Kultura i mentalność oparta na chciwości to średnia wizja przyszłości.

Nawet jeśli kryptowaluty, czy ogólnie rozwiązania oparte na technologii blockchain, mają jakąś sensowną przyszłość, to obecna atmosfera wokół nich jest dzika i toksyczna. Spierać się – szczególnie o rozwiązania, które mogą pomóc przeprowadzić nas przez niepewną przyszłość, albo uniezależnić od autorytarnych rządów – zawsze warto. Faktem jest też to, że Bitcoin i inne, relatywnie stabilne (a przynajmniej stabilniejsze niż idiot coiny, o których później) kryptowaluty są solidną alternatywą w sieciowej wymianie towarów i usług, czy okazją do inwestycji o dobrej stopie zwrotu. Ale nie jesteśmy tu dzisiaj po to, żeby prowadzić sensowną dyskusję i ważyć między argumentami za, czy przeciwko kryptowalutom, a przyjrzeć się intrygującej formacji kulturowej, która jest tyleż głośna, co absolutnie bekowa. Problem w tym, że poglądy przez nią wyrażane, są również podzielane w niejednych radach nadzorczych, a czujne ucho inwestorów wyłapuje tego typu internetowe fale. Dlatego zamiast o tym jak pracować nad bardziej ekologiczną technologią blockchain, czy jak zastosować kryptowaluty do większej emancypacji i równości społecznej, rozważa się, co jeszcze można zmienić w NFT. W późnym kapitalizmie to oczywiście nic nowego. Każde rozwiązanie, które polega na tzw. early adopters dość szybko staje się polem do nadużyć, budowaniem kolejnych piramid finansowych i innych intryg spod znaku zarobić szybko, a się nie narobić. Nie inaczej jest z kryptowalutami, które z obietnicy lepszej przyszłości stały się trampoliną do najróżniejszych wałków i spekulacji, najczęściej z błogosławieństwem znanych i lubianych. Bokser Floyd Merriweather i girl boss Kim Kardashian zostali niedawno pozwani za promowanie krypto oszustwa. YouTuber i półbokser Logan Paul – ale także masa jego kolegów i koleżanek z branży – również znalazł się w gorącej wodzie z tego samego powodu. Rekiny zwęszyły krew w wodzie i krążą, szczerząc zęby: Dink Doink Coin, MILF Coin, Cookie Coin… Kryptowaluty nazwane Idiot Coinami przez Davida Seagela z New York Timesa to mocne wcielenie kryptooszustwa. Zasada jest prosta: wjechać w temat szybko, napędzić hype – często korzystając z usług nieświadomych influencerów – napompować wartość kryptowaluty, sprzedać w dobrym momencie, zarobić na frajerach, iść dalej. Rzecz jasna, to nie ma nic wspólnego z byciem biznesowym wymiataczem, choć często jest tak prezentowane. To kolejne wcielenie hohsztaplerstwa w ramach koślawego systemu, na którym korzystają tylko ludzie bez moralnych zasad, za to z wolną gotówką do rozpoczęcia kolejnego master planu. Na tym wszystkim wyrosła cała kultura ludzi, których można nazwać crypto brosami. Ba, niektórzy z nich sami się tak określają! 

Broda prosto od barbera, czapka z daszkiem koniecznie do tyłu, muły ukształtowane godzinami siłki i kilkoma wątpliwymi paczkami z darknetu. Kupuj! – krzyczy twórca youtubowego kanału Crypto Bros. Na swojej stronie internetowej pisze: Making Currency Great Again, składając hołd jednej z najbardziej upiornych politycznych postaci XXI wieku. Jest w tym oceanie dość małą płotką, ale inne rybki, które tu pływają, mają zaskakująco podobny vibe i wygląd. Jeśli chcecie komuś wytłumaczyć, czym jest toksyczna męskość, to nietrudno znaleźć przykłady pośród crypto brosów. Ich narracja jest łudząco podobna do kołczów, a nawet internetowych oszustów spod znaku księcia Nigerii. Stary, siedziałem na dupie jak ty i jedna prosta inwestycja sprawiła, że moje życie zmieniło się o 180 stopni! – mówi mi inny brodaty bro z filmiku, odrobinę bardziej przypakowany od poprzedniego. Pośród crypto brosów panuje kult indywidualizmu, pełna wiara w kapitalistyczne kłamstwo o sprawczości jednostek. Cyfrowy libertarianizm delikatnie podlany czymś, co Evgeny Morozov nazwał solucjonizmem, czyli przekonaniem, że internetowe technologie mogą zbawić świat. Oczywiście, horyzont myślowy crypto brosów nie wyznaczają tylko krypto waluty. Wszystko, co wpisuje się w narrację multiplikacji zysków podbudowanej technologicznymi (pseudo)nowinkami od razu podbija ich serduszka. Ostatnio furorę robi metawersum i spekulowanie na tworach w rodzaju Earth 2. Ta gra (chociaż nie pokazano jeszcze żadnego gameplay’u), polega na kupowaniu ziemi w wirtualnie odtworzonej kopii naszej planety i… Czekanie aż urośnie jej wartość? Spekulowanie nią? Nie do końca wiadomo, bo z obiecanych trzech etapów – jednym z nich ma być jakaś forma rozgrywki – na razie zmaterializował się pierwszy: kupowanie wirtualnej ziemi, pompowanie jej wartości, spekulacja i namawianie innych do udziału w ekhem, zabawie. Nie muszę dodawać, że w tym modelu zyskują niemal wyłącznie ci, którzy w biznes wejdą szybko, reszta po prostu nabija im kabzę, naiwnie myśląc, że uczestniczą w jakimś intratnym przedsięwzięciu. 

