Mordo, zagraj Jamiroquai, czyli bolączki requestów

Kiedy w sobotnią noc dostałem wiadomość od znajomego, że prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski właśnie niekulturalnie prosi w Palomie o Jamiroquai, nie myślałem o tym zbyt wiele – ot, kolejna śmieszkowa stołeczna historia. W niedzielę o dziwo o sytuacji zrobiło się bardzo głośno, co było dobrą reklamą zarówno lokalu, jak i festiwalu Ephemera, który właśnie tam zorganizował after po głównym wydarzeniu. Wciąż myślę, że to raczej drobny błysk w oku wszechświata i dobry pretekst do kolejnej beki z uprzywilejowanej kasty politycznej, aniżeli wielka afera, ale ta sytuacja skłoniła mnie do refleksji na temat requestów (próśb do osób DJ-skich o zmianę muzyki, czy to na konkretny kawałek, czy na coś o wiele mniej określonego) – zmagam się z nimi już ponad dekadę.

Puść coś do tańca  (kiedy leci dowolny odłam muzyki klubowej, czyli, ekhem, muzyki tanecznej), puść coś szybszego (na liczniku mamy już 135 BPM), puść coś znanego… Każdy, kto zagrał przynajmniej kilka imprez, słyszał te lub podobne teksty, niezależnie, czy mówimy o undergroundowych klubach, czy otwartych na bardziej przypadkową publikę tańcbudach. W zasadzie jedyne miejsca w pełni wolne od requestów to festiwale muzyczne, chociaż kto wie, czy i tutaj ktoś nie mógłby sypnąć anegdotką pod tytułem mordo puść dua lipa. Nie jestem pewien, czy requesty w takim natężeniu to sprawa specyficznie polska, ale w naszym przypadku jak w soczewce skupia wiele społecznych trendów. Przede wszystkim totalną komodyfikację kultury i rozrywki i wzięte z upiornego kapitalizmu, zupełnie niesłuszne przeświadczenie o tym, że skoro płacę, to wymagam. Rozciągnąć to można na niemal każdą działalność, w której mamy bezpośrednią styczność z ludźmi. W połączeniu z niskim kapitałem kulturowym i patologiczną wręcz niechęcią do rzeczy nowych, nieznajomych czy eksperymentalnych, otrzymujemy całe zastępy ludzi wychowanych w przeświadczeniu, że jeśli za coś zapłacili, to mogą przekraczać wszelkie bariery i rościć sobie prawo do ingerencji w mniej lub bardziej przemyślaną i przygotowaną przez innych ofertę. Wielu mieszkańców tego umęczonego kraju po prostu nie lubi nowych doświadczeń, a dom opuszcza wyłącznie po to, by otulić się pierzynką znajomych z radia dźwięków, co jest zrozumiałe, ale powinno mieć granice. 

Roszczeniowa postawa prezydenta Warszawy pokazała też kompletne niezrozumienie decorum i wielofunkcyjności miejsc z muzyką: after po eksperymentalnym festiwalu odebrał jako kolejną potupajkę, a że były świętowane jakieś urodziny, to znaczy, że wszyscy w tych urodzinach uczestniczyć muszą. Brak klubowej etykiety to bolesny problem. Jeśli świętujesz urodziny w klubie, to dobrze dla ciebie, naprawdę! Ale nie oczekuj, że osoba grająca muzykę zatrzyma się o północy, żeby twój napruty kolega wycharczał do mikrofonu STO LAT! Wiele miejsc z muzyką – w tym Paloma – działa na zasadzie kurateli, a DJ-e i DJ-ki znajdują się tam nie dlatego, że są plasteliną ugniataną przez gości lokalu, a dlatego, że wiedzą, co robią, a ich styl został doceniony. To kolejny problem, objawiający się często także po stronie bukujących osoby na DJ-kę: brak zaufania i kiepski research. Każdy, kto gra muzykę, zazwyczaj ma jakiś pomysł na siebie i mniej lub bardziej konsekwentnie realizowaną wizję. Kiedy słyszę od właściciela lokalu, że mam grać tak, albo inaczej, czy – co gorsza – po moim secie otrzymuję krytyczne (i niezbyt konstruktywne) uwagi na temat tego, co grałem, to zaczynam się zastanawiać: czy ten człowiek wie, co robi? Czy przesłuchał chociaż jeden mój miks? Myślę, że to doświadczenie jest znajome dla wielu grających osób i dotykało je nawet w miejscach, które lubią chełpić się swoją wyszukaną ofertą. Zbyt mało mówi się u nas o sztuce DJ-ingu, paradoksalnie takich rozmów najwięcej prowadzi się na odsądzanej od czci i wiary (umówmy się, czasem słusznie) scenie techenkowej. Nie chodzi o to, by z osób puszczających cudze utwory zrobić bóstwa (od tego jest EDM), ale o to, by szanować autonomię DJ-ów i DJ-ek. Jeśli jesteś managerem/ką klubu, czy odpowiadasz za program artystyczny miejsca, to staraj się bukować osoby, co do których masz pewność, że będą pasować tam stylem. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tej czy innej osoby, po prostu odpuść – krytykowanie po secie (lub o zgrozo w jego trakcie) to raczej dowód na to, że to ty nie wykonałeś/aś swojej pracy dobrze, nie osoba za konsoletą.

Co możemy zrobić, żeby zredukować obecność requestów w przestrzeni klubowej? Przede wszystkim edukować, to chyba podstawowa odpowiedź na większość problemów trapiących różne rejony sceny klubowej. Komunikaty na eventach lub za DJ-ką mogą wydawać się środkiem odrobinę zbyt bezpośrednim, ale jeśli takie sytuacje zdarzają się notorycznie, może warto je wywiesić choć na chwilę? Ważne jest również zachowanie osób DJ-skich. Oczywiście, czasami trudno jest zachować zimną krew, kiedy próbuje się zgrać kawałki, a natarczywa persona cały czas świeci po oczach telefonem, na którym widnieje JAKAŚ SHAKIRA ALBO AVICZI (true story), ale da radę uświadamiać ludzi, że tak się po prostu nie robi. Z jakiegoś powodu nikt nie wchodzi do kuchni w restauracji i nie przerywa pracy motorniczej, bo ma lepszy pomysł na potrawę lub trasę tramwaju. Przez relatywnie niską pozycję DJ-ów i DJ-ek i nieświadomość społeczeństwa, że to także jest praca, która nie ogranicza się do godziny muzyki zagranej w trakcie seta, takich barier w klubach nie ma. Dlatego warto pokazywać, że DJ-ing to taki sam element muzycznego uniwersum, jak każda inna aktywność sceniczna i należy mu się podobny rodzaj szacunku. Czy do tak słabej pozycji osób DJ-skich nie przyczyniły się same osoby z najróżniejszych zakątków sceny klubowej? Oczywiście, ale zamiast szukać winnych czy sypać głowę popiołem, warto działać i edukować. Może wtedy pozbędziemy się nadętych bubków, którzy mają czelność przerywać ambient, żeby prosić o białą jak śnieg wersję funku.   

WIĘCEJ