PAMELA BOŻEK: Rower z koronawirusem

Facylitatorka – to określenie wyskakuje z krążącego po sieci biogramu Pameli Bożek. – To absolutnie najgorsze słowo w historii! – śmieje się artystka. Z drugiej strony „pasuje, bo dobrze określa jej rolę” – w jej projektach i pracach zawsze równie mocno co ona liczy się druga strona. Interdyscyplinarność. Partycypacja. Mechanizmy wykluczania i stygmatyzacji. Kolejny strumień sztywnych, ale trafnych słów, które także celnie opisują to, co od kilku lat z powodzeniem robi.

Nie wierzy w podział na rodzinę i pracę, lubi „takie bycie”. Pracuje z osobami, działa z myślą o osobach, kocha się z osobami. Na starych kamieniczkach w maltańskiej Valletcie przyczepia tabliczki z imionami somalijskich kobiet, symbolizujące uchodźczynie nieprzyjęte przez straż graniczną. Maluje gips syna na złoto, bo ma dosyć słuchania, że jest „biedny”. W ramach mikromarki introligatorskiej Notesy z Łukowa wspiera ekonomicznie uchodźczynie przebywające w Ośrodku dla Cudzoziemców i Cudzoziemek w Łukowie. Przywozi tam zebrane w ramach samodzielnie zorganizowanej zbiórki komputery, rowery, ubrania. Wydaje magazyn „Wiza-Vis”, łączący mieszkańców ośrodków i budujący relacje między artystami i artystkami. Tworzy wspierany przez najciekawszych polskich artystów sklep, z którego zyski wspierają uchodźców.

Rzeźbiarka, feministka, animatorka, matka, partnerka, słuchaczka – zawsze z wyboru. Choć mówi, że teraz jest źle, działa. Mimo że w urzędach mówią jej na ty i pytają, skąd przyjechała – bo jest filigranowa i ma ciemne loki. Nie wyjeżdża. Wierzy w skuteczność małych kroków, w lokalnych aktywistów, w długofalowe, angażujące społeczności działanie. Dlatego aktualnie pracuje m.in. z księżmi, choć „Kościół katolicki jest w jej oczach stracony”. Mówi: „Z przeciwnymi poglądami, których głęboko nie akceptujemy, można czasem po prostu nie walczyć. Być z osobami takimi, jakie są”. W takiego Bożka warto uwierzyć.

OSOBA

Wszystko zaczęło się w Stargardzie, gdzie mieszkałam do końca liceum. Ale to, co robię i w jaki sposób, wynika raczej ze mnie, a nie z miejsca, w którym się wychowywałam. Miałam 16 lat, kiedy pierwszy raz pojechałam na obóz feministyczny, organizowany w Polsce przez Grupę Nieformalną Ulica Siostrzana. Poznałam wiele inspirujących kobiet, zaczęłam przyglądać się światu inaczej. Trochę zaczęłam też rozumieć, jakie są wobec mnie, jako kobiety, oczekiwania: jak jestem oceniana i jak sama siebie oceniam. Miałam moment wielkiego zachłyśnięcia, powiedziałabym nawet, że pewnego radykalizmu. Wspaniały czas, ale im byłam starsza, tym stawałam się mniej radykalna. To w tamtym momencie lokuję wyraźną granicę pomiędzy mną nastolatką a mną młodą kobietą.

Doświadczenie bycia na obozie, we wspólnocie, dało mi bardzo dużo odwagi. To wtedy zaczęłam być w związkach z kobietami. „Mam dziewczynę”, „chcę mieć dziewczynę”, „to jest moja dziewczyna” – miałam poczucie, że jest istotne to, żebym mówiła o sobie otwarcie, tak jest też dzisiaj, teraz, chociaż w moim życiu wiele się zmieniło. W tamtym czasie nie spotkałam się z dużą wrogością. Moje niemiłe doświadczenia są drobnostką w porównaniu z doświadczeniami moich znajomych. Może trochę byłam „tą lesbą”, ale nie było mi z tego powodu smutno. Chciałam nią być.

