Patryk Vega – król we własnej bajce

Dyrektorka artystyczna Poptown dzieli się swoją złożoną relacją z kontrowersyjnym reżyserem.

Mam wiele marzeń i pragnień, są to skrajnie rozdmuchane pozycje – od bardzo przyziemnych i takich przez podanie ręki, po bardziej wybujałe – marzę o czapkach, o kobietach, o quadach i wycieczce do Egiptu, ale marzę też, by obudzić się w głównej roli Kobiet Mafii 4: Lesbian Edition. Dlaczego? Bo Vega jest bezczelny w swej wolności, a ja powielam ten światopogląd i podobnie jak on, jadę przez życie jak czołg – zarówno lifestyle’owo, jak i wizualnie.

Twórca bezczelny. Grzebiąc w światku przestępczym, w pewien sposób staje się jego częścią jako kreatywny obserwator. Gra z wizerunkiem mafioza, z odbiorcami, z państwem polskim. Jednocześnie powiela i obśmiewa wizerunek bogackiego bonzo oraz powinności, które są nierozłącznym elementem thuglife. Robi to za pośrednictwem kina oraz swojej osoby, która jest ważnym elementem tego uniwersum. 

Vega w ostatnich latach został wieszczem narodowy, Mickiewiczem kina patologiczno-satyrycznego w dużej mierze opartego o mafijny mit, opowieści o polskich stereotypach, które w większości są bolesne i trafne, momentami stanowią mokry sen polskiego gangsterowicza-dorobkiewicza. A to wszystko w zbyt dynamicznej, nad wyraz chaotycznej, absurdalnej formie dark-kabaretu. Krytycznie ocierając się o chociażby postawę Nowaka Jerzego Gruzy, który flirtuje z filozofią Wschodu, próbuje kuchni japońskiej – jedno i drugie mu nie smakuje, ale wie, że jego pozycja wymaga, żeby był na czasie.

Kino Patryka Vegi oraz jego osoba są rodzajowo uniwersalne dla całej Polski, ogląda je zarówno prawica, jak i lewica, jednak podejrzewam, że każde z innych pobudek i przez inne okulary. Zanim zrozumiałam, że fenomen osoby Patryka Vegi i jego filmów, jest specyficzny i potrzeba do jego przyswajania określonych kompetencji symbolicznych, a także nastawienia odbiorczego, nie byłam w stanie oglądać jego twórczości. Było to dla mnie porównywalne do twórczości Blanki Lipińskiej, która budzi ciary wstydu, oburzenie oraz niezrozumienie, brak identyfikacji z historią i z Twórcami. Gdy zeszłam z tonu zrozumiałam, że filmy Patryka Vegi są kampową satyrą na Polskę.

Twórczość Patryka Vegi odbija jego osobę, a przynajmniej jego medialny wizerunek odbierany przez moją osobę. Vega uważa się za geniusza,  nosi welurowy garnitur Dolce&Gabbana, t-shirt z napisem bilioner oraz fullcapa z kreskami koksu, a przy wypadzie do MIAMI wskakuje w łabędzie pióra, co znacząco zaburza jego wizerunek w oczach fanów innego kalibru niż mój. Pozuje na samca alfa, jednak nie widzę w nim męskiej tosyny, ponieważ bawią mnie te wizerunkowe zagrania mające na celu zbudowanie autorytetu. Przedstawienie go jako wodza swojej twórczej monarchii, a jednocześnie puszczenie oczka i złamania tradycyjnego męskiego wizerunku przez noszenie ramoneski całkowicie obszytej w cekiny i daszki z kreskami, bo kto mu zabroni? Wszystkie te welury i garnitury z połyskującym deseniem robią z niego rodzajowego wirtuoza, feniksa powstałego z popiołu, który sam rozsypał. Dużo jest też bezpośrednich komunikatów podkreślających pozycję (podobnie do stylu Rutkowskiego): są tą najróżniejsze czapki, t-shirty z napisem king oraz motyw złota, koron i najróżniejszych ornamentów. Inaczej od reszty panów z piedestału, Vega się uśmiecha, często i bardzo obficie.

Pisząc zastanawiam się, dlaczego będąc ogromną wielbicielką kobiet, inspirującą się ich geniuszem, talentami, pięknem i wyrafinowanym wdziękiem, ten tekst poświęcam mężczyźnie. I jedyna sensowna odpowiedź, która mi się nasuwa na myśl jest taka, że pociąga mnie demonizacja pozerskiej wielkości świata mężczyzn, której Vega, świadomie czy nie, dokonuje w głównym nurcie i to całkiem z przytupem. On gra, gra z wizerunkiem, gra z ludźmi, gra z męskością i oczekiwaniami. Gra we własnej bajce, w której jest królem.

WIĘCEJ