chciałbym podkreślić, że o pewne sprawy należy się ostro spierać, czy nawet konkretniej, mocno je piętnować. Skandalem są najróżniejsze imprezy, czy to w formie zupełnie tradycyjnej, w klubach (dzięki skorumpowanym układom z policją w jednych przypadkach, sprytnej grze w kotka i myszkę z mundurowymi w innych), czy w najróżniejszych willach i innych okazyjnych przestrzeniach. To byłoby nawet zabawne, że rave odzyskał swoje pierwotne znaczenie jako nielegalnej imprezy, gdyby nie kontekst pandemiczny, który ten swoisty bunt stawia w złym świetle. To tylko moja opinia, ale ciężko mi uwierzyć, że chodzi tutaj o coś innego, niż zwykłą nieumiejętność usiedzenia na dupie. Znając finansowe realia branży, argumenty o materialnym przetrwaniu ludzi sceny mają ograniczone zastosowanie (zresztą stawki na covidobibkach nie powalają). Właśnie te nielegalne imprezy są główną osią sporu. Pewne środowiska nie przebierają w słowach i oskarżają osoby je organizujące o zabójstwo. I tak, jak należy próbować przemówić do rozsądku nieodpowiedzialnym, tak operowanie takimi ciężkimi działami jest drogą donikąd. Efekty już widać – frakcja skupmy się na muzyczce jest jeszcze bardziej obrażona na frakcję progresywną, a ta ostatnia albo traci siły, albo jeszcze mocniej się antagonizuje. Nie sugeruję tu bynajmniej polityki miłości do osób skrajnie nieodpowiedzialnych, ale krzyczenie, że ktoś kogoś morduje to mało konstruktywny sposób na szerzenie dobrych wartości (nawet jeśli dzięki różnym technicznym wygibasom wyjdzie nam, że to prawda). Z drugiej strony, ten poziom emocji zupełnie nie dziwi, bo covidoimprezki są nie tylko cofnięciem całej dyskusji o wartościach na scenie klubowej, ale także niebezpiecznym argumentem w rękach władz kiedy już dojdzie do stopniowego rozmrażania rzeczywistości.   

Tych sporów jest więcej. Przy okazji protestów przeciwko wyrokowi pseudotrybunału Julii Przyłęskiej, pojawiły się także techno protesty. One też stały się kością niezgody i przyczynkiem do najróżniejszych egotripów. Jedni chcieli laurów i pomników za puszczanie muzyki, inni na pełnej śmiechawce bawili się doskonale, bo wreszcie była jakaś impreza, niezależnie od politycznego kontekstu. Zagram adwokata diabła i powiem, że dobrze, że tacy ludzie też tam byli, bo pompowali frekwencję. Żarty na bok – po raz kolejny okazało się, że nie możemy się zgodzić nawet w sprawach, które mogą się nam wszystkim przysłużyć. O estetyce tych sporów strzępić ryja nie warto. Dość szybko przeszło na personalne pojazdy. Nie zrozumcie mnie źle, toksycznych jednostek jest pełno na każdej scenie, ale muzyka klubowa, rzekomo tak egalitarna i skupiona na pozytywnej energii, powinna dokonywać rachunku sumienia mocniej, aniżeli np. scena rapowa, gdzie zdrowa i chora rywalizacja to naturalny element krajobrazu. Covidobibki, zasługi i przewiny na protestach, kawalkada mniejszych i większych przypałów – to wszystko złożyło się na wybuchową mieszankę, ochoczo podpaloną przez media społecznościowe, bo taka ich natura. PLUR zamieniliśmy na HATE, a sama muzyka, która przecież w męczących czasach pandemii powinna nieść ukojenie, zeszła na czwarty, piąty czy nawet dziesiąty plan. A przecież zamknięci w domach pownniśmy pielęgnować to, co się da w tych warunkach pielęgnować – nowe utwory, ciekawe miksy, pomysłowy merch serwowany na bandcampowych piątkach. Skupić się na muzyce, ale w pozytywnym znaczeniu.

Nie ma co wskazywać palcami – celowo w tym tekście nie uświadczycie konkretnych ksyw, nazwisk i miejscówek. Czas skończyć z naparzanką, a zacząć proces odbudowy.

Wyobraźmy sobie, że jakimś cudem następuje odmrożenie branży rozrywkowej. Co się wtedy dzieje? Czy ludzie, którzy jeszcze wczoraj tłukli się przy pomocy klawiatur zaczną się bić na środku festiwalu muzycznego? Czy bookerzy i bookerki klubów zaczną tworzyć czarne listy co bardziej wrażych jednostek, które powiedziały coś nie tak na Facebooku (ok, to się chyba działo nawet przed pandemią)? W każdym razie czuję, że coraz bardziej zbliżamy się do punktu, z którego nie ma powrotu. Wcale tak być nie musiało. W początkowej fazie pandemii odbył się szereg dyskusji, które zwiastowały jakieś wspólne pomysły na poradzenie sobie w trudnej sytuacji. Po drodze to wszystko się rozbiło – czy o biznesy z szemranymi podmiotami (jak SOIAR, który miał bronić interesów branży eventowej, a jest lobbystyczną wydmuszką dla babilońskich pomiotów w rodzaju Live Nation), czy o coraz bardziej zaognione personalne konflikty, czy o tzw. prozę życia. Nie czuję się zaskoczony, ale zmarnowana szansa będzie boleć długo. Mimo wszystko mam nadzieję, że możemy się jeszcze wszyscy dogadać, zanim otworzą się pierwsze parkiety do tańca. W kupie siła – co prawda rząd ignoruje niemal każde środowisko, niezależnie od tego jak mocno zjednoczone – ale jeśli przynajmniej większa część sceny będzie umiała się porozumieć, to łatwiej będzie formułować postulaty czy wiarygodne deklaracje o przestrzeganiu sanitarnych wymogów koniecznych do rozpoczęcia działalności. Dość mocno przyglądam się najróżniejszym programom wspierającym branżę rozrywkową w kryzysie za granicami naszego kraju i najlepsza pomoc oferowana jest w państwach, w których istnieją mocne, zjednoczone podmioty. Tak, rządzi nami banda uciekinierów z piekła, ale nawet z diabłem da się negocjować. A jeśli do negocjacji staje skłócona grupa obrażona na siebie nawzajem pieniaczy, to trudno oczekiwać, że będziemy traktowani poważnie. Zatem zróbmy coś – możemy zacząć od – uwaga, kontrowersyjne słowo – debaty, by stworzyć platformę porozumienia. Pewne zerwane relacje trudno będzie zresetować do neutralnego poziomu, ale warto o to powalczyć. Utopią jest myślenie, że będziemy wszyscy spleceni w miłosnym uścisku jedności i jednomyślności, ale wcale nie musimy być plemionami nienawistników, które na gruncie pozytywnej kultury zbudowały twierdze najeżone kolcami. To moja największa nadzieja na 2021!

WIĘCEJ