Modlitwa o pokój to stanowczo za mało.

Pewne rzeczy są niezmienne, nawet kiedy łamie się podstawa cywilizacji, jaką jest pokój. W branży muzycznej – jak zresztą w każdej innej – wykształciła się kasta ludzi ponadnarodowych, czerpiąca ekonomiczne i społeczne korzyści z globalizacji. Co samo w sobie nie jest złe, ba, dla wielu jest niejako tożsame z kierunkiem, w którym powinniśmy zmierzać wszyscy. W obrębie tej kasty jakiekolwiek zaangażowanie (albo jego pozór) pojawia się wyłącznie wtedy, kiedy wydarzenia wpływają na swobodny obrót pieniądza i możliwości. Wtedy i tak opinie raczej sprowadzają się do neutralnych ogólników, bo wypowiedzi konkretne, skrystalizowane w poglądy, mogą mieć poważne reperkusje. Elita globalnego kapitalizmu, która potrzebuje publiczności, boi się przede wszystkim jednego słowa. Jest nim alienacja, czyli powiedzenie lub zrobienie czegoś, co może nastroić negatywnie jakąś część odbiorców i odbiorczyń. Jeśli zastanawiacie się, czemu tak mało gwiazd sportu, scen muzycznych, czy filmu, o osobach infuencerskich nie wspominając, wypowiada się na jakiekolwiek ważne tematy, to właśnie dlatego. Niebezpieczeństwo przylgnięcia opinii osoby polaryzującej, problematycznej, czy alienującej to największy strach, w jakim żyją. Dlatego zupełnie mnie nie zdziwiło, kiedy Nina Kraviz, jedna z największych gwiazd współczesnego techno, a do tego Rosjanka, chwilę po haniebnej inwazji wojsk Putina na Ukrainę na Instagramie napisała po prostu:  i am praying for peace! Z obowiązkowym hasztagiem mir, czyli pokój.

Nina na pewno nie miała złych intencji. W obrębie jej świata ta przezroczysta, pozbawiona jakichkolwiek detali modlitwa o pokój, to i tak dużo. Nie jest to foteczka z klubu, afteru, czy biforu na plaży. Ba, filmik, w którym kreśli mir długopisem na kartce, ma walory artystyczne. Co prawda na poziomie tańczącej foliówki z American Beauty, ale wciąż, postarane! Żarty na bok, mimo, że w komentarzach pod postem artystki jest ich pełno, choć więcej jednak głosów nawołujących do bardziej zdecydowanych działań (w tym od koleżanek po fachu, np. Nastii). Są i tacy, którzy bronią didżejki, wskazując na drakońskie kary grożące w Rosji za antywojenne zaangażowanie, a nawet rozprowadzanie informacji odbiegających od oficjalnej propagandy. Jasne, to jest w jakimś stopniu fair. Co prawda inne rosyjskie gwiazdy muzyczne – jak np. IC3PEAK i Oxxxymiron – zdobyły się na mocniejsze gesty, przedkładając walkę o lepszy świat ponad własne bezpieczeństwo, ale przecież Nina jest gwazdą sceny klubowej, a tutaj liczy się przede wszystkim muzyka… Zaraz, zaraz, coś tu nie gra! Postaci w rodzaju rosyjskiej artystki – świadomie bądź nie – skutecznie wyprały scenę klubową z jakichkolwiek wartości. To obecnie muzyczka do tupania, nie polityki, mimo, że jej korzenie i najlepsze emanacje to przejawy sprzeciwu społecznego bądź artystycznego, a często jedno i drugie. Bierność Kraviz może pochodzić ze strachu przed konsekwencjami prawnymi, aczkolwiek myślę, że azyl dla niej znalazłby się w większości krajów, gdzie funkcjonują przynajmniej trzy kluby taneczne. Ale stawiam, że źródłem neutralnej reakcji artystki jest głównie przywilej i odklejenie. Ponadnarodowa kasta kapitalistycznej elity rozrywki, do której Nina absolutnie przynależy, nie czuje się zbyt dobrze, kiedy musi przerwać swój pozytywny vibe. Nie potrafi się odnaleźć, kiedy sytuacja wymaga czegoś więcej, niż coachowskiego pustosłowia, autopromocji, czy serii emoji. Wojna w Ukrainie jest czymś w rodzaju papierku lakmusowego dla strony artystycznej, szczególnie dla ludzi z dużymi zasięgami. Jeśli pod względem humanitarnych odruchów przegrywasz z polskim rapem (a nawet ze Swedish House Mafią i The Chainsmokers) – a pochodzisz ze sceny nominalnie zaangażowanej – to jest to porażka rozmiarów biblijnych. Co więcej, nawet korporacje, w tym muzyczne, jak Universal Music Group, wycofują się z działalności w Rosji. Nina stwierdziła, że wystarczy robić to, co zawsze, czyli markować zaangażowanie, zaserwować niezobowiązujące pustosłowie i odhaczyć nieprzyjemną rubrykę powiedzenia czegokolwiek, kiedy świat jest zmuszony przestawić priorytety choć na chwilę. Niestety, mocno się przeliczyła, bo w swoim ponadnarodowym odklejeniu zigonorowała możliwość, że publiczność jednak będzie pamiętać, jaką pieczątkę ma w paszporcie. 

Zawód, jaki widzę wśród polskiego fanbase’u Niny Kraviz, jest w szerszej perspektywie korzystnym zjawiskiem. Rosjanka jest jednym z symboli ostatecznej komodyfikacji kultury klubowej, jej wypłaszczenia i artystycznej porażki. Nie stroni od przyjmowania kontrowersyjnych bookingów (choćby w Dubaju), trudno zapomnieć jej dziwaczne tyrady po aferze z warkoczykami, czy fakt, że w katalogu ma kawałek „Ghetto Kraviz”. Nic dziwnego, że kiedy przyszedł czas, żeby wykorzystać swoją platformę do czegoś więcej, niż autopromocji, egzamin został oblany z kretesem. Ta sytuacja z pewnością otworzy oczy chociaż części publiczności, nawet mimo zgiełku robionego przez tych, którzy Kraviz rozgrzeszają. Kultura popularna wprowadziła nas w stan miłego rozkojarzenia. Wszystko będzie ok, nie ma co się angażować, nie ma co słuchać marud narzekających na system, trzeba się łączyć, nie dzielić, just vibes – to jest naczelne przesłanie toksycznej pozytywności, która dotknęła i scenę klubową. Tymczasem pandemia, a teraz wojna w Ukrainie, to tylko preludium do globalnego pandemonium w szczycie katastrofy klimatycznej. Przezroczysty influencing stanie się jeszcze bardziej zbędny, w cenie będzie aktywność. Czy Nina Kraviz odrobi tę lekcję? Na razie w jej mediach społecznościowych panuje cisza. Być może odbywa głęboką podróż w głąb siebie, która poskutkuje refleksją i działaniem. A może siedzi z Peggy Gou u arabskich szejków, popija mimoskę i kmini, dlaczego ludzie nie potrafią po prostu się dogadać. Stawiam, że to drugie, ale bardzo chciałbym się mylić.

WIĘCEJ