Całe dzieciństwo chodziłam do młodzieżowego domu kultury na plastykę, potem do szkoły rysunku, gdzie przygotowywałam teczkę na studia. Wahałam się, nie wiedziałam, co wybrać. Prowadząca ją Jolą Brejdak, która studiowała zresztą w pracowni Magdaleny Abakanowicz, powiedziała, że to oczywiste, że mam „rzeźbiarski” rysunek. Do dziś nie wiem do końca, co to znaczy, ha, ha. Ale na zawsze zmieniło moje życie. Nigdy nie przestałam być rzeźbiarką, choć dopiero teraz, po długiej przerwie, odnawiam relacje z pracą z trójwymiarowym obiektem.

Na trzecim roku studiów zdecydowałam się zajść w ciążę. Potem wielokrotnie zadawałam sobie pytanie: co mnie podkusiło? Dlaczego nie było nikogo, kto powiedziałby mi: nie rób tego! Żart, oczywiście. Miałam taką medyczną sytuację, operacje, pojawiła się perspektywa, że później nie będę mogła już podjąć takiej decyzji. A zawsze chciałam mieć dzieci. Niczego nie żałuję.

Po dwóch latach macierzyńskiego wróciłam jako inna osoba. Urodziłam dziecko z niepełnosprawnością ortopedyczną. Przeszłam proces zmagania się z tym, doświadczania różnych barier. No i zdecydowałam się na dziecko w związku jednopłciowym, co też było hardkorowym doświadczeniem. Relacja się nie utrzymała, syna wychowywałam samodzielnie. Później związałam się z mężczyzną. To był mój drugi coming out, w pewnym sensie o wiele trudniejszy niż ten pierwszy. Miałam takie poczucie, jakbym wszystkich oszukała. Przez długi czas byłam mocno związana ze środowiskiem aktywistycznym nieheteronormatywnym. A w grupach, które są dyskryminowane, też jest sporo wewnętrznej dyskryminacji. Na szczęście na własnej skórze tego nie doświadczyłam, powiedziałabym, że było to zmaganie wewnętrzne. Nigdy nie podobało mi się określenie „biseksualna”. Dziś mówię: mam relacje z osobami.

PRACOWNIA W WALIZCE

Nie wierzę w podział na rodzinę i pracę. Jest po prostu życie. A w nim wszystko jest pomieszane. Ja cały czas rozmyślam, a jak już coś wymyślę, to do kogoś piszę, dzwonię. To może być wieczór, niedziela. Nie wytyczam sobie granicy, że tylko do szesnastej. Ale nie jestem niewolnicą, zmuszoną do pracy w weekend. Ludzie myślą, że jak ktoś jest cały czas w pracy, to nie ma życia. Ja bardzo lubię takie bycie.

Na studiach przez jakiś czas pracowałam zadaniowo. Obwąchiwałam temat, obracałam go sobie w dłoniach, zbliżałam się do niego. Przychodziłam do pracowni, robiłam próbki, piętnaście razy zginałam papier, podsumowywałam. Ale te projekty zadaniowe były zwykle nieudane. Dotarło do mnie, że nie chcę pracować w sposób, jakiego się ode mnie oczekuje. Mam dziecko, mój czas jest rozsypany, w kawałkach. Gdybym planowała, nic bym nie zrobiła. Więc przestałam robić próby. Jadę gdzieś, rozglądam się, dochodzi do mnie: o kurczę, to się właśnie dzieje teraz, co chcę z tym robić? I podejmuję decyzję.

Na przykład projekt Lifeline. Strasznie się przy nim umordowałam. Na Maltę pojechałam z planem, że weźmiemy z moim synem Ignacym łódkę i popłyniemy na Lampedusę, tam zrobimy materiał. Drugiego dnia Ignacy trafił na ostry dyżur z podejrzeniem odry, która ostatecznie okazała się zapaleniem uszu. Do końca pobytu brał antybiotyk. Bycie z dzieckiem weryfikuje plany, ha, ha. Zaczęłam się rozglądać na miejscu. Poziom gentryfikacji w Valletcie był uderzający. Wypasione hotele, a za ścianą rozpadające się domy. W tym wszystkim ciągle czytałam kolejne wiadomości dotyczące zmieniającej się polityki migracyjnej, w Polsce i na Malcie. Podczas spacerów od przychodni do przychodni przyglądałam się tym domom. Wszystkie miały tabliczki albo z patronem, świętym, albo imieniem osoby, która tam mieszka lub mieszkała. Na statkach ratujących na Morzu Śródziemnym uchodźczynie i uchodźców jest zwykle dużo mężczyzn i mało kobiet. Jeśli, tak jak wtedy, są głośne sytuacje z zawróceniem statku, mówi się, że chociaż te kobiety i dzieci można by przyjąć. Sprawdziłam, skąd pochodziły nieprzyjęte kobiety, wybrałam najbardziej popularne imiona z Somalii i Erytrei i u lokalnej rzemieślniczki zamówiłam tabliczki. Montowaliśmy je razem z Ignacym na murach kamienic w centrum Valletty i robiliśmy zdjęcia.

