MLODY LESZCZ: Złe dziecko, ale dobry chłopak

„Do II gimnazjum byłem strasznym wrzodem na dupie – nawet nie nazwałbym się patusem – po prostu wrzodem na dupie. Ale wykazywałem też szlachetne tendencje. Nie gnoiłem ludzi razem z innymi dzieciakami. Gnoiłem za to tych, którzy gnoili innych. Z tego jestem dumny”.

Jesteśmy „W Juracie”. Jaramy sobie wąsa na plaży w otoczeniu najbliższych, z którymi łączą nas więzy ważniejsze niż te zapisane w DNA. Jest git i lepiej, żeby to się nie skończyło. Jesteśmy w „XXI wieku” – wszystko zmienia się dynamicznie. Wszechobecny pęd sprawia, że wyglądamy jak pies wystawiający łeb za okno samochodu pomykającego A-3. Łatwo się wywalić na ryj, ale trzeba trzymać fason. Jesteśmy w „Hadze” – jednym z bardziej relaksujących miast w Europie. Serce ma jednak inne powody, by bić szybciej. Jesteśmy w „Piekle” – metaforycznie, ale w sumie to jednak dosłownie. Wzrok sam wędruje na wewnętrzną stronę nadgarstków. Wcinamy sobie „Goferki”, a potem mamy „Urojenia”. Odpalamy sobie „Dzień Dobry”, a potem wjeżdża „Nowy Projekt”.

To właśnie Wokal – debiutancki, pełnowymiarowy album Mlodego Leszcza. To eklektyczna aż do przesady, ale zawsze ekscytująca podróż przez wszystko, i muzycznie i życiowo. Leszcz nie jest jednak leszczem, jest niezłym kozakiem, który wyrzuca z bani to, co w konkretnym momencie mu w niej siedzi. Ma też przywilej, że płótno swoimi podkładami spreparował już wcześniej jego współpracownik, producent Molehead. Wokal wyszedł pod sam koniec 2020 roku i przeszedł przez chwilę nawet poza naszym radarem. Bez napinki jednak zatacza coraz szersze kręgi i buduje hype wokół młodego artysty.

W czasie naszej godzinnej rozmowy pijemy dużo wody i zbaczamy na przeróżne tematy. Nie mam trzydziestki, ale czuję się nieco jak wapniak dowiadując się z pierwszej ręki jak to jest zrobić maturę i zacząć być raperem, który robi to, na co ma w konkretnej chwili ochotę. Mlody Leszcz przyćmiewa mnie swoją ekscytacją i energią, ale równocześnie daje mi momenty bym nadążył za nim ze swoim chodzikiem – rzetelnie i bez śmiemy opowiada o sobie, swoim życiu i rozpoczynającej się oraz bardzo perspektywicznej karierze.

A wygląda to tak:

fot. Luke Jascz

Cyryl Rozwadowski: Wjechałeś tutaj jako Mlody Leszcz, który poza tym, że jest rybą, to kojarzy się jednak z…

 

Mlody Leszcz: Lamusem.

 

Dokładnie.

 

Taki był zamysł. Ta ksywka powstała w ciekawy sposób. Na jakiejś nagrywce ochrzciłem siebie Mlodym Leszczem, Antka [Moleheada, producenta – red.] Mlodym Kretem. Ale Leszczem byłem dla niego od zawsze – miał mnie zapisanego w telefonie w ten sposób od dobrych trzech lat. Więc uznałem, że tak miało być, no i elo. Wiadomo, jestem młody i chciałbym reprezentować swoją grupę wiekową. Nie spuszczam się nad sobą. Inni mogą sobie mówić, że ksywka jest ważna. A Mlody Leszcz? Mogę szczerze powiedzieć, że trochę jest leszczem. Robi jakąś swoją muzę.

 

Jak ktoś wypuści na ciebie dissa to będzie mało kreatywny.

 

Prawda, ale w sumie chętnie posłuchałbym dissa na siebie. W temacie spin, to ja nie mam żadnej i żadnej nie szukam. Jeżeli ktoś się spina do mnie, to ja po prostu mam w niego wyjebane i idę dalej. No chyba, że to ktoś bliski mojemu sercu. Wtedy słucham uważnie.

Na Wokalu żaden kawałek nie jest podobny do drugiego. W rapie kryterium rozpoznawalności i własnego, niepodrabialnego stylu nadal jest jednak jakoś tam ważne. Jak patrzysz na swoją twórczość w momencie, w którym nie uznajesz takich sztywno wytyczonych granic?

