Mój rap, moja (nie)rzeczywistość, czyli jak MARGARET została raperką

Maggie Vision” wzbudza emocje. Ale te raczej nieoczekiwane. Niektórzy mają problem z tym, że dziewczyna, która śpiewała piosenki zaczyna rapować.

Najpopularniejsza polska muzyka rozrywkowa, twór na początku XXI wieku dość upiorny, z czasem powoli wypełzła z piekielnych otchłani ku bardziej oświetlonym terenom. Nie mówię tutaj o hip-hopie, który w wielu segmentach muzycznej publiczności po prostu zastąpił pop (lub wprost się nim stał, ale to temat na inny dzień), a o dźwiękach, które wypełniają najpopularniejsze pasma radiowe i telewizyjne gale. Jak w dekadzie lat 90-tych wieku ubiegłego i pierwszych latach nowego millenium można było znaleźć prawdziwe perełki, czy nawet po prostu wspaniałe piosenki, tak okres 2005 – 2016/17 stał pod znakiem mroku. Trudno powstrzymać się od porównania ze sferą anglosaską – w końcu rodzime mainstreamowe hity konkurują z nią o miejsce na antenie. Nie trzeba chyba mówić, jak słabo polski pop wypada w tym zestawieniu. Oczywiście, jest ono z gruntu niesprawiedliwe, bo amerykańskie czy brytyjskie rynki są o wiele starsze, o wiele większe, a na pewno o wiele lepiej zorganizowane. Ale jedno, co rzuca się w uszy od razu, to patologiczna wręcz niechęć polskiej branży do inkorporowania najróżniejszych brzmień i gatunków do już istniejących formuł. Dlatego przez długi czas (ten wspomniany wcześniej) pop znad Wisły brzmiał jakby istniał poza czasem. Bynajmniej nie jest to pochwała oryginalności czy swoistości naszej muzyki. To byłoby chwalebne, gdyby ta swoistość równała się jakości, ale niestety mieliśmy do czynienia z tworami, które były oderwane od obowiązujących brzmień i stylistyk, odporne na wszelkie estetyczne przemiany i produkcyjne zdobycze muzyki popularnej. Jako że R’n’B zupełnie się u nas nie przyjęło (falstart Mroza i Ewy Sonnet boli bardzo, bo to nie były złe wałeczki, a nadrabia to dopiero ostatnia fala rodzimego pop rapu), a muzyka elektroniczna dopiero relatywnie niedawno opuściła czyściec muzyczki z komputera, zostaliśmy z naszą autorską wersją radiowego popu. Obowiązywały dwa paradygmaty z możliwymi odchyłami: miałkie echa rockowych przebojów lat 80-tych i smętne balladki na pianino. Kuźnią eksperymentu było w tym czasie disco polo, które śmiało przyjmowało na klatę wszystko, co się dało: dubstepowe mostki, EDM-owe brzmienie, taneczne bity. Ocena tych prób to rzecz jasna zupełnie inna kwestia, na którą obecnie nie mamy ani czasu, ani poczytalności.

Obecnie żyjemy w innej rzeczywistości. Pokolenie Viki Gabor inkorporuje do swojej muzyki wszystkie modne trendy z Zachodu i polski pop brzmi mniej jak bazarowa wersja muzyki radiowej, a bardziej jak coś, co uczestniczy w globalnych procesach. Mam tutaj złe wieści dla purystów i purystek, którym marzy się jakaś nasza wersja popu, ale w formie bardziej zjadliwej niż kolejne mutacje Iwony Węgrowskiej. Zarówno dzięki temu, jak dzisiaj konsumujemy muzykę, jak i przez globalny kontekst (polskie oddziały majorsów itp.), pop już zawsze będzie istotą ponadlokalną. Jeśli ktoś chce odnieść sukces na najwyższym poziomie popularności, to siłą rzeczy będzie musiał stworzyć coś, co w równym stopniu rezonuje z lokalną publiką, jak i brzmieniowo odwołuje się do trendów obowiązujących globalnie – nawet jeśli zupełnie nie myśli o podboju innych rynków.