Golenie metawersum dopiero się rozkręca, ale kolejny konik crypto brosów jest już rozpędzony jak shinkansen. NFT są często prezentowane jako rewolucja w obiegu sztuki, prawdziwy dotyk Midasa dla osób artystycznych. Dla niewtajemniczonych szybkie wyjaśnienie: NFT to cyfrowy obiekt z unikalnym certyfikatem autentyczności i własności. Wyobraźcie sobie grafikę z Crazy Frogiem. Każdy może ją sobie zapisać na komputerze, ale NFT Crazy Frog to ta sama grafika, ale z zapisaną w blockchainie informacją, że to unikat. Brzmi głupio? Pewnie! Prawda jest taka, że to kolejna zabawka bogatych i ustawionych – NFT za grube tysiące czy miliony dolarów kupią tylko majętni, a zapłacą taką cenę tylko za coś od kogoś znanego, np. Grimes. Sensowność NFT jest ograniczona, np. do rynku fotografii cyfrowej, gdzie bardzo łatwo o łamanie praw autorskich. Patrząc choćby na niezbyt wesoły bilans streamingu muzycznego, musimy rozmawiać o alternatywnych metodach zarabiania na sztuce i rozrywce. NFT to dyskusja jałowa i zastępcza, chociaż mamiąca wizjami sporego i szybkiego zysku. Nic dziwnego, że rzucił się na niego typowy zestaw cwaniaków: chciwi wydawcy gier wideo, finansjera i – jeszcze jak! – crypto brosy. Obrót NFT przybiera dość odrażający charakter: niedawno grupa crypto brosów stworzyła NFT z podobizną Etiki, YouTubera, który popełnił samobójstwo. Crypto brosy wierzą, że wszystkiemu można nadać monetarną wartość w internecie, dlatego próbują jak mogą, ocierając się o poziom absurdalnych filmów z Nicolasem Cagem. Czasami nawet dosłownie – jak wtedy, kiedy grupa Constitution DAO (Decentralized Autonomous Organization) próbowała kupić egzemplarz amerykańskiej konstytucji, wystawiony w domu aukcyjnym Sotherby’s. Fundusze zbierano w ethereum (ETH), które było przewalutowywane na tokeny $PEOPLE. W trakcie całej operacji Constitution DAO przeszło do innego tokena, $WTP (We The People, serio), co sprawiło, że wartość kryptowaluty $PEOPLE spadła drastycznie. Ludzie byli wściekli, Constitution DAO nie zakupiło historycznego dokumentu, ale na pewno zarobiło na pompowaniu wartości tokenów. Crypto brosy próbują różnych akcji, testując granice memiczności, bezczelności i dobrego smaku.  Jedna grupa próbowała kupić zespół piłkarski Bradford City z niższej ligi angielskiej, żeby pchnąć go do Premiere League. Rzecz jasna, próbowała to zrobić nie znając procedur, co raczej chłodno skomentowały władze klubu. To właśnie kolejny element kultury crypto brosów – przeświadczenie o tym, że pieniędzmi można załatwić wszystko, nie oglądając się na przepisy i regulacje. Krypto to w końcu technologia przyszłości, a te wszystkie normy, zasady i inne archaiczne bzdury tylko wstrzymują rozwój cywilizacji i biznesu, bro! (wyobraźcie sobie, że mówi to ape man Joe Rogan i macie pełny obraz sytuacji). Podobnego myku, tym razem celując wyżej, bo w zespół NBA, próbuje grupa Krause House DAO. Co prawda ludzie ostrzegają w mediach społecznościowych, że skończy się jak z konstytucją, ale kryptowiara jest na tyle silna, że zebrano na ten cel już prawie 4 miliony dolarów w ethereum. Krause House DAO oczywiście dorzuca do tego NFT w formie biletów na mecze NBA, bo czemu nie. Szacuje się, że nawet połowa ludzi straci na tej operacji, ale hej – czy naprawdę można wycenić marzenia? 

