Globalne dźwięki w lokalnym kontekście.

W nowoczesnej historii polskiej muzyki niezależnej kolektyw Alameda zapisał się nawet nie złotymi, a platynowymi zgłoskami, nagrywając serię płyt, które funkcjonują poza czasem i bronią się wybornie do dzisiaj. Ciężko przykroić stylistyczne pola pokrywane przez zespół do sprytnej listy, bo naturą tego projektu jest ciągła zmiana, eksploracja i twórcze przerabianie fascynacji z całego świata. Ale był pewien wspólny rdzeń, który zawsze przebijał się przez te soniczne podróże – groove. Gdyby istniały wybory na najbardziej grooviasty zespół w Polsce, Alameda byłaby w czołowej trójce, z dużą szansą na zwycięstwo. Szczęśliwie muzyka to ani wybory, ani wyścigi, a na nowej płycie projektu słowo groove wysuwa się jeszcze bardziej na pierwszy plan. SPECTRA. VOL. 1 to album wciągający, taneczny, pomysłowy i pozwalający choć na chwilę oderwać się od gonitwy myśli i potężnego niepokoju wywoływanego przez sytuację na świecie.

Czym dłużej słucham tej płyty, tym bardziej jestem pod wrażeniem. Swobodna linearność utworów Alamedy zawsze była mocnym atutem. Tutaj, przy jeszcze większym polirytmicznym podbiciu, zespół ten atut amplifikuje do rozmiarów sterowca, którym mknie poza atmosferę. SPECTRA. VOL. 1 to album cierpliwy, ale w tej cierpliwości zawarł tyle energii, że bez żadnego problemu mógłby stanowić za OZE dla całego kraju. Przy operowaniu rytmiką inspirowaną konkretnymi stylistykami – od gqomu po batidę – należy uważać, bo łatwo o kolonialne przebieranki, czy niezamierzoną groteskę. Alamedy nie dotyczy żaden z tych problemów, bo rzeczone rytmy są tu elementem wprzęgniętym w autorską wizję. Rozbudowane utwory przechodzą przez kolejne fazy niczym pilot wycieczki w trudnym do opisania słowami raju. Dobrze zatem, że Alameda ma instrumenty, nie słowa! Nietrudno dać się uwieść tym obfitym warstwom instrumentacji, pasażom syntezatorów, pulsującemu basowi, czy perkusjonaliom ułożonym na sobie, niczym w wirtuozerskiej rozgrywce Jengi. SPECTRA. VOL. 1 mimo wszystkich estetycznych nowości dołożonych do kotła, wciąż brzmi jak Alameda, czyli zespół zbudowany na wielopiętrowym eskapizmie dźwiękowym. Trudno o lepszą propozycję na teraz.

Siłą tej płyty jest różnorodność, zawarta w dość odrębnym klimacie każdego z utworów. Jest tu miejsce na jazzujący dub – jak w zamykającym płytę „⍺-rosa” – nieskrępowaną psychodelię („konkk”), czy eksperymenty z minimalizmem („karat”). Najbliżej temu galimatiasowi do Gang Gang Dance i w zasadzie nic dziwnego w takim porównaniu, bo nowojorski zespół również odowływał się do podobnych zabiegów rytmicznych. Alameda wychodzi z tych wszystkich porównań bez szwanku, broniąc się bezdyskusyjną inwencją, sprawnością i mistrzowskim panowaniem nad dawkowaniem napięcia. Co jest sztuką samą w sobie przy tak linearnym stylu kompozycyjnym. Duże ukłony składam także w stronę produkcji, która pozwala tym wszystkim dźwiękowym organom oddychać i budować klarowny krajobraz brzmieniowy. SPECTRA. VOL. 1 to jedna z tych płyt, od których trudno się oderwać. Dojrzała i onieśmielająco ambitna propozycja, która nosi w sobie potężny ładunek groove’u. To również powiew świeżości – jak zresztą każde inne wydawnictwo Alamedy – nie oglądający się na niezalowe trendy i obowiązujące konwenanse brzmieniowe. Chciałbym, żeby wyszła w innym, lepszym czasie. Ale muzyka ma również wartości lecznicze i SPECTRA. VOL. 1 leży na półce z najlepszymi kuracjami. 

WIĘCEJ