FEMINISTKA FACYLITATORKA

Kiedy szuka się w sieci informacji na mój temat, znajduje się często taki fragment: „…facylitatorka mikromarki introligatorskiej Notesy z Łukowa. Zajmuje się praktykami postartystycznymi o charakterze partycypacyjnym oraz zagadnieniami wizualnymi w kontekście mechanizmów wykluczania i stygmatyzacji”. Brzmi grubo. Do tego ta „facylitatorka”, absolutnie najgorsze słowo w historii. Ten biogram stworzyłam dawno temu. Dziś wiem, że jest hermetyczny i stwarza dystans. Ale jak już masz taki biogram, to potem z wygody wysyłasz ten sam, on się multiplikuje w sieci i potem funkcjonuje niezależnie od ciebie. Dopiero po latach przychodzi refleksja, że z biogramem też można eksperymentować. Robię to na zajęciach ze studentami i studentkami. Swoją drogą, facylitatorka to z jednej strony okropne słowo, a z drugiej pasuje, bo dobrze określa moją rolę. Nigdy nie powiedziałabym o sobie, że jestem na przykład autorką projektu Notesy z Łukowa. On ma wiele autorek.

Ten wspomniany biogram musiał być taki mocny też dlatego, żeby gdy piszę do urzędu, ktoś tam spojrzał i pomyślał: „O, gruba ryba! Trzeba pozwolić”. Bo chcę mieć wpływ, a jak idę tak, jak wyglądam, to wszyscy mówią do mnie na ty. Ewentualnie pytają, skąd przyjechałam i czy jestem z Czeczenii, bo dobrze mówię po polsku jak na Czeczenkę. Bez szans… Na początku swojej drogi chyba każdy ma potrzebę, żeby mądrze, profesjonalnie brzmieć. Ale kobiety, szczególnie te, które wyglądają bardzo młodo, ktoś powiedziałby: dziecinnie, często obudowują się poważnymi słowami. Na szczęście z wiekiem wiele rzeczy robi się prostszych. Dziś już nie czuję potrzeby wznoszenia tego typu fortyfikacji.

Zmarła w 1999 roku rzeźbiarka i performerka Maria Pinińska-Bereś współcześnie postrzegana jest jako artystka feministyczna. Ale za życia całkowicie się od tego odcinała. Jej córka Bettina Bereś, gdy otwiera wystawy ze sztuką matki, mówi, że to był znak tamtych czasów. Że gdyby jej matka żyła później, to być może podchodziłaby do tego inaczej. Jestem kobietą i w działalności artystycznej eksploruję swoje doświadczenia. Pracuję głównie z kobietami. Jak dla mnie, moja sztuka może być „kobieca”, to nie jest pejoratywne. Czy ona jest feministyczna? Też. Uważam, że jeśli ktoś tak chce ją określić, to ja nie mogłabym oponować. Odcinanie się od tego jest nie fair w stosunku do całego mojego zaplecza i ideałów, jak choćby walki o feminatywy. Jestem spadkobierczynią i jestem wdzięczna za to, że mogę pracować i decydować o sobie.

