Nie bój się śmieci. Rozmawiamy z FREEGANINEM o jedzeniu z drugiego obiegu

Spotykamy się w parku na Mokotowie. Paweł zaczyna aranżować przestrzeń naszej rozmowy. Na ławce kładzie tkaninę w kolorowe kwiaty (ze śmietnika), a na niej reprodukcję obrazu Wojciecha Gersona w drewnianej ramce (ze śmietnika). Obok stawia chiński wazonik (ze śmietnika), eleganckie szklaneczki (ze śmietnika) i dwa urocze eliptyczne talerzyki (ze śmietnika). Jesteśmy gotowi na nasze drugie śniadanie. Będzie się ono składać z kiszonych kiełków, guacamole, zapiekanki warzywnej i miętowego pesto, stworzonych niemal w całości z produktów… tak, pewnie się już domyślacie – ze śmietnika.

Przeciętny Europejczyk wyrzuca ok. 90 kg żywności rocznie. To ogromne straty, jednak gospodarstwa domowe nie przodują w marnowaniu. Wyśrubowane normy estetyczne i pogoń za ideałem nawet w tak banalnych kwestiach jak codzienne jedzenie sprawiają, że właściciele sklepów wyrzucają w pełni zdatne do spożycia warzywa i owoce, bo są brzydkie. Lekko zwiędłe marchewki czy obite banany i pomidory lądują na śmietnikach, bo przecież nikt ich w dzisiejszych czasach nie kupi. Muszą zrobić miejsce tym „idealnym”. Kontenery za sklepami codziennie wypełniają setki kilogramów żywności.

Dziś szukanie jedzenia na śmietniku nie jest wyłącznie domeną ludzi, których nie stać na to, żeby kupić je w sklepie. Coraz częściej dołączają do nich osoby niegodzące się na marnowanie produktów. Jednak żeby grzebać w koszu, trzeba mieć trochę odwagi. Ci, którzy chcą ratować jedzenie, nie przekraczając tej granicy, mogą to robić dzięki Facebookowi. A jest co ratować.

Kilkadziesiąt świeżych obiadów z półkolonii (pulpeciki z sosem koperkowym, kasza, surówka), pizza hawajska z Domino’s, garnek domowej zupy z soczewicą, bo wyszło za dużo dla domowników, czy pięć opakowań chipsów – na grupie Freeganism, dumpster diving, food sharing – Warszawa codziennie pojawia się kilkadziesiąt tego typu ogłoszeń.

Ludzie oddają jedzenie, którego nie są w stanie przejeść. Czasami dlatego, że kupili coś, co im „nie podeszło”, albo po uroczystości rodzinnej zostało im kilkadziesiąt kotletów. Często po prostu chcą się z kimś podzielić. Odzew jest natychmiastowy i tony pyszności zamiast w koszu, lądują na stołach szczęśliwców.

Paweł Żukowski jest bardzo aktywny w tej grupie – najczęściej jako „dawca”. Na co dzień jest pracownikiem korporacji, aktywistą, artystą i dystrybutorem śmieci, jak sam siebie nazywa. Mimo dobrych zarobków i tego, że może sobie pozwolić na kupowanie żywności w sklepie, nie boi się grzebać w śmieciach.

 

Kiedy po raz pierwszy uratowałeś niechciane jedzenie?

 

PŻ: To było wiele lat temu, za czasów moich studiów. Mieszkałem w Poznaniu. W sobotę o piętnastej poszedłem na rynek Jeżycki, żeby kupić coś na obiad. Okazało się, że wszyscy handlarze już poszli i zostawili na ziemi to, czego nie sprzedali. To były ogromne ilości pomidorów, papryk, cebuli oraz innych świeżych i smacznych warzyw. Zabrałem je do domu i zrobiłem wielką ucztę dla całej kamienicy. Ugotowałem wagon leczo, którym najadło się kilkadziesiąt osób. To był wspaniały moment. Jedzenie, którego nikt już nie chciał, sprawiło nam wiele radości.

