NO MASK, NO RAVEreżim sanitarny a lato w branży muzycznej

Kiedy myśleliśmy, że świat przyspieszył z turlaniem się w najgorszą stronę, nadszedł 2020 i powiedział: dokładam jeszcze pandemię. Branża muzyczna, przez kompletnie nieprzemyślaną rewolucję cyfrową uzależniona od występów na żywo, zaczęła rozpadać się na naszych oczach.

Zamiast festiwalowego lata, dostaliśmy niepewne próby w plenerach i najróżniejsze wygibasy na granicy odpowiedzialności i prawa. Mimo wszystko, dżin muzycznej i tanecznej zajawki, wypuszczony z butelki kilka lat temu z pełną mocą, wrócić do niej nie chce. Ludzie, wyposzczeni przez lockdown, wymęczeni kryzysem materialnym i psychicznym, desperacko szukają rozrywki przy dobrych dźwiękach. Część sceny postanowiła wyjść im naprzeciw, mniej lub bardziej udanie próbując odnaleźć się w nowym reżimie sanitarnym. Jako DJ i muzyk miałem okazję na własne oczy sprawdzić, czy w roku plagi branża muzyczna stanęła na wysokości zadania, czy potknęła się o własne nogi, jak to często w przeszłości bywało.

Od razu zaznaczam – moje doświadczenie jest ograniczone, sprowadzone do kilku klubów i kilku cudem zorganizowanych festiwali. Z racji tego, że pandemia wcale nie zwalnia, to lato może być wzorcem postępowania na kolejny rok: jakkolwiek byśmy nie zaklinali rzeczywistości, powrót do bardziej regularnego funkcjonowania branży muzycznej może być niemożliwy przez kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kolejnych miesięcy. Nie łudziłbym się zbytnio także możliwością szerszego otwarcia klubów jesienią i zimą i piszę to, smutno stukając w klawiaturę. W Polsce doszliśmy do dobrego momentu dla inicjatyw muzycznych: owszem, wzrost rozłożył się bardzo nieregularnie (taka natura upiornego kapitalizmu), ale zainteresowanie czy to imprezami, czy koncertami, rosło w ostatnich latach z zaskakującą dynamiką. Obawiam się, że po pandemii część (jak duża, się okaże) infrastruktury do obsługi tego zainteresowania po prostu nie wróci, przygnieciona długami i okresem bez aktywności i przychodów. Niemniej, latem wiele miejsc działało i próbowało odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Co oczywiście wywołało trochę kontrowersji i najróżniejszych reakcji – na plus wypadałoby zaliczyć inicjatywę Brutażu Chroń naszą przyszłość, która skonstruowała szereg rozsądnych zasad, których powinni trzymać się grający w trakcie pandemii. Na zachodnim Twitterze zaczęły się wręcz polowania na grających tego lata (jedną z ofiar była np. VTSS), bo niektórym moralne wzmożenie wjechało za mocno, podobnie jak szafowanie tu i ówdzie słowem mordercy. Żeby nie było – zdaję sobie sprawę, że jeżdżąc i grając stałem się częścią problemu, ale rozejrzyjmy się wokół: czy poświęcenie ma jakikolwiek sens, kiedy w trakcie wyborów normalnie organizowano polityczne spędy, a premier kraju wprost zachęcał ludzi z grupy ryzyka do ignorowania zagrożenia? W pełni rozumiem słabość takiego rozumowania, ale wobec normalnej aktywności praktycznie całej gospodarki, możemy spróbować działać, na ile się da odpowiedzialnie (przez swoją aktywność ostatni raz widziałem się z rodzicami przed pandemią – jeśli wybieracie się do klubu czy nawet na plenerową imprezę, ograniczajcie kontakty z ludźmi z grupy ryzyka). Życie w Polsce to straszny absurd, nie dziwię się, że my, utracjusze z branży muzycznej, dokładamy do niego kolejny poziom. Tym bardziej, że inne branże mogły liczyć chociaż na cień rządowego wsparcia – ludzie z szeroko pojętej działki kulturalno-rozrywkowej tradycyjnie zostawieni na lodzie.

