Nowy album ROSALIE. to progres na wszystkich frontach

Nowy album ROSALIE. to progres na wszystkich frontach

„IDeal” nie jest idealne. I dobrze, nie musi. Ważne, ze spełnia większość pokładanych w wokalistce nadziei i pokazuje, co da się osiągnąć czujnie śledząc trendy (a nie tylko je kopiując).

Poskie R’n’B? Brzmi jak śmieszno-straszny oksymoron. Jak naród, który nie rozumie czym jest groove i dla którego apogeum emocjonalności w muzyce stanowi 11-latka śpiewające w Mam talent, może spróbować podnieść rękę na gatunek, którego filarami są dwie wymienione wyżej wartości?

I żeby móc się o tym przekonać potrzeba było właśnie Rosalie. Jej wydany na początku 2018 r. debiut Flashback podejmował najsłuszniejsze ze wszystkich tropów. Urodzona w Berlinie wokalistka demonstrowało bowiem zrozumienie dla materii, w której rzeźbi. Wtedy jednak, w tej miksturze było trochę za dużo składników. Niezbyt przekonujące było mieszanie numerów po polsku i po angielsku (bo znacznie bardziej przekonująco wypadały te pierwsze), a oczywiste singlowe petardy gurowały nad trackami, które wymagały jeszcze kilku czujnych szlifów.

Przewijamy dwie cyfry w dacie, jest początek 2020, a Rosalie. powraca (chociaż za pośrednictwem gościnnych występów u najróżniejszych artystów była obecna cały czas) i demonstruje, że teraz już z pewnością ma wszystkie uprawnienia by popchnąć polski pop do przodu. IDeal ambicje zdradza już w tytule – wszystko robi lepiej, pełniej i z większym przywiązaniem do detalu. Zacznijmy od tego – ta płyta brzmi soczyście i tryska głębokim brzmieniem. Sama zaprasza, żeby wycisnął ją do szklanki i wypić jednym haustem.

Niezależnie od stylistyki, czy mamy do czynienia z mistycznym trapem, pełnokrwistym tradycyjnym, instrumentalnym neo soulem czy electropopem (pełnowartościowym, a nie tym typowo polskim – splugawionym przez rzesze wokaloidek, które próbowały się na tym trendzie wylansować) – wszystko brzmi zdrowo, kipiąc energią i pomysłami, odróżniając się od typowo anemicznych krajowych produkcji, w których bajorze na co dzień brodzimy. Kończąc jednak z porównaniami na tle stawki: Rosalie. wokalnie prezentuje się wyśmienicie. Używa swojego głosu jak jej się żywnie podoba. Do każdej stylistyki podchodzi z adekwatnym pomysłem. Zwiewnie, z uczuciem lub zaczepnie – you name it, she does it. Jedynie “Chodź, chodź, chodź” na mój gust jest odrobinę zbyt infantylne (chociaż nadal zdobywa punkty za odwagę).

Highlighty? A proszę bardzo! Dwugłos w “Ciemności” to najbardziej hipnotyczny i wciągający moment na całym longplayu. Otwierające “Spływa” to destylat kobiecego swagu – zaczepne, choć introwertyczne, bragga w wydaniu wcześniej u nas niesłyszanym. Słoneczne “Nie mów” może się przedstawić samo jako mega satysfakcjonujący mariaż Whitney Houston i Jessy Lanzy. Natomiast “Zapomniałam jak” to czysta rewelacja. Dynamiczne i przebojowe do granic zamknięcie tej, naprawdę równej i ujmującej płyty. Niech to będzie hit, błagam.

Czego się czepiać? Szturchnąłem już „Chodź, chodź, chodź” jako nie do końca udany wyskok. Odstaje także numer tytułowy – melodyjnie i produkcyjnie totalnie poprawny, w dół zamiast w górę ciągnie go jednak decyzja Rosalie. by zaśpiewać go języku Shakespeare’a. I w sumie to tyle – można z ciekawością zwiedzać dalej.

Reasumując: Mamy to. Wartościowy, melodyjny, pełen radości oraz melancholii i zwyczajnie fajny polski, popowy album. Można? Okazuje się, że Rosalie. jest tą osobą, która może i chce. Pozostaje liczyć, że rodzimi słuchacze okażą się na tyle kumaci by zasponsorować jej należne butelki Dom Perignon.

IMG-6742
WIĘCEJ