Można, dość konkretnie. Każda tego typu akcja jest łatwa do prześwietlenia, bo śledzenie wirtualnych portfeli z kryptowalutami nie jest trudnym zadaniem. Tak jak istnieje mocny ruch crypto brosów, tak z równym zaangażowaniem przyglądają się mu niezliczone zastępy internetowych osób detektywistycznych, gotowych nagłaśniać co bardziej bulwersujące przypadki oszustw. Za crypto brosów biorą się też władze. W zeszłym roku jedną z głośniejszych spraw prowadzonych przez Securities and Exchange Commission (SEC, Komisja Papierów Wartościowych i Giełd Stanów Zjednoczonych) była ta dotycząca Seana i Shane’a Hvizdzaków, czyli prawdziwych crypto brosów (wybaczcie, musiałem). Oszukali inwestorów na 31 milionów dolarów, obiecując złote góry w ramach swojego funduszu High Street Capital, który miał inwestować w krypto, a po prostu leciał w kulki, powiększając stan prywatnych kont braci. Takich historii jest i będzie więcej, bo chciwość to naturalny imperatyw późnego kapitalizmu. A inwencja crypto brosów nie zna granic. Weźmy Cryptoland, wirtualną rajską wyspę dla biznesowych c h a d ó w. Konieczcie zobaczcie ten trailer:

Nie ma lepszego podsumowania mentalności crypto brosów i ich aspiracji, niż ten pixaropodobny koszmar. Bar Vladimir (czyżby na cześć Putina?), gdzie brosy mogą podrywać zainteresowane kryptowalutami i NFT kobiety. Wisząca w luksusowej kwaterze grafika z ugly monkey, symbolem współczesnego szału na NFT. Atmosfera przepychu i ekskluzywności, ale i izolacji od plebsu, który nie wie, że krypto to przyszłość. Cryptoland to z dużą dozą prawdopobieństwa kolejne oszustwo, podbijane przez kryptojutuberów Bretta Malinowskiego i Kyle’a Chessera (łącznie ponad 100 tysięcy subskrypcji na YouTube). Żeby wziąć udział w tym przedsięwzięciu, trzeba wypełnić szereg wymogów poza samą inwestycją. Przede wszystkim zmienić swoje social media w maszynę propagandową na rzecz Cryptolandu i wspierać inicjatywę promocyjnie. Nietrudno zgadnąć dlaczego – pojawia się tu kolejna kryptowaluta, która dzięki temu zyska na wartości. Ci, którzy zainwestowali jako pierwsi, sprzedadzą ją w odpowiednio nabrzmiałym momencie, reszta straci kiedy waluta poleci na łeb (co zdarzy się raczej na pewno).  

Czy to wszystko przekreśla sensowność kryptowalut? Absolutnie nie. Ale widać, że w obecnym stanie ich nietrwałość i podatność na manipulacje stanowi spory problem. Kiedy Salwador próbował wprowadzić Bitcoina jako swoją walutę państwową, ten brak stabilności względem tradycyjnych walut okazał się sporą przeszkodą. Na razie eksperyment trwa, do tego w kraju, gdzie tylko 30% dorosłych ma konto w banku. Co z niego wyniknie, zobaczymy, aczkolwiek sam rząd Salwadoru przyznaje, że nie jest w stanie założyć kryptopolicji, która miałaby monitorować nadużycia. Za to chętnie wita porady… crypto brosów. Co może pójść nie tak? Kultura crypto brosów skupia w sobie wiele patologii współczesnego kapitalizmu: chciwość i niechęć do regulacji, ślepą wiarę w solucjonizm i decentralizację, darwinistyczne żerowanie na ludziach mniej świadomych, przywiązanie do spekulacji jako głównego motoru napędzającego zyski, monetyzacja każdego aspektu ludzkiej działalności. Z crypto brosów łatwo się natrząsać, ale to czynność tyleż oczyszczająca, co nosząca znamiona lekceważenia. Biorąc pod uwagę to, jak wiele z ideologicznych punktów crypto brosów rezonuje z inwestorami i częścią opinii publicznej, warto się temu przyglądać z uwagą. Przyszłość jakiej chcieliby crypto brosi, jest jeszcze bardziej przerażająca, niż piekło, które gotują nam psychopaci w rodzaju Elona Muska czy Jeffa Bezosa. Jak głosi reklama, na którą natrafiłem niedawno: tokenizuj swoją duszę w NFT. Wolałbym nie.          

WIĘCEJ