 

Ja mam w to wywalone. Wokal powstał tak, że z Antkiem mieliśmy świadomość, że możemy wypuścić co tylko chcemy. Z założenia robimy z bitu na bit, z kawałka na kawałek, zupełnie coś nowego. Pierwszym bitem, który zrobiliśmy była “Haga”. To utwór śpiewany, a nie rapowany, tak jak wiele innych z tej płyty. Stopniowo zauważyliśmy, że podkłady nie kleją się do siebie w konwencjonalny sposób, ale chcieliśmy pokazać co potrafimy zrobić – Antek z bitami, a ja z nawiją. Jaki bit dostanę, to na takim chciałbym nawinąć. Nie uznaję ograniczeń i lubię eksperymentować. Tak samo mam ze swoim wyglądem. Od pół roku jestem modelem i zauważyłem, że to jak ktoś mnie ubierze inaczej jest mega ciekawe. Spojrzenie na siebie w ten sposób to ciekawy eksperyment sam w sobie. Z muzyką mam tak samo.

Gadałem ostatnio z kumplem-raperem i on mówił, że szuka swojego stylu. Że nie wie czy ma śpiewać czy nawijać, a nawija go trochę nudzi. Odpowiedziałem mu opowiadając o doświadczeniu nagrywania swojej płyty, która porusza się w różnych gatunkach i każdy w zasadzie odnajduje na niej coś swojego. Więc w skrócie, rób to, co ci mówi serce.

fot. Algida Photos
fot. Algida Photos

Rodzice zwykle nie potrafią wskazać swojego najbardziej ukochanego dziecka. Ty jesteś w stanie wskazać kierunek, który najbardziej cię jara i który chcesz eksperymentować.

 

Mega trudne pytanie. Wydawałoby się, że “XXI wiek” to jest moja ulubiona własna piosenka, ale jednak tak nie jest. Czuję, że jest najbardziej przełomowa dla mnie i w sumie tyle. Nie czuję się pionierem, ale równocześnie wydaje mi się, że takiego numeru w Polsce wcześniej nie było. Do każdego swojego numeru żywię inne uczucia. “Nowy projekt” powstał w półtorej godziny. Mieliśmy mocną wkrętę, by coś zrobić. Antek nocował u mnie na chacie. Poszedłem się umyć, wróciłem, a on już miał gotowy bit. Napisałem tekst na szybko, od razu to nagraliśmy i powstało właśnie coś takiego.

Wspomniałeś o modelingu. Jakie masz do tego podejście. To zawód, w którym ktoś inny rozporządza twoim wizerunkiem i podejmuje za ciebie decyzje kreatywne.

 

Agencja, w której jestem wie, że robię muzę i rozkręcam swoją karierę w ten sposób. Informowałem ich o tym i to zaakceptowali. Mnie to śmieszy. Możesz robić rap i możesz robić coś innego. Mnie jara wizja, w której japa znanego rapera pojawiłaby się w Lidlu, by coś reklamować. Jak ktoś mi płaci, żebym pokazał mordę to w tej chwili to robię. Nie czuję, żeby ktoś inny rozporządzał moim wizerunkiem. Zawsze się komunikuję, mówię czy coś bym założył normalnie czy nie. Nie czuję się i nie jestem ograniczany. Muzykę traktuję jako zajawkę, a modeling jako pracę, w ramach której dzieją się zajebiste i śmieszne rzeczy.

fot. Luke Jascz
fot. Luke Jascz

Emocjonalnie na Wokalu mnóstwo się dzieje. W jednym kawałku jarasz sobie spliffa na plaży w Juracie, a w następnym wysyłasz się do piekła. Masz dużo więcej twarzy niż inni raperzy, którzy zwyczajowo pokazują dwie.

 

Nie będę się ograniczał do kanonów przy konstruowaniu artystycznej osbowości. Robiąc płytę, wszystko ode mnie wychodziło z serca. Sam koncept na album powstawał w okolicach czerwca, a sam proces trwał kilka następnych miesięcy. Najpierw w moim życiu dominowały sercowe sprawy, niektóre z nich nieźle mnie sponiewierały, a potem miałem oddech na picie piwka i palenie jointów w Juracie. Więc zawieram na Wokalu wszystko co siedziało mi w głowie przez te długie wakacje. W ten sposób wyrzucam z siebie pewne rzeczy i nie muszę do nich wracać w myślach. Teksty piszę przede wszystkim dla siebie i układam sobie w ten sposób wszystko. Pisanie sporo potrafi wyjaśnić w życiu. Robiłem dobre, fajne, złe i smutne rzeczy i inni ludzie robili to wszystko w stosunku do mnie i można to wyczytać z tych numerów.