 

Co było dalej?

 

Na serio freeganizmem zająłem się rok temu. Maluję różne hasła na kartonach, które znajduję na sklepowych śmietnikach. Przy okazji szukania odpowiednich podkładów pod farbę, widziałem różne dobre produkty, które lądowały w koszu. Pewnego razu pojawiło się 15 opakowań mozzarelli jeden dzień po terminie, więc je wziąłem. Daty zdatności do spożycia są ustalane dość histerycznie, żeby przypadkiem nikomu nic się nie stało – często produkty mogą wytrzymać jeszcze kilka dni albo nawet tygodni. Sklepy natomiast nie mogą sprzedawać przeterminowanych produktów, więc wiadomo, co z nimi się dzieje.

 

Jaką częścią Twojej diety jest jedzenie ocalone przed zmarnowaniem?

 

Nie mam pojęcia, nie liczę tego. Traktuję to na luzie. Po drodze z pracy do domu mam dwa bardzo fajne miejsca – halę targową i małe centrum handlowe, do których śmietników po prostu zaglądam i zabieram, co mi się spodoba. Poza tym kupuję też w normalnych sklepach, nie silę się na to, żeby jeść tylko to, co zostało wyrzucone.

Jedynym produktem, którego nigdy nie kupuję, są banany. Marnują się w koszmarnych ilościach. Jeżeli tylko na ich powierzchni pojawią się brązowe plamy, sklepikarze je wyrzucają, a to przecież oznaka dojrzałości owocu. Poza tym, śmietnikowe banany są totalnie bezpiecznie – gruba skóra chroni je przed czynnikami zewnętrznymi i ewentualnym brudem. Często robię z nich chleb bananowy, którym częstuję ludzi w pracy lub rozdaję na grupie Freeganism, dumpster diving, food sharing – Warszawa.

 

Sama jestem członkinią tej społeczności i po prostu uwielbiam oglądać, ile wspaniałego jedzenia codziennie znajduje ratunek przed wyrzuceniem do kosza. Mam wrażenie, że oprócz tego ogromną zaletą tej grupy jest budowanie relacji.

 

To prawda – dzielenie się zawsze tworzy jakąś więź. Można poznać świetnych ludzi i wymieniać się z nimi zarówno jedzeniem, jak i doświadczeniami. Często mi się zdarza, że kiedy obdaruję kogoś chociażby słoikiem pesto, które właśnie jemy, mimo że niczego nie oczekuję w zamian, dostaję na przykład grzybek kombuchy. Sam pozyskuję z moich dwóch ulubionych śmietników więcej jedzenia, niż jestem w stanie przerobić, więc często się nim dzielę. Zanoszę je na przykład do jadłodzielni, w której ludzie zostawiają też obiady z cateringów, a nawet to, co im zostało z wesela. Często nawet w dobrej knajpie nie uświadczysz takiego jedzenia. Kiedyś na przykład znalazłem tam butelkę octu jabłkowego, który postanowiłem zabrać dla mamy. Stwierdziła, że sama wiele razy próbowała go zrobić, ale nie wychodził jej tak dobry.

 

Czy z powodu przeszukiwania kontenerów miałeś jakieś nieprzyjemności?

 

Nie. Idąc do śmietnika przy centrum handlowym obok mojego domu, normalnie witam się z ochroniarzami. Czasami nawet oni sami mnie wołają, mówiąc, że właśnie jest nowa „dostawa”, a od jakiegoś czasu zamiast wyrzucać dobre warzywa do kontenera, osoby, które się tym zajmują, kładą je do osobnych skrzynek, co mocno ułatwia sprawę. Jedyne, czego nie polecam, to buszowania po śmietniku w białej koszuli – czasami mi się zdarza tak robić bezpośrednio po pracy i to budzi chyba zbyt dużą konsternację.

WIĘCEJ