Margaret - Maggie Vission

Tak docieramy wreszcie do Margaret, której ostatni album – Maggie Vision – nieoczekiwanie wzbudza emocje. Nieoczekiwanie, bo jest zupełnie zwykłą płytą popową, z jednym, ważnym twistem – jest na niej sporo rapu. Niektórych krytyków (jak np. Marcina Flinta z CGM) doprowadziło to do spazmów, bo to przecież nieautentyczne. Cytat z CGM-u: Margaret wywołuje opór. Jest jak ta młoda ciotka pod trzydziestkę, która zdrowo już trzepnięta paroma kolejkami podchodzi na obcasach chwiejnym krokiem do stolika małolatów i się przysiada. Będzie wtrącać makaronizmy jak Schafter. Będzie się chwalić, że słyszała Skeptę i Pezeta. Będzie chciała palić marihuaninę, być „na rapie”. To tylko analogia, jestem swoją drogą starszy od wokalistki, ale czuję na skórze igiełki krindżu przy adlibach i skreczu w „Przebiśniegach”, jak i przy modulowanych wokalach w „Nowym plemieniu”. Po każdym „kiedy mam doła szukam sampla”, „lepiej tańcz do tego bita” i rymowaniu z czasów „Seniority” w stylu „wielkie oczy jak manga / apetyt jak Pac-Man” umiera w Nowym Jorku na zawał mały KRS-One. No tak, bo jak ktoś rapuje, to musi mieć błogosławieństwo KRS-One’a i zaświadczenie od Waca, że na ławce pod blokiem wysiedziało się odpowiednią ilość godzin przeliczonych na zjarane baty (Margaret baty jara, czy to wystarczy? Najwyraźniej nie). Hip-hop stał się popem, a jego atrybuty i środki wyrazu są dzisiaj w asortymencie artystów i artystek z mainstreamu bez żadnego bagażu kulturowego. Czy to źle? Być może, chociaż chronienie mitycznej czystości różnych kulturowych nurtów rzadko kiedy prowadzi do czegoś dobrego. O ostatniej płycie Margaret pisał także Bartek Chaciński: gdyby jeszcze tych wszystkich zabiegów [rapowych – przp. PK] nie było tak dużo, dałoby się może uwierzyć w to, że przemiana ma charakter wyłącznie spontaniczny, a nie rynkowy. Uwierzyłbym też w to łatwiej, gdyby nie to, że konkurentka Marina nie wystartowała z podobnym pomysłem, a ja jestem coraz starszy i nastawiony mniej idealistycznie. Ach ta autentyczność, nikt nie chce być oszukany! Co jest zrozumiałe. Ale czy Maggie Vision to rzeczywiście oszustwo, bo artystka nie wyświetlała wcześniej swoich rapowych fascynacji? A może pop funkcjonuje zupełnie obok kategorii autentyzmu, gdzie na pierwszym planie jest emocjonalna przystępność i ucho blisko kulturowego Zeitgeistu? Chyba właśnie o to chodzi, a skoro rap tego ducha wyznacza, to i postaci w rodzaju Margaret będą rapować. Maggie Vision to album solidny, z masą doskonałych bitów, udanych featuringów i wkręcających się w ucho refrenów. Z ust artystki można usłyszeć czasem namechecking Skepty i podkreślanie atrybutów tradycyjnie kojarzonych z kulturą hip-hopu, ale uznaję to nie za przejaw rynkowego wyrachowania, a element realizowanej konwencji. Czasem lepiej, czasem gorzej, nigdy poniżej poziomu słuchalności. Wracając do tyrady o polskim popie z początku, Margaret zrobiła dla niego więcej na Gai Hornby, swoim poprzednim krążku wydanym w 2019. To tam mieliśmy przegląd globalnych trendów, z wpływami latynoskimi i karaibskimi na czele i absolutnym bangerem, jakim było „Serce Bajla”. Maggie Vision to krążek słabszy, chociaż o wiele mocniej osadzony w naszej rzeczywistości – w końcu gdzie nie spojrzymy, to ktoś rapuje lub przynajmniej robi bity. I tak, jak nie wyrywałem sobie włosów z głowy na pseudo reggaeton z Gai Hornby, tak zupełnie akceptuję obecną stylówkę Margaret na rapie – po Arianie Grande, k-poperkach zrzucających ogniste wersy i trapowych bębnach w disco polo walka o hip-hopowy puryzm ma mniej sensu, niż wiara w wolny rynek. Maggie Vision brakuje frywolności poprzedniego albumu, ale łatwo zauważyć, że poskutkowało to bardziej konsekwentną – wybaczcie – wizją. Mimo wszystko słuchając tego albumu, bujając się do singli Viki Gabor, czy baunsując do naiwnych, ale piekielnie skutecznych bangerów Young Leosi wiem jedno – mroczny czas dla polskiego popu dobiegł końca.

WIĘCEJ