 

Jaki był pierwszy rap, z którym się zetknąłeś?

 

Już w pierwszej klasie podstawówki zacząłem się jarać wybranymi rzeczami. Byłem strasznym dzieckiem. Przenosili mnie z jednej do drugiej klasy. Do II gimnazjum byłem strasznym wrzodem na dupie – nawet nie nazwałbym się patusem – po prostu wrzodem na dupie. Ale wykazywałem też szlachetne tendencje. Nie gnoiłem ludzi razem z innymi dzieciakami. Gnoiłem za to tych, którzy gnoili innych. Z tego jestem dumny.

W każdy razie rapy. Właśnie w pierwszej klasie skumałem się z innym złym dzieckiem – z Krzysiem, z którym trzymam się do dzisiaj. Jako jedyni słuchaliśmy rapu. Mielliśmy wywalone na polskie rzeczy. Jaraliśmy się Biggiem, 2Paciem, Wu-Tangiem, Snoopem. Kilka lat później Wizem Khalifą i Chief Keefem. Ale wiadomo, nie słuchaliśmy całych dyskografii tylko pojedynczych numerów. Z perspektywy czasu żałuję, bo przez to brakowało mi orientacji – kto nawija, kiedy to powstało i gdzie. Rapowali po amerykańsku i tyle mi wystarczało.

fot. Luke Jascz
fot. Luke Jascz

Czego używałeś do odkrywania muzy? Youtube’a?

 

Dostałem dostęp do Spotify w rodzinie. Ale szybko przestawiłem się na Soundclouda i tam zacząłem szukać rzeczy. Dopiero jak poznałem Antka to zacząłem się bardziej interesować wszystkim. Słuchać pełnych płyt, sprawdzać kogo tak naprawdę słucham. Wróciłem do Spotify i zmieniłem swoje nawyki. Bardziej świadomie konsumowałem.

W II i III liceum miałem najmroczniejszy jak dotąd okres w moim życiu. Odciąłem się od wszystkiego i słuchałem wyłącznie Lil Peepa. Nigdy nie sądziłem, że wkręcę się w taką muzę. Ale zrobiłem playlistę na 200 kawałków – cała jego ówczesna dyskografia i wszystkie featuringi. Posortowałem moje ulubione numery i odtwarzałem na randomie. Budziłem się rano, wrzucałem to i wystarczyło mi to na półtorej roku. Dopiero przed nagraniem Wokalu ta zajawka ustąpiła. Czułem, że ta muza opowiada o moim życiu. Sytuacje w piosenkach Peepa idealnie zgrywały się z tym, czego doświadczałem.

Jak chcesz budować swoją markę?

 

Wiadomo, przede wszystkim zrobić drugą płytę, bo pierwsza spoko siadła. Ostatnim utworem jaki wypuściłem po Wokalu było “Żyjemy w społeczeństwie”, który powstał na bardziej oldschoolowym bicie i ten retro-klimat mocno mi podpasował. Antek też dobrze się odnajduje w takich klimatach. To nie znaczy, że będziemy teraz robić boom bap, ale chcemy wziąć sporo z lat 90-tych oraz wczesnych dwutysięcznych i dorzucić sporo współczesnych smaczków – mocny bas itp. Nie zamierzam jednak zmieniać swojego delivery specjalnie pod to, będę rapował, krzyczał i śpiewał – robił cokolwiek, co będzie mnie jarało w danym momencie.

Na nowym albumie planuje też dużo więcej featuringów niż na Wokalu. Na pewno pojawi się sporo ksywek. Chcę wspierać innych. Napisałem jakiś czas temu do VVandal czy by mi się nie dograł na któryś bit i w tej chwili wspólnie kombinujemy. Najpierw słuchałem jego nagrywek na Soundcloudzie i nie byłem zmieciony, ale wiedziałem, że umie naiwjać. Potem posłuchałem go na oldschoolowych bitach i to przekonało mnie do tego, żebyśmy coś razem nagrali. (współpraca z vvndalem nie aktualna) Jeśli uda mi się jakoś przebić to chcę, żeby korzystali też z tego także inni.

fot. Luke Jascz

Jaki masz stosunek do jego wczesnej śmierci?