W tej sytuacji miejsca w plenerze miały jakieś pole manewru, bo jako pierwsze mogły uczestniczyć w odmrażaniu gospodarki. Stanowiska z żelem antybakteryjnym stały się regularnym elementem krajobrazu, podobnie komunikaty przypominające o konieczności noszenia maseczek. O ile ludzi odkażających ręce było sporo, tak noszących maseczki niekoniecznie. Rozumiem trudność w egzekwowaniu tego nakazu, ale naprawdę, można było zrobić więcej. O społeczny dystans również było trudno. Na wrocławskiej Wyspie Tamka i gdańskiej Ulicy Elektryków ludzie tłoczyli się, jakby koronawirus nie istniał – szczęśliwie żadne z tych miejsc nie było pandemicznym ogniskiem. A wystarczyło uczulić ochronę, żeby zwracała na to uwagę. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że większość Polski postanowiła po prostu zamknąć oczy i udawać, że pandemii nie ma – nie bez powodu jedną z naszych narodowych dewiz jest na przypale albo wcale. Miałem wiele starć o maseczki w pociągach – w takich sytuacjach konduktor to jedyna droga ratunku, podobnie powinno być w plenerowych miejscach i klubach – siedzisz ze znajomymi w oddaleniu od innych, zdejmij maseczkę, ruszasz wśród ludzi, załóż ją z powrotem, nie robisz tego, czeka cię interwencja. Niestety, same plakaty i deklaracje nie wystarczą – o czym przekonałem się w warszawskim klubie Jasna 1, gdzie mimo wielu porozwieszanych komunikatów o maseczkach, publice łatwiej było założyć okulary przeciwsłoneczne, niż zastosować się do wymogów sanitarnych. Tak, ochroniarz interweniujący w trakcie zabawy to nic przyjemnego, ale czasy są wyjątkowe. Jeśli już decydujemy się na zabawę, to róbmy to odpowiedzialnie. Zresztą kompletnie nie rozumiem tej awersji do maseczek – ich noszenie nie jest wcale szczególnie uciążliwe, nie mówiąc o tym, że szykuje nas na dużo cięższe czasy katastrofy klimatycznej, kiedy pandemię 2020 będziemy wspominać niemal z nostalgią.

O wiele lepiej poradziły sobie festiwale Inne Brzmienia w LublinieUp To Date Festival w Białymstoku. Ze scen cały czas tłuczono o reżimie sanitarnym i ludzie mniej więcej się do niego stosowali. Co prawda w Lublinie im dalej w imprezę, tym tych maseczek było mniej, ale organizatorzy obu wydarzeń dołożyli wszelkich starań, by reżim sanitarny utrzymywać na tyle, na ile to możliwe.

Zresztą w Białymstoku byłem pod wrażeniem dyscypliny panującej wśród ludzi – naprawdę trzymano społeczny dystans w tańcu, a maseczki zostały na twarzach do ostatnich godzin imprezy. Sporym powodzeniem cieszyły się także gęsto rozmieszczone stacje do odkażania rąk. Jeśli ktoś chciałby organizować festiwal w czasie pandemii, to organizatorzy Up To Date są dobrym adresem, jeśli szukamy rozsądnych i działających rozwiązań. Udało im się wciągnąć ludzi w odpowiedzialność, a to duża sztuka. Swoje zrobiły także racjonalne limity ludzi wpuszczanych na teren, co jest gwarantem społecznego dystansu – to chyba najważniejsza, obok regularnych komunikatów ze sceny, lekcja na przyszłość. Społeczny dystans i maseczkową dyscyplinę widziałem również w trakcie koncertu w ramach Lado w Mieście. Jak widać, da się wyrobić dobre nawyki u publiczności, ale warunkiem jest wzajemny szacunek i zaufanie: festiwale mają pod tym względem łatwiej, kluby, często najeżdżane przez przypadkową publiczność, o wiele trudniej. Co oczywiście nie zwalnia ich od starań – w pełni rozumiem, jak ciężko jest zapanować nad tłumem, ale bez bezpośredniego komunikowania się z publiką, same plakaty najzwyczajniej nie wystarczą.

Czasami w trakcie tej namiastki festiwalowego lata trudno było ukryć emocje, co przewijało się w wielu rozmowach. Pokochaliśmy ten rodzaj spędzania wolnego czasu, nic dziwnego, że takim szokiem było jego utracenie. Kiedy i w jakiej formie wrócimy do bardziej regularnego działania, trudno powiedzieć: czeka nas bardzo niepewna jesień, nad głowami wisi kryzys gospodarczy, a lockdown i jego skutki spustoszyły psychikę wielu osób. W tym kontekście rzadkie chwile muzycznych uniesień zadziałały jak balsam, mimo pełzającego uczucia niepokoju, że robimy coś niewłaściwego. Ale taka natura tej branży, wieczne balansowanie na granicy rozsądku i głupoty, serwowanie pięknych doświadczeń i stwarzanie przestrzeni do autodestrukcji. Jak widać, da się to robić nawet w reżimie sanitarnym, ale za jaką cenę, możemy się przekonać dopiero za jakiś czas.

WIĘCEJ