Stopień zadowolenia z produktu zależy od stopnia odporności na bullshit.

Popkulturowa nostalgia to zawsze pakiet, w którym znajdziemy wszystkie dominujące estetyki danego okresu. Skoro żyjemy w czasach, które mocno eksploatują początek XXI wieku, to musieliśmy przeżyć i renesans pop-punku, który trwa już dobrych kilka lat. Co ciekawe, mocno ogrywa go hip-hop, zapraszając Travisa Barkera, perkusistę Blink-182, do współpracy, czy nagrywając w pełni pop-punkowe płyty, jak w przypadku Machine Gun Kelly’ego. Ta skoczna i radosna muzyczka tylko pozornie pasuje do naszych czasów jak pięść do nosa. Śmiem twierdzić, że w innym kontekście historycznym jej popularność byłaby o wiele mniejsza. W dobie politycznych zawirowań, niepewnej przyszłości, ciągłych kryzysów, pandemii i wojen, radosny soundtrack z o wiele bardziej swawolnej epoki (przynajmniej powierzchownie) może być źródłem ulgi. Nie mówiąc o tym, że dla wielu dzisiejszych milenialsów powrót do pop-punku to powrót do czasów nastolęctwa. W tym kontekście pojawienie się nowego, siódmego już, albumu Avril Lavigne jest po prostu dziejową koniecznością.

„Sk8ter Boi” czy „Complicated” były ścieżką dźwiękową otwierającą nowe milenium i pogodną odtrutką na militarno-patriotyczne wzmożenie, jakie ogarnęło amerykańską popkulturę po atakach na World Trade Center. Avril Lavigne, jedna z wielu gwiazd pop, które Kanada dała światu, była też wcieleniem równiachy, dziewczyny, która jeździ z chłopakami na desce, rozdaje im swobodne muki, ale także może być obiektem romantycznych westchnień każdej płci. Poza tymi oczywistymi bangerami pozostała twórczość Avril nie jest aż tak wyrazista, blednie nie tylko przy dokonaniach Blink-182, ale także dość przeciętnego Sum 41. Niemniej, kanadyjska artystka została ikoną pewnego momentu w pophistorii. Zarówno pod względem brzmienia, jak i mody, chętnie kopiowanej przez nastolatki na całym świecie. Kiedy kilka lat temu zaczął się triumfalny powrót pop-punku, Avril nagrywała Head Above Water, album zainspirowany przez jej walkę z boreliozą. Czarno-biała okładka z gitarą akustyczną trzymaną przez nagą artystkę, poważniejsze tematy – ewidentnie Lavigne celowała w dojrzałą stylistykę. Pop-punk porzuciła już kilka albumów wcześniej, okupując miejsce w niezbyt ciekawym uniwersum bezbarwnej muzyki rockowej o mainstreamowym zacięciu. Head Above Water miało być powrotem do muzycznych korzeni artystki – nie pop-punku, ale rocka i bluesa, a nawet muzyki chrześcijańskiej. Mamy 2022 rok, odpalam Love Sux, sprawdzam po raz kolejny datę, bo chyba cofnąłem się o dwadzieścia lat w czasie.

Po pozującej na poważną singer-songwriterkę Avril Lavigne nie ma tu żadnego śladu. Jest za to Avril, która brzmi i wygląda jak artystka, którą znamy z czasów „Sk8ter Boi”, co wywołuje dość potężny dysonans. Teksty, brzmienie, aranżacje utworów – wszystko krzyczy pop-punkiem sprzed dwóch dekad, co samo w sobie złe nie jest. Tym bardziej, że na Love Sux (ten tytuł łamie mi głowę za każdym razem) przebój goni przebój, a granica trzech minut przekraczana jest tylko kilka razy, do tego dość skromnie. Na albumie udzielał się Travis Barker i to słychać, bo perkusja jest w wielu momentach naprawdę imponująca. Również próby uwspółcześnienia pop-punku o nowoczesne brzmienia, np. trapowe bębny w „Love It When You Hate Me”, wypadają dość udanie. Całość jest lekka, piekielnie energetyczna i chwytliwa. Może z wyjątkiem „Dare To Love Me”, balladą w nowoczesnym stylu, którą po drobnym przearanżowaniu mogłaby terroryzować nas Halsey. Duet z Machine Gun Kelly’m wypada nad wyraz udanie, nawet jeśli jego wokalny talent jest bliski wartościom ujemnym. Love Sux leci w tempie piorunujących refrenów, skocznych riffów i ekstremalnie pozytywnej energii. Nawet brzmienie jest dość solidne, chociaż wokal Lavigne został mocno skrzywdzony przez produkcję. Za to gitary i bębny naparzają z odpowiednią warstwą tłuszczu.

Skąd zatem ten dysonans? Słuchając Love Sux nie mogłem opędzić się od wrażenia, że jestem oszukiwany. Owszem, riffy są skoczne, a refreny chwytliwe, ale to wszystko słyszeliśmy już dwadzieścia lat temu. Patrząc na ten album w perspektywie całej dyskografii Avril, nietrudno o dość smutny wniosek, że to łakomy – aczkolwiek skuteczny i artystycznie udany – skok na kasę. Największym argumentem są tutaj rzecz jasna teksty, upiornie infantylne, których motto zawarte jest w tytule – nawet nie chodzi o to, czy rzeczywiście ta miłość sux, ale o tego x-a na końcu, stylizację, która uchodziła za cool dwie dekady temu, a dzisiaj tylko przypomina o wadach dawnych emanacji kultury masowej. Nie spodziewałem się To Pimp A Butterfly, ale liczyłem, że artystka – było nie było, dorosła kobieta o pokaźnym bagażu doświadczeń – wejdzie w jakiś twórczy dialog z pop-punkowymi kliszami na temat związków. Niestety, dostajemy stereotypowy pakiet: chce mi się już rzygać na twój widok, wbijam gorąca jak kula armatnia, kocham kiedy mnie nienawidzisz itd. Być może jest to pastisz, ale jeśli tak, to zasygnalizowany jest słabo, bo otoczony całkiem poważną rekonstrukcją historyczną i girlbossiarstwem na ostrej wczucie (a przynajmniej jej iluzji, skonstruowanej niemal wiarygodnie, gdzie niemal jest dość kluczowe) Obcowanie z Love Sux to naprawdę dziwaczne doświadczenie. Z jednej strony to zbiór naprawdę udanych, frywolnych piosenek, z drugiej ulepiony cynicznie artefakt, żerujący na nostalgii. Nie da się ukryć, że to jedna z najlepszych płyt w dorobku Avril Lavigne – na pewno lepsza od bezbarwnej, pretensjonalnej Head Above Water – a kilka numerów z pewnością trafi na moją rowerową playlistę. Kto wie, może warto na chwilę zagłuszyć racjonalny rozum i śpiewać razem z refrenami? Mnie zdarzyło się już parę razy!

WIĘCEJ