 

Cóż, był idiotą pod pewnymi względami i to go zgubiło. Ale propagował słuszne idee – pomaganie innymi i stawianie interesów bliskich osób ponad swoimi własnymi. Nie muszę naprawiać nic w swoim życiu, patrzę dookoła i tam szukam przestrzeni, by coś zmienić na lepsze. Być może zarobię trochę hajsu w życiu. I pewnie trafi on do ludzi, którzy go potrzebują bardziej niż ja. Tak właśnie robił Peep. Przyjął pod dach bezdomnego gościa, dał mu sto dolców, jedzenie i dach nad głową na jakiś czas. Oczywiście miał też ciemną stronę związaną z alkoholem i innymi używkami. I w ten sposób pewnie pielęgnował nałogi u siebie i u innych. Dla mnie podstawą jest jednak odcięcie szkodliwych wpływów czy substancji.

Co do jego przedwczesnej śmierci. Cóż, przesadził po prostu. To konsekwencja sytuacji, w której ktoś niespodziewanie dostaje duży zastrzyk gotówki i nie ma co z nią zrobić. Ale Peep wydawał na ćpanie nawet pieniądze, których nie miał. Dopiero później mógł sobie na to pozwolić i wkopał się jeszcze bardziej, chodził nabenzowany 24/7. Ale jest mi niesamowicie przykro. Śmierć w wieku 21 lat to tragedia, a Peep mógł zrobić jeszcze mega dużo wartościowych rzeczy.

Wielu osobom nie podobają się pośmiertne wydawnictwa Peepa i fakt, że jego współpracownicy zbierają luźne nagrywki, kończą je i wydają całe EP-ki i płyty nimi wypełnione. Ja osobiście lubię to, że kawałki, które ja odkrywałem na dnie Soundclouda są teraz dostępne obok jego największych hitów i więcej ludzi może je usłyszeć.

Jak się skumaliście z Moleheadem? On w zasadzie nie współpracuje z nikim innym, a na jak dotąd dał się poznać jako naprawdę wszechstronny producent.

 

W drugiej gimnazjum wywalili mnie ze szkoły na Raszyńskiej. Dyrektor podkreślał, że jestem złym dzieckiem i trzeba mnie wysłać do szkoły społecznej. Moi rodzice się zgodzili i skorzystali z konkretnego polecenia. Wbiłem tam będąc przekonany, że spędzę tam pół roku i zaraz spierdalam. Ale ta szkoła okazała się zajebista i zostałem w niej do końca, czyli do matury. Na początku kumałem się głównie z dziewczynami, a Antek był pierwszym z kolesi, który do mnie zagadał. Zaprosił na szluga czy coś podobnego i od razu się dogadaliśmy. Wiedziałem, że już wtedy robił elektroniczne bity, ale zupełnie nie łączyłem siebie z robieniem muzy. Nie myślałem o przyszłości. Miałem wszystko w dupie. Jeden z naszych ziomków na poziomie liceum popchnął Antka w stronę hip-hopu. Zaproponował, że będzie nawijać. Ja się kręciłem blisko i kopałem w ścianę. Chłopaki mieli swój skład i w końcu w odzewie na ich kawałki zaproponowałem, że z Moleheadem nagramy coś. Wpadłem z browarkami i się zaczęło. Wszystko jednak zaczęło się od podkładów. Potem powstawały teksty. Muzyczna baza była najważniejsza.

Ostatnio mieliśmy nagrywki z innym znanym MC. Był pod wrażeniem produkcji Antka i mega je chwalił. A ja miałem szczęście w zasadzie od zawsze mieć te zajebiste bity na wyciągnięcie ręki. Obaj stymulujemy nawzajem swój muzyczny rozwój. Chcę, żeby wszyscy, którzy idą razem ze mną też mieli szansę na zrobienie czegoś fajnego.

 

Dobra, to co chcesz dalej zrobić w tym roku?

 

Skończyć promocję Wokalu najlepszymi klipami jakie miałem. Potem przed końcem wakacji wypuścić album na oldschoolowych bitach. A wcześniej całą wiosnę i maj zajawiać ten materiał nowymi singlami i klipami. No i chciałbym zagrać jakiś koncert, nawet jeśli wpadnie 10 osób. Wiem, że będą się dobrze bawiły.

fot. Luke Jascz
WIĘCEJ