W Ośrodku dla Cudzoziemców (i Cudzoziemek) w Łukowie pracuję z muzułmankami. Wszystkie mają mężów i są od nich całkowicie zależne. Często jest tak, że chcemy razem coś zrobić i mąż mówi: „absolutnie nie”. I ja nie mam wyjścia. Nie mogę do niego pójść, muszę powiedzieć: „rozumiem”. Ta sytuacja jest o wiele szersza, niż chcemy myśleć. Mamy na przykład znajomą z psychicznie przemocowym mężem. Któregoś dnia wymyślił sobie, że zabiera ją i dzieci i wyjeżdżają, natychmiast. Dzieci w szkole od kilku lat, przyzwyczajone, ona z pracą… Chciałyśmy z tym mężem rozmawiać. Ale znajoma powiedziała, że obie ich rodziny są w Czeczenii i że jeśli ona ucieknie od tego męża albo w jakikolwiek sposób mu się przeciwstawi, to tam się może zadziać coś bardzo złego. Chciałabym, żeby tak nie było, ale nie mogę nic z tym zrobić. Nie jestem tam na ideologicznej misji szerzenia myśli feministycznej, żeby zmieniać „patriarchalny, ciemiężący kobiety czeczeński wychów”. Dlatego dostosowuję się do sytuacji i staram się zrobić najwięcej dobrego w obrębie tego, co jest możliwe – ale tak, żeby jak najbardziej chronić tę osobę. Żeby słuchać, być może musiałam mieć etap radykalnego feminizmu za sobą.

GRANICE

W liceum wydawało mi się, że jak komuś zdradzę, że jestem lesbijką, to oni sobie coś pomyślą. Rzeczywiście, po paru piwkach pojawiały się pytania. Uznałam, że dopóki to drastycznie nie przekracza moich intymnych granic, to będę na nie odpowiadać. Może potem oni się będą powoływać na tę rozmowę? Powiedzą komuś: „Wiecie co, w sumie to taka spoko dziewczyna, a miała takie problemy z tym czy z tamtym tylko dlatego, że jest lesbijką. Może warto to przemyśleć? Może niefajnie, że tak się dzieje?”.

Dosyć długo byłam w Belgii, miałam tam partnerkę, której rodzice byli zagorzałymi pisowcami. Ale jednocześnie absolutnie nas akceptowali. Byłam u nich na przykład na Święta Bożego Narodzenia z całą jej heterorodziną. Ja jako dziewczyna ich córki. Bo obce pedały to niedobrze, ale swój pedał, swoja lesba, to jakoś łatwiej. Z przeciwnymi poglądami, których głęboko nie akceptujemy, można czasem po prostu nie walczyć i być z osobami takimi, jakie są.

Dla mnie taką przełomową pracą było pomalowanie gipsu syna na złoto. Wszystko zaczęło się od tego, że uczestniczyłam w spotkaniu, na które była zaproszona też syryjska artystka mieszkająca w Bejrucie. Mówiła do nas z wielkiego ekranu Skype’a. Była bardzo piękna i w ogóle niesmutna. I to wszystkich dziwiło, witając się z nią, osoby zwracały na to uwagę. W naszych głowach trauma musi zostawiać jakiś widoczny ślad. Ma przyporządkowany konkretny obraz.

Zbiegło się to z moim doświadczeniem bycia obserwowaną. Było upalne lato. W tamtym czasie bardzo dużo sprzątałam, żeby się utrzymać. Ogarniałam 10 mieszkań na Airbnb, ciągle byłam w trasie z torbami z Ikei wypełnionymi detergentami. Ignacy był po rozległej operacji nóg, miał gips po pachwiny. Do tego był duży, ciężki. Najpierw wnosiłam dziecko, potem te torby, bo w Krakowie nigdzie nie ma wind. Jest za to wielu turystów. Wyglądałam tak, jak wyglądam, czyli bardzo młodo. Szłam i czułam te spojrzenia: „Dzieci mają dzieci”; „Dziecko w gipsie. Pewnie paliła i piła w ciąży i ją pokarało”. Wszyscy byli tacy ciekawscy. Miałam dość. Setki razy słyszałam: „O, jaki biedny!”. W końcu zaczęłam mówić, że mi dziecko wypadło. Stwierdziłam, że przeciwieństwem biednego jest bogaty, a bogaty to złoto. W związku z tym gips powinien być złoty, bogacki. Gips to też jest rzeźba, przecież na uczelni wszystko odlewa się w gipsie. Zresztą pamiętam, że sama Ignacego dogipsowywałam w pracowni, bo w tamtym czasie raczkował i wycierały mu się cały czas kolana. Ta strategia zadziałała. Już nikt się do mnie nie odzywał. W sytuacji, gdy zostaje przekroczona nasza granica, najczęściej instynktownie wpadamy w panikę czy wściekłość. Odrobina ekstrawagancji okazała się na to lekarstwem.

