Nowy album JAUBI to spotkanie trzech kultur pod banderą współczesnego jazzu

Pakistański kwartet dostał wsparcie od muzyków z Londynu i Wrocławia, efekt jest powalający.

Trudno wybierać ulubione pozycje z tak dużego i ciekawego katalogu, jak ten wytwórni Astigmatic Records (dla transparentności – sam mam tam jedno wydawnictwo), ale The Deconstructed Ego pakistańskiego Jaubi z pewnością należy do ścisłej czołówki. Oryginalna duchowość wzbogacona o inspiracje klasycznym hip-hopem dała zbiór fenomenalnych, zapadających w pamięć fragmentów i niesamowitych groove’ów. Właśnie ukazała się druga płyta kwartetu, tym razem przy wsparciu Marka Pędziwiatra z EABS i Tenderloniousa, flecisty z Londynu. Nafs at Peace odcina się od hip-hopowych fascynacji i idzie pewnym krokiem w stronę współczesnego jazzu. To album uduchowiony, ale mocno osadzony w muzycznym tu i teraz, tradycyjny, choć kipiący świeżością. Mimo wielkiego sentymentu do poprzedniej płyty Jaubi wydanej w Astigmatic Records, nowa propozycja kwartetu z miejsca wskakuje do debeściaków zarówno katalogu wytwórni, jak i jazzowych albumów wydanych w tym roku. 

Nafs at Peace opisuje ostatnie stadium islamskiej rozprawy z ego. Na tym etapie człowiek jest w zgodzie z samym sobą, jednością dopełnioną boską wolą i miłością. I choć jestem ateistą (a nawet człowiekiem jadowicie wręcz antyreligijnym), to dostrzegam i doceniam, jak bardzo fundamentalna to wizja w kontekście muzyki zawartej na albumie. Od „Seek Refuge”, który Nafs at Peace otwiera (tutaj wyróżnia się kapitalna partia chóru z Oslo) po wieńczący całość numer tytułowy, dźwięki, po jakie sięga kwartet przy wsparciu dwóch europejskich muzyków, dają prawdziwie spirytualne oczyszczenie. Atmosfera to jedna rzecz, druga to groove’y i melodie, które można określić jednym słowem: porywające. Szczególnie wyróżnia się „Raga Gurji Todi”, z mocnym motywem głównym granym na sarangi i potężnym basem, „Mosty” to popis perkusisty Qammara 'Vicky' Abbasa, a w „Insia” niesamowite partie gra na gitarze Ali Riaz Baqar. Za pomost między tradycjami Wschodu i Zachodu służy tu jazz, który stał się uniwersalną platformą rytmicznych i harmonicznych rozwiązań, językiem, dzięki któremu szóstka muzyków z trzech różnych kultur mogła porozumieć się bez problemu. Marek Pędziwiatr operuje bogatą gamą barw, sięga po łagodne, elektryczne pianino i kosmiczne, odjechane syntezatory. W solówce pod koniec „Insia” uruchamia wewnętrznego Hailu Mergię, ale przez cały album kładzie harmoniczne, wędrujące klawisze, czyli coś, z czego jest najlepiej znany w rodzimych projektach EABS i Błoto. Tenderlonious wpisał się w Nafs at Peace wybornie, bo flet bywa narzędziem zwiewnym, acz precyzyjnym i potrzeba sporej dozy talentu i wyczucia, żeby nie zniknął w gąszczu innych instrumentów, czy z drugiej strony – nie przywalił reszty swoimi dźwiękami. Londyński muzyk nie ma z tym żadnego problemu, pojawia się w idealnych momentach i dosypuje szczypty romantyzmu lub szaleństwa. Bodaj najlepszym fragmentem albumu, w którym czuć jedność różnych tradycji muzycznych, jest „Straight Path”, obficie okraszonym tablą, uduchowionym, ale na wskroś nowoczesnym utworem. To w jakimś sensie aktualizacja spirytualnego jazzu wywiedzionego od Alice Coltrane, Journey in Satchidananda czasów katastrofy klimatycznej, pandemii i rosnących napięć społecznych. To nadzieja, zawarta w uniwersalnych dźwiękach i harmonijna oaza w oku cyklonu. Za tymi wartościami idzie brzmienie, idealnie wyważone, ciężkie kiedy trzeba basu i podkreślenia perkusji, delikatne w momentach w refleksji. Miks Rhysa Downinga i mastering Pawła Bartnika zasługują na spore propsy, bo praca nad tak złożoną muzyczną materią raczej nie była łatwa.

Mogę bez przesady powiedzieć, że Nafs at Peace jest płytą historyczną. Spotkaniem kilku muzycznych tradycji pod banderą wspólnej duchowej podróży. Jazzem, który patrzy w przeszłość i przyszłość, ale przede wszystkim w głąb siebie. Przygląda się drodze, jaką pokonujemy po drabinie osobowości i odrzuca każdy stopień, który oddala nas od harmonii, a przybliża do upadku. Spotkanie trzech kultur w pakistańskim Lahore i harmonijny efekt, jakie wywołało, jest na wskroś ludzką lekcją: potrzebujemy więcej empatii, porozumienia, uniwersalnego języka miłości i o wiele mniej ego.              

WIĘCEJ