ROWER Z KORONAWIRUSEM

W ośrodkach jest bardzo źle. Wykorzystuje się sytuację pandemii, by przedłużać ich zamknięcie. Zakwaterowane na małych powierzchniach wielodzietne rodziny nie mają możliwości sprawnego wypełniania obowiązku szkolnego. Nikt nie może wchodzić do środka, więc także udzielać korepetycji. Kiedy chciałam zorganizować korepetycje na zewnątrz, zostało to uznane za niebezpieczne z powodu „gromadzenia się” dzieci. Próbując przekazać mieszkańcom drugie wydanie magazynu „Wiza-Vis” [czasopismo, którego celem ma być wzmacnianie komunikacji między mieszkającymi w ośrodkach osobami i budowanie relacji pomiędzy artystkami i artystami, osobami z pola sztuki i organizacjami pozarządowymi, miejsce wymiany myśli i doświadczeń] z wkładką dla dzieci, cudem uniknęłyśmy wielkich kłopotów. Przywieźliśmy z Jankiem Jurczakiem dzieciakom rowery, żeby nie zwariowały z nudów, ale też się okazało, że być może są to rowery z koronawirusem. Oczywiście jak się idzie do Kauflandu, to wszystko jest w porządku.

Przez ten cały czas nie było przyjęć do ośrodków, a jednocześnie normalnie trwały deportacje. Nie wiadomo, kiedy nastąpi zmiana tej sytuacji, bo nikogo to nie obchodzi. Może nawet lepiej? Wygodniej? Bo wszystko jest pod kontrolą. Przy okazji uszczelni się granice. Dziś Frontex ma siedzibę w Warszawie, ale być może za chwilę zostanie ona przeniesiona do Brześcia na przejście graniczne. To będzie katastrofa. W Polsce niewiele mówi się o tym, co robi Straż Graniczna, że to jest jawne łamanie prawa. Trudno jest ofiarom pomóc, nawet kiedy sytuacja jest ewidentna. Stosunki między organizacjami a strażą graniczną nie są najlepsze, wszystko trwa bardzo długo. Cierpią ludzie.

Trudno spodziewać się czegoś lepszego. Stowarzyszenie „Dla Ziemi”, z którym współpracuję od 2018 roku, nie dostało finansowania. Same musiałyśmy wymyślić sposób, żeby się sfinansować. Stąd pomysł na sklep z ciuchami Rzeczy Drugie: fajne używane ciuchy, ale też nowe. Profesjonalna kampania, zdjęcia, sklep online i na Instagramie. Wszystko zrobione we współpracy ze znajomymi artystami, projektantami, fajnymi ludźmi, których poznałam na swojej drodze. Jestem superszczęśliwa, że kiedy trzeba coś zrobić, to ja do nich dzwonię i słyszę: „Jasne, robimy”. Jeden telefon. To odświeżające w porównaniu z morzem biurokracji, z którym zmagamy się na co dzień.

Postuluję: nie wyjeżdżajmy. Im trudniej jest wokół, tym bardziej trzeba starać się znaleźć rozwiązanie. Powinnyśmy i powinniśmy dać z siebie wszystko. Szukać strategii umożliwiających coś, co wydaje się niemożliwe. Mnie jest blisko do lokalnych działań. Ostatnio pracuję dużo z księżmi, misjonarzami i siostrami zakonnymi przy projekcie dla Generatora Malta. Jeśli te osoby są mądre i mówią o ważnych rzeczach, to to się dla mnie liczy, nie zależy mi na oskarżaniu instytucji, chociaż Kościół katolicki jako taki nigdy nie odbuduje w moich oczach swojego wizerunku, jest stracony. Wysoki poziom zaufania, małe zmiany, pracowanie ze społecznościami. Nie tygodniowy takeover konta celebryty na SM, tylko długofalowe działanie, w które można zaangażować społeczność, skupić się wokół czegoś istotnego, co może w realny sposób poprawić jakość ich życia. Małe, ale skuteczne kroki. Świat zmienią lokalni/-e działacze/-ki, a nie influencerzy/-erki z tysiącami followersów na Instagramie.

WIĘCEJ